Beata Matuszewska ZŁA POGODA

autor: Beata Matuszewska
wydawnictwo: ASTAROT
oprawa: miękka
stron: 183
rok wydania: 2016
cena: 25 zł   wersja elektroniczna: 20 zł

Twoja wiadomość z formularza została pomyślnie wysłana.

Podałeś następujące dane:

Zamawiam książkę "Zła pogoda"

Skoryguj wprowadzone dane w następujących polach:
Podczas przesyłania formularza wystąpił błąd. Spróbuj ponownie później.

Wskazówka: pola oznaczone * są obowiązkowe.

     

FRAGMENT POWIEŚCI "ZŁA POGODA" BEATY MATUSZEWSKIEJ​

 

Nie miałam wspomnień. Wszystko co pamiętałam zobaczyłam przez okno albo przeczytałam w książkach. W wyobraźni widziałam siebie jako roczne dziecko w błękitnej sukience, dokładnie takiej, jaką nosiła córeczka jednej pani w miasteczku. Czułam się trochę jak Ania z Zielonego Wzgórza, chociaż nigdy nie byłam w sierocińcu, ale sierociniec umiałam wyobrazić sobie także. Moje miejsce. Własna matka była czasami zgrzytem 

we wspomnieniach – marzeniach. Jeżeli nie pasowała do nich usuwałam ją. Pozostawiałam tylko to, co chciałam żeby zostało. Poza tym jakieś obrazy, błyski jak w czasie burzy. Nic ciekawego. Nie przerażało mnie to. Dzięki temu czułam się bezpieczna. Skończyłam szkołę podstawową, ale nie pamiętam, abym się tam uczyła. Mama nie pozwoliła mi się dalej uczyć, to znaczy nie pozwoliła mi dalej chodzić do szkoły. Nie mogłam nic zrobić dlatego postanowiłam jej zaufać. Co roku, w dniu zakończenia roku szkolnego siadałyśmy pod drzewem i patrzyłyśmy na świetliki.

Mało kto wierzył, że na środku naszego salonu rośnie drzewo. Mało tego, drzewo stanowiło oś domu i jego centrum. Trudno powiedzieć co było starsze dom czy drzewo, drzewo czy dom, 
ale to tak, jakby zastanawiać się czy zebra jest w czarne, czy białe paski. 


Dąb, oś naszego świata, wystawiał konary przez dach i okna. Może któraś z moich przodkiń uparła się, by zbudować swoje schronienie właśnie tu, albo to roślina uparła się by wziąć dom 
w posiadanie i wyrosła na środku salonu. Może w jedną, czarodziejską noc.

Czasami nienawidziłam mamy, bo wiedziała więcej ode mnie 
i zazdrościłam jej wiedzy. Podejrzewałam, że zna prawdziwą historię naszego drzewa, ale ja nie pytałam o prawdę. 
Nie potrzebowałam prawdy, tak samo jak nie potrzebowałam wspomnień. Były sprzeczne z moją wyobraźnią. 

 

Można powiedzieć, że wszystko zaczęło się od imienia, a właściwie od kompletnego braku pomysłu na imię. 
No i oczywiście od moich własnych narodzin. Urodziłam się w czasie pełni księżyca i nie byłoby w tym nic dziwnego, bo przecież wiele dzieci rodzi się w czasie pełni, gdyby nie fakt, że była to druga pełnia w tym samym miesiącu. Dowiedziałam się później, że taki dziwny układ zdarza się rzadziej niż dwudziesty dziewiąty lutego. Nic dziwnego, że zawsze czułam się inna, żeby nie użyć stwierdzenia Babci – wyjątkowa. 
Wcale nie spieszyło mi się na ten świat, a kiedy już zdecydowałam się przywitać świecący prosto w okno księżyc,  moje kwilenie przywołało wszystkie chmury z zimowego nieba, a krzyk rozpętał niezłą zawieruchę. 
     - Tego nam jeszcze brakowało – zawyrokowała Babcia, obserwując manifestację sił przyrody spowodowaną głosem noworodka – toż to najprawdziwsza Vima. Tego nie było od sześciu pokoleń. Tym sposobem, oraz dziedzictwem siódmego pokolenia zostałam skazana na noszenie oryginalnego imienia. „Vima” w naszym języku nie znaczyło nic innego, jak „zła pogoda”.
- Idź do Złej Pogody – mówiły kobiety w miasteczku, bynajmniej nie mając na myśli mnie. Mieszkałam w Złej Pogodzie.
Co mogło oznaczać w języku innych ludzi? Nie miałam pojęcia. 
Na szczęście burza w środku zimy nikogo nie zdziwiła i ludzie z miasteczka nie przychodzili do nas z zażaleniami na niekorzystną aurę. W ogóle, tubylcy mało czemu się dziwili. Burza z piorunami w środku zimy? Czasami tak bywa. Przebiśniegi w sierpniu? Dlaczego nie, przecież to takie ładne kwiatki. Śnieg we wrześniu? Frajda dla dzieci. Dwugłowe cielęta, kot ze skrzydłami traktowane były jako dopuszczalne i akceptowalne wybryki Natury. Skoro tak się zdarzyło, po prostu tak musiało być i już. Musiałam przyznać, że bardzo ułatwiało to życie dwóm dorosłym czarownicom i jednej malutkiej. Z niczego właściwie nie musiałyśmy się tłumaczyć. Do czasu nadejścia dziwnego lata, w którym wszystko się zmieniło, łącznie z ludźmi.
    - Dobrze nam tu dziewczyny – gdyby jeszcze nie ta elektryka... – narzekała Babcia, która miała specyficzną niechęć do prądu elektrycznego i zasilanym nim urządzeń. Polegała zawsze na sile własnych ramion, ogniu na palenisku i chłodzie piwnicy. Oprócz tego miałyśmy kuchenkę, lodówkę, a nawet elektryczną piłę, 
ale i tak Mama rąbała drewno siekierką. 
Za to ja miałam bardzo trudne zadanie. Musiałam szybko nauczyć się kontrolować swoje emocje, chociaż na początku nie było łatwo, a czasami nawet bywało śmiesznie. Jak roczne dziecko zmusić, aby nie płakało z powodu mokrej pieluchy, ponieważ Babcia wybrała się właśnie zbierać kwiaty pulminka. Pulminek był świetny na gorączkę, ale tylko wtedy, kiedy zrywało się i suszyło w pełni rozwinięte kwiaty. Ta roślinka miała też zasadniczą wadę, kwiaty zamykały się, kiedy tylko powietrze robiło się wilgotne, a zamknięte kwiaty nie miały żadnych właściwości przeciwgorączkowych. Zatem turlałam się po trawie z gołą pupą i naprawdę, berbeciowi niewiele więcej potrzeba do szczęścia. Babcia w tym czasie uzupełniała braki w swoich słoikach z ziołami. 
Później sama zrozumiałam, że nie należy z pogodą eksperymentować. Kiedy kilka razy zdarzyło mi się zmoknąć 
na deszczu wywołanym bólem (pokłuły mnie pokrzywy), strachem (zgubiłam się w lesie), tęsknotą (mama tak długo 
nie wracała), musiałam zastanowić się poważnie, czy histeria i użalanie się nad sobą są warte przemoknięcia i wychłostania przez nagłą wichurę. Nauczyłam się też patrzeć gdzie stawiam stopy, zapamiętywać drogę i zapalać latarnię na szczycie dachu, aby mama nie zabłądziła. No i nigdy nie zabłądziła. 
Kiedy nauczyłam się czytać, przeczytałam książkę „Gelsomino w krainie Kłamczuchów”. Gelsomino miał tak potężny głos, że jednym okrzykiem potrafił zburzyć dom. Mój nie miał takiej siły, ale z przyjemnością czytałam o kimś, kto miał podobne problemy i w dodatku wspaniale sobie z nimi poradził. Nauczyłam się też nie wpadać w gniew, co najwyżej pozwalałam sobie na odrobinę smutku. 
Kiedy byłam smutna, nie wiadomo skąd przychodziła mgła. 


Ludzie mówili o mnie, że jestem dzieckiem bardzo poważnym, opanowanym i nadzwyczaj inteligentnym. Po jakimś czasie, te same cechy sprawiły, że przylgnęło do mnie określenie Głupia. Głupia czy inteligentna? Inteligentna czy głupia?Pewnie bardziej mądra niż głupia, ale moja inność w oczach ludzkich przemawiała raczej za głupotą. To było smutne, ale nie na tyle, żeby przywołać mgłę. 
Nad drzwiami naszego domu, na jednym gwoździu wisiała deska, na której ktoś dawno temu wypalił nazwę „Zła Pogoda”. Mieszkałam w Złej Pogodzie i tak miałam na imię, co od samego początku wydawało mi się podejrzane. Nie wiem, czy to dobrze, czy źle. Według mnie całkiem dobrze, bo to imię zawsze głaskało mnie po głowie, ale Mama mówiła do mnie po prostu Shay.
Przecież i tak wszystko zaczęło się od imienia i od narodzin.

 

- Dwudziesty wiek… - mruczała pogardliwie Babcia wyciągając wodę ze studni. Wprawdzie mniejszym nakładem sił podlałaby ogród podłączając węża do kranu w kuchni, ale miała inną koncepcję podlewania. Składały się nią powtarzane przez lata czynności, których powtarzalność była celebrowana jak najbliższy sercu rytuał. Zwykle Babcia na samym początku zaczynała być niespokojna. Zapewne udzielał jej się niepokój roślin wołających o wodę. Chwilę kręciła się po ganku, po czym ruszała między grządki szukając najbardziej suchego miejsca w ogrodzie. Zgrabne przykucnięcie, wsadzenie palca w suchą ziemię, stęknięcie przy wstawaniu i wszystko było jasne – czas podlewać. Nie obywało się bez znaczących spojrzeń w moją stronę, podobno mogłabym bywać odrobinę smutniejsza, lub zdenerwować się od czasu do czasu, zwłaszcza kiedy jest susza. W końcu moje negatywne emocje były „złą pogodą”, ale… to nie tak. Pogoda reagowała tylko na płacz, czy złość z głębi serca. Wsadzanie palca w ziemię, aby stwierdzić jej stopień wilgotności, zamiast mnie rozgniewać śmieszyły do łez.
Zatem nie pozostawało Babci nic innego jak wyciągać wiadra wody i z mozołem roznosić je po ogrodzie. Nie pozwalała sobie pomagać, bo podobno rośliny kochały jej ciężkie kroki na ścieżkach i wodę prosto ze studni. 
Kiedy Babcia odeszła, ani Mamie ani mnie nie udało się wyhodować takich wspaniałych warzyw i owoców. Może wcale nie chciałyśmy, żeby były takie same?

 

Mieszkałyśmy w lesie. Ani w samym środku, ani na skraju. 
Po prostu gdzieś w lesie. Babcia, Mama i ja, Vima. Ludzie z miasteczka nazywali nas czarownicami. To znaczy głośno nikt nas tak nie nazywał, ale co szeptano? Mogłyśmy się tylko domyślać. Czy zrobienie komuś herbaty rumiankowej jako panaceum na wzdęcie jest wystarczająco magicznym przedsięwzięciem, aby zasłużyć na miano czarownicy? Kiedy miałam kilka lat tak właśnie uważałam. Później doszłam do wniosku, że nieważne kto robi ziołową herbatkę, ważne jest jak ją robi. Mama potrafiła parzyć rumianek jak najbardziej magicznie, 
czyli odmierzając wrzącą wodę na łyżki i szepcząc coś pod nosem. Ludzie byli zachwyceni, a napar po prostu nie miał innego wyjścia, jak tylko pomóc. Cóż, nie miałam pochlebnego zdania o większości ludzi, którzy do nas przychodzili. Nie wiem też co mnie bardziej denerwowało: pogarda, z jaką nas traktowali, czy oni sami. 
Nie mam pojęcia.
Niemniej byłyśmy czarownicami, bo mieszkałyśmy w lesie, w drewnianym domku z krzywym kominem i jeszcze bardziej krzywą nazwą. Abstrahując od tego, co robiłyśmy naprawdę, utarło się, że Babcia rzucała uroki, Mama wróżyła z kart, a ja starałam się nie nudzić. Siedziałam na schodach patrząc i ucząc się. 
Miałam wtedy surowy zakaz złościć się, ponieważ deszcz zamieniał drogę do naszego domku w błotnistą zjeżdżalnię. Moje magiczne szkolenie polegało zatem na siedzeniu cicho na schodach i pilnowaniu pogody, co czasem było nudne, a czasem po prostu zabawne. Nie zawsze deszcz był spowodowany moimi humorami, czasem po prostu miał ochotę sobie popadać, ot tak, ponieważ od kilku dni zanosiło się na deszcz. 

Nigdy nie zrozumiałam do końca, na czym polegało rzucanie uroków. Kiedy przychodził do nas człowiek, który twierdził, że ktoś rzucił na niego, lub na jego dom urok, Babcia po prostu brała go na spytki. Po kilku minutach wiedziała o delikwencie wszystko i… wysyłała go do domu mówiąc, że już jest wszystko w porządku, wszystkie uroki są już odczynione. W drodze powrotnej kazała biednemu człowiekowi zrobić trzy fikołki na mchu. Miał też trzymać się wyłącznie prawej strony drogi. Bo tak i już. Po powrocie wszystko okazywało się być w największym porządku. Następnego dnia przyjeżdżał do nas wielki kosz z prowiantem w podzięce od uratowanego człowieka. Nie miałam pojęcia na czym polegały te czary, ale nie traciłam nadziei, że kiedyś się nauczę. 
Co innego Mama. Mama stawiała karty. To było teoretycznie prostsze. Po prostu rozkładała karty w sobie tylko znany układ i mówiła co w nich widzi. Czasami widziała rzeczy, których ani pytający, ani podsłuchująca na schodach mała dziewczynka nawet sobie nie wyobrażali. Nie pamiętam czy kiedykolwiek się pomyliła. Czasami wykradałam karty ze skrytki w drzewie i przyglądałam się groźnym postaciom, gwiazdom, tajemniczym znakom. 
Nie widziałam w nich nic, oprócz tego, co dostrzegały moje oczy. Tu potrzeba było czegoś więcej, czego na razie nie miałam.
- Czy to jest potrzebne? – pytałam, kiedy przed wizytą kogoś zainteresowanego wróżeniem Mama kładła na stół obrus 
ze srebrną nitką, zapalała trzy świece i kazała mi gasić światła 
w całym domu. Czasami prosiła, aby wyciągnąć choinkowe lampki i zawiesić je na cierpliwych gałęziach dębu rosnącego na środku pokoju. Wiedziałam, że wygląda to bardzo tajemniczo, 
ale czasami nie były potrzebne lampki, wystarczyły prawdziwe świetliki, które mrugały i latały sobie radośnie w rytm świetlikowej muzyki. W bardzo ciężkich przypadkach, to znaczy, jeżeli miała przyjść osoba święcie niewierząca we wróżki, na stole lądowała najprawdziwsza szklana kula i kadzidełko. Zwykle wtedy przychodziła Babcia i topiła kadzidełko w muszli klozetowej, 
a do żaru w kominku sypała trochę ususzonych ziół. Miała rację, własnoręcznie zbierane zioła były bliższe naszej magii 
niż zamorskie trociczki. Mamie było zdecydowanie wszystko jedno. Tak samo dobrze wychodziło jej wróżenie na kolanach w ogrodzie w środku dnia, jak i w środku nocy przy trzech świecach.
- Nie, córeczko – śmiała się ze mnie – mnie to nie jest potrzebne, ale temu, który przyjdzie posłuchać kart, niestety tak. Magia jest wszędzie i zawsze. Niektórzy są na nią otwarci bardziej, niektórzy mniej. Ci zamknięci potrzebują kryształowych kul i świec na stole. 
- A ja? We mnie też jest magia? Może jestem skazana 
na szklaną kulę? – pytałam znowu. Byłam widocznie na etapie, 
na którym potrzeba wszystkich możliwych odpowiedzi teraz, zaraz, natychmiast. Mama była cierpliwa, ale nie zamierzała mi odpowiadać wprost.
- Ty jesteś przecież Vima, nie musisz pytać.
Powiedziała i założyła ciemnozieloną chustę na głową przeistaczając się w czarownicę. Przynajmniej z wyglądu. Muszę przyznać, że zabrzmiało to niezwykle tajemniczo. Nie potrafiłam połączyć swojego prostego imienia z wysokim stopniem umagicznienia. Moja Mama była prawdziwą wróżką, ja tylko chciałam nią być. 

No tak. Teoretycznie wszystkie byłyśmy czarownicami, czyli teoretycznie prowadziłyśmy nocny tryb życia. Teoretycznie w kuchni musiały wisieć wianki czosnku, na stole palić się świece w nieparzystych ilościach, a sama wróżka musiała być ubrana na czarno i nosić na szyi wielki wisior. Najpewniej amulet. Wróżba w pełnym słońcu, odczytywana przez młodą kobietę nie byłaby wróżbą. Teoria jednak brutalnie rozmijała się z praktyką. Śmiałam się z tego razem z Mamą. Najtrudniej zrozumieć, że najczystszą magią jest wdychane powietrze, czy kwiaty malowane przez mróz na zimowych oknach.


Za to porównując nasz dom z innymi domami w miasteczku, doszłam do wniosku, że faktycznie może wydawać się czarodziejski. Był drewniany, miał rzeźbione okiennice, ganek obrośnięty zimozielonym bluszczem, a do pełni bajkowości brakowało mu tylko kurzej łapy. Na samym środku naszej salonojadalniokuchni rosło najprawdziwsze drzewo. Dąb. Czasem przykładałam policzek do szorstkiej kory wyobrażając sobie, że to twarz mężczyzny. Gałęzie dębu malowniczo wystawały ponad dach i na jesień bombardowały go żołędziami, często robiąc nam gwałtowną pobudkę, albo strasząc w środku dnia. Miałam wrażenie, że robi to specjalnie i śmieje się z nas szumem liści 
po każdej psocie. Babcia co roku jesienią obiecywała, że wiosną na pewno drzewo zetnie, a do pniaka przybije stare drzwi i będziemy miały piękny stół. Byłam pewna, że nigdy tego nie zrobi. Żadna z nas by tego nie zrobiła.
To było duże i stare drzewo. Musiało być tak stare jak dom, na którego środku rosło. Zapewne ktoś, kto zdecydował się tutaj zamieszkać, nie chciał pozbyć się młodego dąbczaka, więc zamieszkali razem. Po kilkudziesięciu latach drzewo po prostu wrosło w dom, a dom wrósł w drzewo stając się nierozerwalną całością. Dlatego nikt nie wierzył w zapewnienia Babci o ścięciu dębu, sam dąb na pewno też nie wierzył. Był wielki. Słyszałam, że może mieć nawet trzysta lat. Kiedy z mamą obejmowałyśmy pień, nasze dłonie najpierw ledwo się stykały, potem nakładały na siebie, w końcu mogłyśmy się złapać za dłonie. Rosłam szybciej niż drzewo. Nie miało imienia, jak większość przedmiotów 
w domu. Imiona są potrzebne tylko ludziom.

Na piętrze miałam swój mały pokoik. Babcia miała swój, Mama swój i ja swój. Do czwartego roku życia spałam razem z Mamą, ale kiedy pewnej nocy obudziłam się na podłodze, doszłyśmy do wspólnego wniosku, że już jestem dostatecznie duża, aby spać we własnym łóżku. Przez kilka kolejnych nocy przekradałam się jednak pod skrzydło Mamy, dopiero później nauczyłam się spać sama. Miałam swoją szafę, biurko, krzesło, komodę, 
ale najbardziej podobała mi się brzózka, która rosła w rynnie tuż obok mojego okna. Była moją rówieśniczką i przez długie lata przyjaciółką. Kiedy miałam dziesięć lat, przesadziłyśmy ją do ogrodu, a w rynnie tuż obok mojego okna rośnie nowe drzewko. Na końcu korytarza, za pokojem Babci była malutka toaleta, w której po raz pierwszy zaczęłam odczuwać uroki klaustrofobii. Po zamknięciu, drzwi dotykały kolan, ale w gruncie rzeczy było bardzo przytulnie, no i zimą nie trzeba było biegaćna dół, do łazienki z prawdziwego zdarzenia. To, że była z prawdziwego zdarzenia, nie zmieniało faktu, że zimą było tam przeraźliwie zimno. Babcia i tak chodziła pod pompę.

 

Miasteczko, do którego miałyśmy mniej niż godzinę spacerowego kroku nazywało się śmiesznie, Neggrud czyli Diabelskie Łapy. Nigdy nie pamiętałam jaką diabelską część ciała miały symbolizować. Na pewno dolne kończyny. Było położone bardzo malowniczo, jakby położenie miało zrekompensować nieszczęśliwą nazwę. Usadowiło się w dwóch, stykających się ze sobą jednym końcem dolinkach. Dolinki były połączone okrągłym, jak to zwykle bywa rynkiem, od którego odchodziła ścieżka w głąb lasu, prosto do naszej dębowej „Złej Pogody”. Albo odwrotnie, to od naszego domu szła ścieżka aż na rynek, prosto do fontanny, do której nikt nie wrzucał pieniążków. Może nikt nie chciał tutaj wracać?
Mieszkańcy dzielili się na tych mieszkających w prawej dolince, czyli Ritt Neggrud i na tych, którzy mieszkali w lewej dolince, czyli Deff Neggrud. Dlaczego właśnie tak? Nie wiedziałam. 
Nie wiedziałam jeszcze dużo rzeczy. Wszystkich mieszkańców było nie więcej niż trzy tysiące. Z nami było ich trzy tysiące trzy.
W lesie można było znaleźć ruiny zamku, o których nikt nie pamiętał. Oczywiście nie wolno było mi tam chodzić. Mama mówiła, że miejsce jest przesiąknięte złą mocą i mała dziewczynka nie powinna do ruin chodzić sama. Najlepiej gdyby nie chodziła tam wcale. Byłam grzecznym dzieckiem i na pewno przestrzegałabym zakazu, gdyby nie jedna pokusa. Obok zamku wznosiła się ponad drzewa wysoka wieża, będąca domem wron, gołębi i innego ptactwa. Kiedy pierwszy raz wdrapałam się wieżę, sto pięćdziesiąt trzy schody stanowiły nie lada wyzwanie dla małych nóżek, zakochałam się w widoku i podglądających mnie nieufnie ptakach. Wtedy też zrozumiałam, dlaczego miasteczko nosi dziwne miano Diabelskich Łap. Dwie, zagłębione w zielone wzgórza dolinki wyglądały jak ślady stóp olbrzyma. Jedna stopa wskazywała godzinę jedenastą, druga czternastą, a pięty były połączone rynkiem. Od pięt wychodziła nitka drogi zakończona kulką naszego domu. Czarcie łapy z ogonem, to wyglądało właśnie tak.
Faktem jest, że moja pierwsza wizyta na wieży przedłużyła się ponad miarę. Ocknęłam się z zamyślenia dopiero wtedy, kiedy Mama usiadła obok mnie.
- Cześć mała, już późno – powiedziała obejmując mnie ramieniem. Na moich kolanach spała w najlepsze para gołębi.
- Zagapiłam się trochę…- próbowałam się tłumaczyć, 
ale Mama nie potrzebowała tłumaczeń.
- Ja też lubię to miejsce – powiedziała tylko, odłożyła śpiące gołębie na skalną półkę i sprowadziła mnie na dół. Przed oczami miałam cały czas obrazy. 

Od tego czasu przychodziłam na wieżę często, ale nigdy już nie przekraczałam granicy czasu. Razem z zachodem słońca zawsze byłam w domu. Nigdy nie spotkała mnie żadna zła siła. Pewnie mama powiedziała tak, aby mnie nastraszyć. Jednak pewnego dnia, kiedy wdrapałam się na szczyt wieży, zauważyłam, że nie jestem sama. Na moim miejscu siedział chłopak, który podziwiał moje widoki i karmił moje ptaki. Zaczął mnie ogarniać gniew, w związku z czym nad wieżą zebrały się ciemne chmury.
- Hejże dziewczynko, poczekaj, starczy miejsca dla nas obojga! – krzyknął nieznajomy nawet nie zaszczycając mnie swoim spojrzeniem. Skąd wiedział, że przyszłam i skąd wiedział, że jestem dziewczynką? Pewnie stąd, skąd ja wiedziałam, że jest chłopcem. 
Gniew mnie powoli opuszczał. Nieznajomy świecił na zielono i na niebiesko, co dawało efekt falującego morza w słoneczny dzień. Nigdy nie widziałam morza, ale tak sobie właśnie wyobrażałam. Usiadłam obok niego i nawet obdarzyłam go uśmiechem. Miał śmieszne oczy. W lewym odbijała się zieleń lasu, w prawym brązowy aksamit ziemi. 
- Sasha.
Przedstawił się podając mi rękę. Miał ciepłe dłonie. Przez chwilę zastanawiałam się jak się przedstawić.
- Jestem… - nie byłam pewna, czy mogę mu zdradzić moje prawdziwe imię.
- Poczekaj, niech zgadnę – powiedział i zmarszczył śmiesznie nos. Musiałam się roześmiać – chmury na niebie powiedziały mi, że jesteś Vima.
Zdziwiłam się. 
- Shay. Mam na imię Shay – próbowałam zaprotestować, 
ale zrobił taką minę, jakby zjadł wszystkie rozumy świata.  
A na nosie miał cztery piegi. 
- Kiedyś osobę, która gniewem sprowadzała burzę, nazywano Vima. Podobno Vimy były demonami, miały ostre zęby 
i czarne dłonie. Tata mi mówił.
Przesunęłam językiem po zębach, nie były ostre. Bynajmniej nie w jakiś demoniczny sposób. Moje ręce również nie były czarne. Może trochę, bo rano wyrywałam marchewkę i cebulę. Gdybym popracowała nad nimi mydłem i szczotką, na pewno nie byłyby brudniejsze niż dłonie mojego towarzysza. 
- Mam na imię Shay. I już – dodałam, aby moje słowa zabrzmiały poważniej, ale on tylko w uśmiechu wyszczerzył zęby. Jednego brakowało. Jego tata, chociaż mądry człowiek, na pewno nie był dentystą. Nie miałam taty, więc wolałam nie podejmować tego tematu.
Na tym skończyła się nasza rozmowa. Siedzieliśmy  jeszcze blisko siebie do zmroku, dzieląc się z ptakami dwiema bułkami, które ze sobą przyniosłam. Mieliśmy oboje po dziewięć lat, oboje lubiliśmy ptaki i to miejsce. Nigdy więcej go nie spotkałam na wieży, ani też o nim nie zapomniałam. Nawet wtedy, kiedy powiedzieli mi, że straciłam pamięć. Te oczy, w których odbijały się liście i ziemia, zapadły mi w pamięć i w serce. 
Sasha i Shay…  nasze imiona szeleściły jak jesienne liście.

 

Lubiłam nasze miasteczko, a najbardziej lubiłam na nie patrzeć. Czasami bywały takie dni, tygodnie, kiedy nie mogłam ani przechadzać się po uliczkach, ani iść na wieżę. Wtedy robiłam model miasteczka z materiału, który aktualnie miałam pod ręką. Czasami był to piasek, czasami błoto, czasami ciasto. Często Mama wypiekała model miasteczka zamiast piaskowej babki, ale najlepsze modele wychodziły z ciasta drożdżowego, bo zmieniały się, rosły pod wpływem temperatury i po upieczeniu nie mogłam rozpoznać budynków. Szkoła zamieniała się w ratusz, ratusz w kościół, a fontanna w studnię. Trzeba było zaczynać wszystko od początku.
Kiedy już zbudowałam miasteczko, powoli zapalałam światła w oknach, na boisku szkolnym umieszczałam garść wrzasków, bo zwykle był koniec lekcji, kołysałam dzwonem w dzwonnicy, czasem nawet dwadzieścia dziewięć razy. W moim miasteczku bywała również godzina dwudziesta dziewiąta w nocy. Kilka lat później zapomniałam jak to się robi, za to nauczyłam się czytać. Kiedy chcę sobie przypomnieć, jak się zapala światła w oknach świeżo upieczonego miasteczka, muszę zapomnieć o umiejętności czytania, pisania i nazywania przedmiotów. Wracam wtedy do czasów, kiedy wszystko było proste, a ja nie wiedziałam jeszcze jak łatwo jest wszystko skomplikować. Takie powroty nie udają mi się zbyt często, może za często chciałabym wracać. Do fontanny zawsze wrzucałam monetę, która była większa od samej fontanny. Ja chciałabym wracać tutaj zawsze. Temu miasteczku również przydawało się trochę Złej Pogody. 

 

Odkąd się nauczyłam, zawsze lubiłam pisać. Czasami rysowałam, czasami pisałam, a czasami tylko patrzyłam jak atrament zasycha za stalówką. Pisałam literę i przyglądałam się jak z błyszczącej robi się matowa. Potem rysowałam kreski, długie, niekończące się kreski. One też zamieniały się z błyszczących w matowe. W ten sposób zmarnowałam mnóstwo kartek i jeszcze więcej atramentu, ale zyskałam ciekawe widowisko.

 

Czarcianie zbierali się co tydzień w świątyni. Nie wszyscy, ale na pewno większość. Niektórzy oczywiście zostawali 
w domach i swoją nieobecność tłumaczyli później na różne sposoby. Najczęstszą dolegliwością były bóle o nieznanym podłożu. Bóle brzuchów, kości, głów, zębów. 
- Nie wiem, co mi się stało, przecież wczoraj byłem zupełne zdrowy – mruczeli cierpiący na fantomowe bóle. 
- Połóż  się Franek, jak wrócę z kościoła zrobię ci okład 
z gorczycy – mówiły troskliwe małżonki i biegły do kościoła zmówić kilka zdrowasiek w intencji chorego małżonka. 
Drugą grupą, która również cierpiała na depresję świątynną byli młodzi ludzie, dla których nabożeństwo równało się wyjściu rodziców i braniu domu w posiadanie na całe dwie godziny południa. W tym czasie dziewczęta przychodziły do chłopców, albo chłopcy do dziewcząt i zajmowali się zwiększaniem populacji miasteczka. Zazwyczaj skutecznie. Jednak zdecydowana większość spotykała się w samo południe, każdej niedzieli w świątyni.  

Wyglądali trochę zabawnie i zdecydowanie inaczej niż w tygodniu. Od Czarcian codziennych różnili się przede wszystkim strojem. Panie latem ubierały się w kwieciste sukienki i kapelusze ze sztucznymi kwiatami, panowie wciskali się w przyciasne ubrania, które pamiętały czasy, kiedy mieli 20 cm mniej w pasie. Zimą wszyscy, jak jeden mąż (albo żona) wyciągali z szaf pachnące naftaliną futra z nutrii, królików i kóz syberyjskich. Podejrzewałam, że niektóre były zrobione z gatunków zwierząt, które wymarły dawno temu, ale były to jedynie moje złośliwe domysły. Tylko jedna kobieta w miasteczku, żona sołtysa, szczyciła się posiadaniem futra z norek, co oczywiście było kamieniem niezgody pomiędzy nią, a innymi kobietami. Norki, nie norki, pachniały naftaliną tak samo jak pospolite króliki. Gdybym miała taką siłę, wskrzesiłabym te wszystkie zwierzęta. 
- Niech się stanie jasność! – śpiewał kapłan, a głos miał naprawdę donośny. 
- I uwolni nas z mroków ciemności – odpowiadało śpiewnym zawodzeniem trzy czwarte zgromadzonych. Reszta drzemała, rozmyślała, albo tak jak ja, przyglądała się z zaciekawieniem innym. 

 

W zimie nie chodziłam do świątyni. Aby przedrzeć się przez śnieg i zdążyć na nabożeństwo, musiałabym wstawać wcześnie rano. Poza tym, naftalina kręciła mnie w nosie i strasznie kichałam. Potem Mama musiała wysłuchiwać uwag, że ma krnąbrną córkę, która nie umie się porządnie zachować w świątyni. Umiałam się zachować, klękałam i wstawałam w odpowiednich momentach, śpiewałam wszystkie pieśni głośniej od koleżanek, ale naftalina była po prostu silniejsza od mojego nosa. Latem było całkiem przyjemnie. Przy ołtarzu stało zawsze mnóstwo kwiatów. Czasem miałam wrażenie, że najpiękniejsze kwiaty są hodowane specjalnie dla świątyni. Pachniały najzupełniej świecko. Przez witrażowe okna wpadały różnokolorowe słoneczne promienie, dodając barw kamiennej posadzce. Kolory, razem ze słońcem przesuwały się dostojnie. Podczas każdego słonecznego nabożeństwa przemierzały drogę od czwartej do siódmej ławki. Lubiłam sobie wyobrażać, że to król wiedzie do zamku swoją nowo poślubioną małżonkę. Młoda królowa wychyla się z karety, pozdrawia wiwatujące tłumy i rozrzuca złote pieniążki. Przez to złoto zwykle nie mogłam się skupić na mszy, ale nikt nie zwracał na mnie uwagi, bo i tak wszyscy myśleli, że jestem głupia. 
Shay szajbuska. 

 

Niedziela była najspokojniejszym i najbardziej leniwym dniem w całym tygodniu. Wtedy najwięcej przyjemności sprawiało mi chodzenie po miasteczku i przyglądanie się domom i ludziom. Lubiłam, jak przyglądają mi się domy, ale nie lubiłam, jak przyglądają mi się ludzie. Wciskałam wtedy głowę w ramiona, obejmowałam się i odchodziłam. Czasami nawet się bałam. 
Jak nigdy. Tak, jakbym na czole miała zawieszoną tabliczkę – to ta dzika z lasu. Tak... podobno żyłam w nowoczesnych czasach. 
Do świątyni Babcia nie chodziła twierdząc, że to strata czasu, bo gruby kapłan Felicjan od lat mówi o tych samych bzdurach, w dodatku w tej samej formie. 
- Jak zmieni repertuar, pójdę go posłuchać – obiecała kiedyś zapalając świece podczas świętowania wiosennego zrównania. Nigdy nie wytłumaczyła mi, co rozumie pod pojęciem „bzdur”. Dla mnie Felicjan mówił całkiem ciekawie, ale właściwie nic ciekawszego od tego, co słyszałam od Mamy i Babci. Później zrozumiałam, że chodziłyśmy do świątyni tylko po to, aby ludzie nie gadali. To, że ktoś znów nie poszedł na mszę, bo mu się nie chciało, uchodziło uwadze ogółu. Czarownice musiały wraz z innymi podzielić się świętym chlebem, chociaż i tak słyszałam, że nam od tego włosy na podniebieniach rosną. Nie wiem jak Mamie, ale mnie na podniebieniu nie rosły żadne włosy.
W związku z tym włochatym podniebieniem nikt nie chciał się ze mną przyjaźnić. I tak nie lubiłam się z dziećmi ani bawić, ani przyjaźnić. Przyglądałam się im jak świecą. Każdy świecił, ale dzieci szczególnie kolorowo.
- To Vima, widzi ludzkie aury, okulary tutaj nic nie pomogą – wyrokowała jak zwykle Babcia, po tym, jak przyniosłam ze szkoły receptę na okulary. Mama tylko westchnęła i kręciła głową. Tuliła mnie długo i mocno. Miałam nadzieję, że nie czuła się z mojego powodu nieszczęśliwa. 
Do przyjaźni i zabawy wystarczały mi Babcia i Mama. I Sasha. 
Do szkoły chodziłam sześć lat, potem straciłam pamięć.

 

  Cały czas miałam przeczucie, że to będzie dziwne lato, ale dopiero kiedy nadszedł ten dzień...
 W południe nagle zrobiło się ciemniej niż w nocy i nie spodziewałam się w związku z tym niczego dobrego. Idealnej ciszy nie zakłócała ani jedna pszczoła pracoholiczka, ani jeden nadgorliwy ptak. Mieszkałam w lesie, więc kiedy umilkły zwykłe rozmowy między leśnymi rezydentami, poczułam się nieswojo. Nie przez ciemność, która zwykle była moim sprzymierzeńcem, tylko przez ciszę.

Tym razem dom nie był moim domem. Wszystkie znajome kąty stały się obce, a nawet wrogie. Chodząc po pokojach 
nie słyszałam uspokajającego monologu radia, ani cyklicznego mamrotania lodówki. Zawsze wyobrażałam sobie, że lodówka to stara, zrzędliwa babcia, która budzi się co chwilę i pomstuje na ziemię, która ją nosi. Nie chodziło o zwykłą awarię w elektrowni i przerwę w dostawie prądu. To była przerwa w dostawie dźwięków i światła.
Na stole w pokoju, który był zarówno kuchnią, jadalnią i salonem, zapaliłam trzy świece aby przegnać złe duchy i jeszcze gorsze obawy. Mama miała być w domu o siódmej rano, a jeszcze jej nie było. Pięć godzin spóźnienia, to doprawdy nie w jej stylu. 
W świetle świec podeszłam do wielkiego, starego zegara, który swoim tykaniem odmierzał dobre i złe chwile. Nie chodził, nie tykał. Jakby umarł. Zaszurałam kapciami po podłodze, aby przekonać się, czy wszystkie dźwięki odeszły. Nie, szuranie moich kapci w kratkę po niedawno pastowanej podłodze brzmiało swojsko i całkiem przyjemnie w tej nieziemskiej ciszy i ciemnościach. Uśmiechnęłam się z ulgą do swojego odbicia w szybie zegara i wtedy niesamowita siła wepchnęła do pokoju wszystkie okna od zachodniej strony domu. Świece potoczyły się po stole i podłodze znacząc za sobą woskowe ścieżki. Oszołomił mnie hałas wdzierający się zewsząd, oknami, kominem, szparą pod drzwiami. Stałam zasłaniając uszy, niezdolna do jakiegokolwiek ruchu. Wydawało mi się, że mama pojawiła się w drzwiach i gestem nakazuje mi gasić dywanik, który zajął się płomieniem od leżącej na nim świecy. Zrobiłam to i schowałam się pod stołem, po drodze zabierając z taboretów dwie poduszki, którymi zakryłam uszy. Może była to śmieszna izolacja od hałasu, ale bardzo skuteczna. W idealnej ciszy oglądałam, jak wicher przesuwa po podłodze sprzęty domowe i zrywa firanki. Widziałam, jak drzwi z impetem raz po raz uderzają w ścianę, aż po kolejnym uderzeniu zostaje z nich tylko deska z zawiasami. Oglądałam film bez fonii.
Chyba zasnęłam. Nie wiem czy na jawie, czy we śnie wiatr zrywał dach. We śnie, bo jak otworzyłam oczy, wszystko było na swoim miejscu. Prawie wszystko. Na miejscu był dom, dach i dębowy stół, pod którym się schowałam. Poza tym wszystko wyglądało inaczej. 
Musiał być już późny wieczór. Na szarym niebie między różowymi obłoczkami błyszczały pojedyncze gwiazdy, a nad lasem widać było krwistą smugę, jakby palił się świat za horyzontem.
Stałam na ganku, z którego zniknęły plastikowe fotele i stół. Zniknęła też drewniana huśtawka. Nawałnica zmieniła okolicę. Drzewa z połamanymi konarami, kaniony wyżłobione przez płynącą nimi kilka godzin wodę, sprzęty, których przeznaczenia można się było jedynie domyślać, to wszystko było nowe, obce. Nie lubiłam zmian. Jednocześnie deszcz zmył cały brud i kurz, pozostawiając po sobie czystość i świeżość.
Wichura połamała konary wiekowego dębu i przewróciła wielki  buk. Opierał się teraz o dąb, jakby współczując mu straty gałęzi. Korzenie buka zniszczyły fragment warzywnika i otaczający go z jednej strony drewniany płot. Ten fragment mojego świata, cudem ocalały przed wiatrem i ulewą został pokonany przez jedno, zmęczone drzewo. Patrzyłam i myślałam czy warto w tym sezonie jeszcze raz zasadzić pomidory. 
Na dworze było pięknie, wręcz cudownie. Natura przypomniała sobie, że jest maj i pozwoliła słowikom i kosom śpiewać. Miałam wrażenie, że odświeżony świat na coś czeka. To czekanie i śpiew ptaków ponownie mnie uśpiło.
Mój dom nazywał się Zła Pogoda. Mieszkałam w Złej Pogodzie i umiałam czarować. Tak naprawdę.

 

Rankiem obudził mnie telefon. Dzwonił intensywnie, jak na alarm. Wyskoczyłam gwałtownie z łóżka, mając nadzieję, 
że przestanie dzwonić i usłyszę rozmawiającą z kimś spokojnym głosem mamę. Zawsze, jak rozmawiała przez telefon miała spokojny i opanowany głos. Dlaczego nie odbierała? Telefon nie przestawał mnie uparcie wołać, dlatego zbiegłam po schodach i podniosłam słuchawkę, zanim zadzwonił kolejny raz.
- Słucham? – oznajmiłam w pustkę, nie wyczuwając po drugiej stronie żadnego rozmówcy. Słyszałam dźwięk ulewy, jednostajny, monotonny szum deszczu padającego przy bezwietrznej pogodzie. Lubiłam go, ale...
-  Mama? – zapytałam i wszystko ucichło. Żadnego sygnału, tak jakby przed chwilą telefon nie dzwonił, a linia była w dalszym ciągu uszkodzona przez wczorajszą nawałnicę. Nie, to nie mama. Coś podpowiadało mi, że chociaż nic się złego nie stało, nigdy więcej już jej nie zobaczę.
- Shay, gdzie jesteś kochanie? – usłyszałam głos Mamy w przedpokoju, jednak w przedpokoju nikogo nie było. Nie musiałam nawet sprawdzać. Ona odeszła. Po prostu umarła. 

Od tego czasu stałam się cieplejsza od zimy, ale zimniejsza od lata. Przy moim domu, odkąd pamiętam, zawsze kwitły konwalie i krokusy. Na zmianę. Kiedy czułam złość wiał wiatr. Kiedy bywałam radosna, powinno świecić słońce, ale ono świeciło nie przejmując się stanem mojej duszy. Za to deszcz padał wtedy, kiedy chciałam. Kiedy chciał tego mój zły nastrój.
- Idź do Złej Pogody – mówiły kobiety w miasteczku od kiedy Mamy zabrakło, bynajmniej nie mając na myśli mnie. Mieszkałam sama w Złej Pogodzie.

 

*

 

Neggrud. Małe miasteczko, duża wioska. Normalni mieszkańcy i trzy czarownice jako relikt dawnych wierzeń. Dla Vendela cały świat. Sołtys Vendel brzmiało dumnie. Nie żeby specjalnie mu zależało na tym, by dzierżyć władzę, ale miało to swoje dobre strony. Mieszkał w dużym mieszkaniu na piętrze urokliwej kamienicy, był mężem pięknej kobiety, w związku z tym ludzie odnosili się do niego z szacunkiem. Miał też wyjątkowo urodziwą sekretarkę, za co niektórzy też odnosili się do niego z szacunkiem, a niektórzy zazdrościli. Oczywiście mówimy tu o męskiej części populacji.
- Możesz powtórzyć Coria? – odwrócił się w stronę dziewczyny, która stała w drzwiach i mówiła coś niedbale. Czasami wydawało się, że to on jest jej sekretarzem, a nie na odwrót.
- Jakiś gruby gość w sprawie otwarcia karczmy.
Kolejnej pijalni piwa – pomyślał Vendel i dodał wymijająco:
- Niech przyjdzie za trzy dni. Skonsultuję się z… kapłanem i dam odpowiedź.
Nie miał zamiaru się z nikim konsultować, ale może te trzy dni uratują Neggrud od kolejnej karczmy z wyszynkiem.
Zapadła cisza. Żadnych interesantów, żadnych rozmów. Vendel zamknął oczy i zaczął bujać się w fotelu. Było nadspodziewanie gorąco jak na koniec maja i niepokojąco cicho. Odprawiani interesanci zwykli awanturować się przed opuszczeniem budynku, ale Coria była nie do przejścia. 
Gorące południe, zamknięte oczy. Dziwne. Czuł się, jakby ich wcale nie zamykał. Widział dokładnie swój gabinet. Brązową wykładzinę, okna przysłonięte żółtymi, lnianymi zasłonami, swoje ręce trzymające kartkę, ślubną obrączkę na palcu. Szafkę z dokumentami, jakiś puchar, który dostał nie wiadomo za co i swoje krzywe odbicie w pucharze. 
Tak, powinien dawno wybrać się do fryzjera, ta niemodna fryzura nie dodaje dostojeństwa sołtysowi i głowie rodziny 
w jednym. I mały jesionowy stolik pod oknami, przedzielający dwa, wielkie klubowe fotele. W jednym z nich siedziała wysoka, szczupła kobieta. Miała nie więcej niż czterdzieści lat i uśmiechała się pogodnie, niemal zalotnie.
- Evangelina... – szepnął i zerwał się z fotela uderzając udami o blat biurka  – Eva – poprawił się rozcierając obolałe miejsca – nie słyszałem kiedy weszłaś. Nie widzieliśmy się...
- Siedem lat – dodała widząc jego zakłopotanie. Zdmuchnęła znad oka pasmo niesfornych, jasnych włosów. Przez siedem lat Vendel zdążył zapomnieć jaką była piękną kobietą i jak bardzo ją kochał. Kiedyś. Eva zaprotestowała szybkim gestem, kiedy odwracał się w stronę drzwi, by poprosić Corię o coś zimnego do picia.
- Ja tylko na chwilkę. Chciałam się z tobą pożegnać.
- Wyjeżdżasz gdzieś? – zapytał, a Eva roześmiała się w odpowiedzi.
- Tak, wybieram się w podróż. Długą podróż i miałabym w związku z tym do ciebie małą prośbę.
Vendel zamienił się w słuch. Znali się ponad dwadzieścia lat, ale nigdy go o nic nie prosiła.
 - Co tylko sobie zażyczysz – odpowiedział po dżentelmeńsku, ale jakaś cząstka jego żałowała, że tak powiedział. Rozmówczyni uśmiechnęła się ponownie, tym razem z wdzięcznością.
- Przejdę od razu do rzeczy. Moja matka od kilku lat nie żyje, 
ja muszę wyjechać, a w domku zostawiam córkę. Shay. Wiesz przecież. Prosiłabym, abyś się nią zajął, ona jest trochę inna od rówieśników. Tylko opieka. Mogę na ciebie liczyć?

Shay? Pomyślał Vendel. Ta Głupia Shay? 
- Oczywiście Evangelino. Evo – poprawił się znowu, czym wywołał jej kolejny uśmiech. – Kiedy się zobaczymy? Chciałbym z tobą porozmawiać.
- Zobaczymy się, obiecuję ci. Kiedyś wszyscy się spotkamy – powiedziała tajemniczo i na jego oczach rozpłynęła się w powietrzu.
- Cie choroba... – zaklął i znów uderzył udami o blat biurka. Ponownie zaklął, tym razem szpetnie. W drzwiach pojawiła się głowa Corii.
- Panie sołtysie, czy wszystko jest w porządku? – dopytywała się troskliwie.
- Tak, musiałem na chwilę zasnąć. Śniła mi się... Eva? – zapytał sam siebie, wciąż nie dowierzając, że to był tylko sen.
- Jeżeli śniła się panu Evangelina z lasu, całkiem dobrze się składa, bo ja właśnie w jej sprawie, a właściwie w sprawie tego całego domu w lesie.
- Proszę mówić.
- Chodzi o to, że w lesie mieszkają dwie kobiety...
- Dwie? Nie trzy? – zainteresował się Vendel. Odkąd pamiętał, zawsze w leśnym domu mieszkały trzy kobiety.
- Najstarsza z nich, Freya, zmarła jakiś czas temu, ale możemy się opierać tylko na tym, co ludzie mówią, bo nigdzie nie ma dokumentu zaświadczającego jej zgon. Sprawdziłam, tych trzech pań nie ma w spisie naszych mieszkańców. Podejrzewam, że w innych miasteczkach, ani wsiach również nie są zameldowane.
Sołtys poprawił się w fotelu. Sprawa zaczynała być interesująca. Tajemniczy zgon, równie tajemniczy sen i prozaiczny brak meldunku trzech pań, które bardzo dobrze znał. Zwłaszcza jedną z nich.
- Coś pani sugeruje?
- Sprawdziłam, nie są zameldowane, nie mają aktu własności domu, poza tym, ten dom nie stoi na żadnej działce. Wygląda na to, że ktoś go wybudował nie pytając nikogo o pozwolenie.
Vendel przypomniał sobie jedną rzecz.
- Nie mają meldunku? Przecież nawet ja pamiętam jak urodziła się najmłodsza...
- Jej narodziny nie zostały zgłoszone. Akt urodzenia nie był wydany, nie odbierała również dowodu osobistego – przerwała mu niegrzecznie sekretarka. Gdyby nie to, że zainteresował się sprawą, zwróciłby jej uwagę. 
Pod lampą latało kilka znudzonych much, a fotel w którym przed chwilą siedziała Eva był pusty.
- W związku z tym, że nie mają meldunku, właściwie nie wiadomo jak się nazywają. Chociaż i tak wszyscy wiedzą. Freya, Evangelina i Shay Ansussi. Najstarsza podobno zmarła.
Tak, znał tę rodzinę dość dobrze. Bez problemu sięgnął pamięcią dwadzieścia lat wstecz. Eva, jego pierwsza wielka, całkowicie irracjonalna miłość do licealistki. Miał wtedy dwadzieścia lat i był poważnym studentem, ona miała zaledwie szesnaście lat. Zakochał się wtedy jak wariat, ale...
- No i to zdarzenie sprzed siedmiu lat – rozmyślania Vendela przerwał ponownie wysoki głos sekretarki – ten domniemany napad. Nad tym też trzeba się zastanowić.
- Domniemany? Domniemany?! – Vendel na samo wspomnienie tamtego zdarzenia poczuł ukłucie w sercu. Ciągle miał wyrzuty sumienia, że nie zrobił nic, aby temu zapobiec.
- Kobiety mieszkające samotnie w lesie musiały się po prostu bronić. Zostały napadnięte.
- Ludzie mówią, że one specjalnie zwabiły mężczyzn i zabiły ich, żeby odprawić jakieś magiczne rytuały...
Sołtys nie miał zamiaru słuchać tych bzdur. Przerwał swojej sekretarce równie niegrzecznie, jak ona jemu.
- To niedorzeczność. Jakie rytuały? Zamiast zakopać ciała, zgłosiły wszystko na policję. Za dużo pani ogląda filmów kryminalnych. Nie można wierzyć we wszystko, co opowiadają ludzie. Nie chcę więcej słuchać plotek. Proszę nie poruszać tego tematu 
i informować mnie wyłącznie o faktach. Proszę również nikogo nie wpuszczać. Pracuję.

Koniec rozmowy.
Oczywiście nie miał zamiaru pracować. Nawet muchy latające jeszcze przed chwilą pod lampą poszły sobie odpocząć. Vendel chciał być sam, aby w spokoju przyglądać się miejscu, w którym jeszcze przed chwilą siedziała Eva i wspominać jej ciepły uśmiech. Gdyby dwadzieścia lat temu nie zrobił „przypadkowo” dziecka koleżance, teraz na pewno byłby szczęśliwym małżonkiem jasnowłosej Evy. 
A tak... ciąża, ślub z niekochaną, ba! prawie nieznajomą kobietą 
i tęsknota.
Przez szparę między zasuniętymi, żółtymi zasłonami przedostał się promyk słońca tańcząc przez chwilę na dywanie.

Działo się coś dziwnego. Nad miasteczkiem zbierały się ciemne chmury. Słońce wprawdzie przedostawało się przez nie swobodnie, ale cień padał na serca mieszkańców. To nagłe zainteresowanie  trzema kobietami mieszkającymi w lesie i robienie z nich czarownic, wyglądało jakby ludzie szukali kozła ofiarnego, pragnąc na kimś wyładować złość. 
     Nie miały meldunku? Dziwne.
Evangelina. Słodka Eva o wielkich, jasnych oczach. Pewnego dnia powiedziała mu po prostu, że między nimi jest wszystko skończone. Za łatwo się poddał. Zbyt łatwo. Takich normalnych chmur też by się trochę przydało. Było za gorąco, nawet jak na początek lata.

 

*

 

Mama umarła. Nie wiem dlaczego tak zrobiła, po prostu odeszła. Trochę miałam jej to za złe, mogła przecież taką poważną sprawę ze mną przedyskutować. Jakiś czas temu babcia również umarła, a stało się to przez lustro.  U nas w domu nie było luster, jakoś nie miałyśmy zaufania do tego, co się w nich odbijało. Nawet nie wiedziałam dokładnie jak wyglądam. Niezbyt mnie to interesowało. Miałam jasne włosy, ale nie tak jasne jak Mama. Czasem nawijałam pasmo na palec i udawałam, że to mój pierścionek na szczęście.
Babcia nigdy nie liczyła czasu, po prostu sobie żyła. Narzekała na bóle krzyża, poza tym na nic się nie skarżyła. Pierwszą swoją zmarszczkę zobaczyła jak miałam dziesięć lat. To nie znaczy, że wcześniej nie miała zmarszczek, po prostu ich nie zauważała. Od czasu tej pierwszej zmarszczki zaczęła się gorzej czuć i już nie była taka silna jak kiedyś. Później wybrałyśmy się do miasteczka po zakupy i w sklepie Babcia zobaczyła swoje odbicie w lustrze.
- Jaka ja już jestem stara... – szeptała i dłońmi starała się rozprostować  pomarszczoną jak jabłko twarz. 
Uwierzyła w to, że jest stara i kilka dni później umarła. Zostałyśmy same – Mama i ja.
Z moją pamięcią była bardzo dziwna sprawa. Nie miałam żadnych wspomnień. Wszystko, co działo się przed wypadkiem znałam tylko z opowiadań Mamy i Babci i tego, co wymyśliłam sama, na podstawie przeczytanych książek. W mojej głowie był pusty pokój, do którego wiodły drzwi z napisem „pamięć”. W tym pokoju było mnóstwo innych drzwi z tabliczkami „szkoła”, „dom”, „Czarcie Łapy”, „wypadek” i jeszcze wiele innych, a wszystkie zamknięte na rygle i skoble. „Wypadek” był nawet zabarykadowany. Bałam się do tych drzwi podchodzić. Jedynie jasne drzwi z napisem „Sasha” były otwarte. Jego jednego pamiętałam i nasz wspólny dzień na wieży. 

Powoli przedpokój z drzwiami zaczął się zapełniać. Wstawiałam tam regały i etażerki ze wspomnieniami prawdziwymi i tymi, które wymyśliłam sobie sama. Na przykład wymyśliłam sobie, że tak jak Ania z Zielonego Wzgórza, wychowywałam się w sierocińcu. Potem przyszła Mama i zabrała mnie do domu. Wyobraziłam sobie również swoją naukę w przedwojennej szkole dla panien z dobrego domu. Takiej szkoły dla narzeczonych. Było mi z tym całkiem dobrze. Co zrobić, kiedy wspomnienia są sprzeczne z wyobraźnią? Najlepiej o nich zapomnieć.
Prawdziwej szkoły nie pamiętałam, ale sądząc po spojrzeniach rówieśników z miasteczka i ich okrzykach na mój widok, nie miałam czego żałować. W związku z tym, że krótko chodziłam do szkoły, miałam więcej czasu na czytanie. Po przeczytaniu wszystkich książek dla dzieci, które udało mi się zdobyć, zabrałam się za literaturę dla dorosłych. Metodycznie, od A do Z. Teraz, po kilku latach intensywnego czytania, jestem dopiero przy K. 
Na przykład Konfucjusz powiedział, że uczyć się lecz nie myśleć, to bezużyteczne. Lecz myśleć, a nie uczyć się, to niebezpieczne. 
Naprawdę, trudno się z tym nie zgodzić

 

Według moich obliczeń i tego, co mówiła Mama, musiałam mieć około dwudziestu lat. Zostałam sama. Bolało. Przez chwilę nawet bardziej niż bolało. Mama milczała. Nikt mnie o nic nie pytał, a świetliki świeciły. To był czas świetlików. Świeciły zamiast choinkowych lampek dając mi namiastkę Bożego Narodzenia. Czasami zupełnie chaotycznie, a czasami udawało im się wyświecić jakiś kod, który zapewne coś znaczył w świetlikowym języku. Innym razem błyskały jak latarnia morska. Nie wiem, czy w ten sposób próbowały się porozumieć między sobą, czy też może była to próba porozumienia ze mną. 
Aura świetlików ginęła w ich światełkach. Czasami myślałam, że to jedyne stworzenia, których aury są widoczne nawet dla zwykłego oka i zwykłego patrzenia. Ludzie też świecą, jedni bardziej, inni słabiej. Źli ludzie są ciemni. Musiałam nauczyć się patrzeć inaczej, tak, żeby nie zauważać tych świateł, inaczej nie robiłabym nic innego, jak tylko patrzyłabym i patrzyła. Czułam się, jakbym zakładała ciemne okulary i pstryk! Światła gasły. Po prostu przestawiałam się na inny sposób patrzenia.
Zostałam sama, ale do drzwi ciągle pukały osoby zainteresowane odczynianiem złych czarów i sprawdzaniem, co się wydarzy w przyszłości. Jedna pani zapowiedziała się na wieczór. Znałam ją chyba kiedyś, bo jej głos wydawał mi się znajomy, pewnie słyszałam go zza któryś zamkniętych drzwi w moim magazynie pamięci. Zrobiłam to, co wcześniej widziałam w wykonaniu kobiet, z którymi mieszkałam. Świetliki świeciły, nie musiałam zatem zapalać choinkowych lampek. Za to na stole ustawiłam trzy białe świece, bo to podobno przywoływało dobre duchy. Mało brakowało, a zapomniałabym o obrusie ze srebrną nitką. W związku z tym, że była to moja pierwsza klientka, wyciągnęłam z szuflady kryształową kulę. Najpierw musiałam ją wymyć w kąpieli z płynem do mycia naczyń, bo się porządnie zakurzyła. Potem zmarnowałam wiele czasu na oglądanie płomieni świec przepływających przez kule. To było naprawdę magiczne widowisko. 
Narzuciłam na głowę ciemnozieloną chustę i siedząc przy stole czekałam na klientkę. Chmury na niebie przesuwały się z oszałamiającą prędkością, tymczasem na ziemi nie poruszyła się nawet jedna trawka. Widocznie wiatr u góry nie zdążył jeszcze wyhamować po niedawnych wybrykach. W mieszkaniu ciągle jeszcze wyglądało jakby... no właśnie, wyglądało jakby hulał po nim wicher. Ocalały tylko dwa okna, ale i tak doprowadziłam całość do stanu jako takiej używalności. Płomienie świec wyglądały cudnie, kiedy odbijały się w kryształowej kuli, mogłabym się na to patrzeć wiecznie.
- Pani Evangelino…? – obudził mnie ciężar czyjejś ręki na ramieniu. 
- Evangelino? – zapytałam niezbyt przytomnie. Widocznie pani, która przyszła po wróżbę pomyliła mnie z Mamą.
- Shay? Faktycznie, twoja mama mówiła, że możesz ją zastąpić w razie nieobecności. Tylko, że ja... ty... 
Klientka zaczęła się niemiłosiernie plątać w zeznaniach. Zamiast tak po prostu powiedzieć mi, że nie chce moich wróżb, mówiła wszystko, tylko nie to, co chciała powiedzieć.
- Shay, jesteś taka młoda, a moje problemy wymagają rozwiązania przez starszą i bardziej doświadczoną kobietę, a ty...
- Chce pani wiedzieć jak długo mąż panią oszukuje i czy w końcu zdecyduje się wrócić? – przerwałam jej pytaniem. 
I tak nie powiedziałaby o co tak naprawdę chodzi, a wtedy cała wróżba byłaby do niczego. Karty nie odpowiadają tylko na te pytania, których się nie zada. Kobieta popatrzyła na mnie ze zdziwieniem. Nie spodziewała się takiego obrotu sprawy. Wiedziałam, że już podjęła decyzję, chciała iść do domu i czekać aż Mama wróci. Tylko, że ona już nie wróci, ale o tym wiedziałam tylko ja.
- Skąd wiesz? Skąd wiesz dziecko?
- Ma pani wiele zazdrości w aurze. Zazdrości o mężczyznę. 
O tu – dotknęłam ją w splot słoneczny. Odsunęła się ode mnie i przyłożyła dłonie do miejsca, które przed chwilą dotknęłam.
- Stąd bóle serca, ale to nie serce boli. Nie może pani spać w nocy, albo budzi się z uciskiem w piersiach. Słyszy też pani głosy, ale to nie duchy. To tylko własna dusza woła. Ten mężczyzna chyba nie jest pani wart – kontynuowałam niemiłosiernie nie zważając na jej coraz szerzej otwarte oczy, ale po chwili zamilkłam. Nie mogłam przecież mówić jej wszystkiego na samym początku.
- Wszystko prawda – przytaknęła mi. Założyła sobie jasne włosy za uszy. Kiedyś musiała być ładną kobietą, teraz była kobietą smutną – skąd wiesz, przecież nikomu nie mówiłam, nawet lekarzowi, ani córce. Skąd wiesz?
Co mogłam odpowiedzieć? Że czytam z jej aury, jak z książki? Zabrzmiałoby dla niej zbyt fantastycznie. 
- Karty mi powiedziały – odpowiedziałam trochę niezgodnie 
z prawdą, ale w to moja klientka była w stanie uwierzyć. W końcu przyszła do mnie po karcianą wróżbę. Pokiwała głową ze zrozumieniem i przypatrywała się magicznym akcesoriom: świecom, kryształowej kuli, błyszczącemu obrusowi i chuście na głowie. Wszystko wyglądało odpowiednio, oprócz mnie. 
- Proszę obejrzeć, zaprzyjaźnić się kartami – przysunęłam 
do niej talię. Nie wzięła jej do ręki. Bała się. Przemknęła tylko oczami po obrazkach, nie zatrzymując się ani chwili dłużej na żadnym z nich.
- Chciałabym, żeby wrócił. Nie żeby specjalnie mi na tym zależało, ale wiesz... trzydzieści lat razem, a teraz studentka zawróciła mu w głowie. Przykre… Nasza córka jest starsza od tej... kochanki.
To rzeczywiście było przykre, ale takie banalne. Dlaczego kobieta nie zajmie się grą na pianinie, ma w sobie tyle muzyki.
- Muzyka... – szeptałam gdzieś w powietrze. Słowa musiały być ciche, aby nie zagłuszyć tego, co słyszałam. Kobieta patrzyła na mnie ze zdziwieniem. Nie rozumiała, czego od niej chcę. Chciałam tylko, żeby posłuchała i usłyszała. Zdjęłam z głowy moje magiczne nakrycie, było mi za gorąco. 
W moich rękach karty ożyły. Widziałam zmieniające się krajobrazy, pory dnia, pory roku. Słońce na niebie było zastępowane Księżycem, a samo Niebo Światem. Widziałam zielenie przechodzące w czerwień, a potem  biel, błękit i szarość. Na moich oczach budowała się krzywo Wieża, by runąć z hukiem, aż podskoczyłam.
- Sasha... – wyszeptałam znowu cicho, zapominając o wszystkim, ponieważ waląca się Wieża przypomniała mi mojego przyjaciela. Rozmawiałam przez chwilę z Kapłanką, aż rozdzielił nas pędzący na oślep Rydwan. Widocznie powoziła nim niewłaściwa osoba. Stałam na rozstaju dróg na próżno wypatrując drogowskazu. Mogłam nie iść nigdzie i mogłam iść wszędzie. Wszystkie drogi były moje i dla mnie. Kącikiem oka dostrzegłam zbliżającą się niezwykle urodziwą Śmierć. Można się było w nią zapatrzeć, zakochać i umrzeć.
Złapałam moją klientkę za rękę. Chciałam opowiedzieć o wszystkich obrazach, które pokazał mi Tarot i wspólnie miałyśmy zadecydować, które dotyczą jej w bezpośredni sposób. Tak przynajmniej powinnam się zachować. Za oknem zrobiło się już ciemno, a ja przez trzy godziny nie powiedziałam ani jednego słowa. Otworzyłam usta, aby o coś zapytać. Miałam tyle do powiedzenia, ale nie potrafiłam ubrać myśli w słowa. Spośród tylu znanych mi języków nie znalazłam żadnego, który ona mogłaby zrozumieć. Może powiedziałam już wszystko, co miałam do powiedzenia? Opuściłam głowę. Było mi prawie wstyd. 
Kobieta popatrzyła na mnie, pokiwała głową i poszła w stronę czegoś, co jeszcze przed kilkoma dniami było drzwiami.
- Jesteś wariatką Shay. Kompletną wariatką – rzuciła mi na do widzenia, ale ja też nie rozumiałam jej języka. A mąż do niej nie wróci. Tego byłam pewna.

 
      Zioła, zioła, zioła... zbierałam zioła. Nie wiedziałam po co. Jakiś głos, który zaczęłam słyszeć dopiero po śmierci Mamy i Babci, kazał mi to robić. Nie żebym miała coś przeciwko śmierci lub głosom. I jedno i drugie wydawało się być przyjazne. Zwłaszcza głosy.
Zatem zbierałam zioła, chociaż nie wiedziałam po co. Mnóstwo paczuszek z zasuszonymi ziołami leżało na małym strychu i czekało na swój czas. Wichura i deszcz zniszczyła prawie cały zagon z przyprawami, pewnie dlatego musiałam ich szukać 
w lesie. Znalazłam nawet dziewannę, którą podobno wplatało się we włosy młodych dziewcząt, aby nie straciły cnoty przed ślubem. Niewiele się zastanawiając zerwałam żółtą dziewannę i zaplotłam ją razem z warkoczem. W końcu byłam jeszcze dziewicą.
Naparstnica. Silna trucizna, ale i lekarstwo na chore serce. Pomijając jej farmaceutyczne działanie, naparstnica jest przepięknym, tajemniczym kwiatem, który zawsze wywoływał we mnie dreszczyk emocji. Kiedyś marzyłam, aby być równie piękna, wyniosła i niebezpieczna. Teraz zostały mi tylko marzenia o urodzie i mężczyźnie, który nie przestraszy się dziewanny w moich włosach. W jego zakochanych oczach będę mogła się przejrzeć jak w lustrze.
Czasami mnie korciło, aby kupić sobie normalne lusterko i w końcu obejrzeć własną twarz. Czyżby prostszym zadaniem było rozkochanie w sobie mężczyzny? To korciło mnie jeszcze bardziej. Na razie zbierałam zioła. „Na głowie kwietny ma wianek...” zabrzmiało mi w uszach. Później było coś jeszcze o baranku i motylku, ale przy mnie, jak na razie latały tylko leśne osy, które nie miały pokojowych zamiarów. 
Czyżby to właśnie był efekt noszenia dziewanny we włosach – przyciąganie os? Wcale nie dziwię się mężczyznom; do kobiety, do której zlatują się osy z całej okolicy, też nie miałabym ochoty podejść, a co dopiero ukraść jej cnotę. Całkiem mądrze pomyślane. 
Na razie przecierałam nowe ścieżki. Nasz las miał bardzo gęste poszycie. Był naprawdę bogatym i szczodrym lasem. Uwielbiałam jak dzieli się ze mną swoimi skarbami. W ciemnym zakątku, do którego właśnie zaczęły docierać pierwsze tego dnia promienie słońca zobaczyłam cudowną rzecz. Na pajęczej sieci błyszczały krople wody, tworząc klejnot jak ze snu. Gdybym mogła wybrać sobie jakąś biżuterię, wybrałabym właśnie kolię z pajęczej sieci. Teraz mogłam tylko dotykać szyi i dekoltu sprawdzając, czy jest tam dla niej miejsce. To było bardzo dobre miejsce. Jednak część mojej świadomości wiedziała, że gdybym jakimś cudem zdjęła delikatną pajęczą sieć i zawiesiła ją na swojej szyi, krople wody nie zamieniłyby się w diamenty od kontaktu ze skórą, tylko rozpłynęłyby się na niej mokrymi, zimnymi strużkami. Brrrrr. To nie był klejnot dla mnie, ani dla żadnej z leśnych wróżek. To był klejnot przypadkowego połączenia pracy pająka i porannej rosy. Sam dla siebie i dla moich zachwyconych oczu. 

Niepozorna roślinka z czerwonymi kwiatkami była mi bardzo potrzebna. Nawet nie wiem do czego, ani jak się nazywała. Ufałam instynktowi, że w odpowiednim momencie każe mi sięgnąć po zasuszone, czerwone kwiatki. Znalazłam też dziki czosnek. Podobno świetnie odstraszał wampiry. Kilka wianków takiego czosnku, a żaden wampir nie będzie mnie niepokoił. Nigdy żadnego nie spotkałam, nawet niespecjalnie wierzyłam, że kręcą się po lesie, ale dziki czosnek równie skutecznie odstraszał komary. Cóż, komar w pewnym sensie też jest wampirem, dlatego zerwałam pół koszyka tej wonnej rośliny. 
Na komary i na wszelki wypadek.

 

*

 

- Panie Vendelu? – zabrzmiało przez słuchawkę. Coria znowu nie pofatygowała się, aby przekazać wiadomość osobiście. Pomimo trzech lat wspólnej pracy, ciągle zwracała się do szefa per pan. 
Nie miał nic przeciwko, samo imię brzmiało jego zdaniem bardzo kretyńsko, zatem należało je osłodzić poważnym słowem „pan”.
Zapowiadał się kolejny taki sam dzień w pracy. Vendel wiedział jak się zaczął i nie musiał być prorokiem, aby wiedzieć, jak się skończy. Dokładnie tak, jak każdy dzień od co najmniej kilu lat. Tego lata odczuwał jednak coś na kształt podniecenia. Nie wiedział, czy to skutek zwykłej nudy, czy anomalii pogodowych, które sprawiały, że monotonne życie nabierało rumieńców i było o czym pogadać z ludźmi.
- Owoce będę kwaśne w tym roku – powiedział do uchylonych drzwi. Zimne noce, zaledwie kilka stopni powyżej zera i brak słońca nie sprzyjały wiosennym owocom. W ogóle, w tym roku nie było wiosny. Po zimie przyszło od razu lato, ale nawet to nie pomoże owocom.
Coria nie odpowiedziała. Może nie chciała rozmawiać, może po prostu wyszła na chwilę. Vendel poczuł się bardzo głupio, kiedy starając się zagaić rozmowę z własną sekretarką, okazało się, że rozmawia ze ścianą.
- Będą kwaśne jak cholera... – zamruczał pod nosem patrząc na fotel pod oknem. Ciągle miał nadzieję, że kiedy spojrzy Eva znów tam będzie siedziała. Nie mógł zrozumieć jej nagłego pojawienia się i równie niespodziewanego zniknięcia. Sen? Cieszyłby się, gdyby to był tylko sen.
Był Bardzo Ważnym Sołtysem. Ludzie właśnie do niego przychodzili, aby prosić o załatanie chodników, czy w sprawie wycięcia starego wiązu przy rynku, który dawno usechł i groził zawaleniem prosto na fontannę. Nie czuł się jednak ani trochę ważniejszy od swoich wyborców, bo i tak nie mógł nic zrobić sam, niemniej cieszyło go zaufanie mieszkańców. Tak, podobno wzbudzał zaufanie każdego, tylko nie swoje własne. 
Dlaczego Eva pojawiła się właśnie teraz, kilka dni przed jego czterdziestymi drugimi urodzinami? Miał zamiar dopiero iść do fryzjera, w ogóle wolałby się przygotować jakoś na spotkanie 
z kobietą, która nie chciała z nim być. Powinien czuć do niej uzasadnioną niechęć, tymczasem mimo upływu lat, ciągle kochał. Nie, to było za dużo powiedziane, był nią po prostu zainteresowany. A może wmawiał sobie, że to tylko zainteresowanie. 
Przeglądał się w pucharze, który zdobył kilkanaście lat temu. Nie było tragicznie. Nie wyglądał na czterdzieści lat. Gdyby jeszcze zmienił swoją niemodną fryzurę, byłoby całkiem znośnie.
- Coria! – krzyknął znowu do półotwartych drzwi, widząc, że jego sekretarka podlewa kwiaty – czy ja nie jestem za gruby?
Mała konewka na chwilę przestała się poruszać.
- Nie, panie sołtysie – zabrzmiała odpowiedź, która nie była zgodna z prawdą. Sołtys przez ostatnie kilka miesięcy przybrał sporo na wadze i doskonale sobie zdawał z tego sprawę. Coria była dyplomatką. Przydałoby się trochę pobiegać, albo chociaż popływać. Przydałoby się, ale się nie chce. Największy problem stanowiło wykrzesanie z sobie odrobiny chęci do zrobienia czegokolwiek. Na przykład do przebiegnięcia codziennie kilku kilometrów.
Vendel przyglądał się swojej sekretarce i przemknęło mu przez myśl, że jeżeli ona nie chce wzbudzać niezdrowego zainteresowania kolegów z pracy, zdecydowanie powinna zacząć nosić dłuższe spódniczki. Co najmniej do połowy uda. Nie, żeby miał coś przeciwko, ale męska wyobraźnia działała i czasami płatała mu figle. Coria w kąpieli, Coria topless, Coria w pięćdziesięciu pozycjach, a każda bardziej wyuzdana od drugiej. Uśmiechnął się do swoich myśli i pomyślał, że się starzeje. Jego sekretarka nie miała jeszcze trzydziestu lat i była gotowa do zamążpójścia. Czasami kokietowała swojego szefa głębszym, niż przewidywały sekretarskie normy dekoltem, ale tylko czasem. Vendel nie chciał romansu i wyraźnie dawał do zrozumienia, że inna znajomość niż służbowa go nie interesuje. Coria była na tyle bystra, żeby to zrozumieć i zaakceptować. W końcu dookoła było tylu młodszych i wolnych facetów. Z drugiej strony, gdyby nalegała, grzechem byłoby jej nie ulec.
Środek pracowitego dnia, a Vendel dał się ponieść swojemu ulubionemu zajęciu, czyli rozmyślaniu o swoim straconym życiu i kobietach. Był głęboko przekonany, że zmarnował sobie życie i do niczego nie doszedł. A zaczęło się od związku z Evangeliną, Evą, jak kazała się nazywać. Była dokładnie taka, jaką sobie wymarzył. Wysoka, jasnooka, jasnowłosa, tajemnicza i bardzo mądra. Zupełnie jakby w ciele szesnastoletniej dziewczyny zamieszkała stara, mądra dusza. Teraz, po latach, mógł się nawet przed sobą przyznać, że niebieskooka Eva była jego nauczycielką życia. Niestety, nawet ona nie potrafiła ochronić Vendela przed skutkami młodzieńczej nieodpowiedzialności i dzieckiem, które powołał do życia w ciele koleżanki. Co gorsza nie przypominał sobie tego faktu. To była najprawdziwsza, studencka, imprezowa wpadka.
- Vendel, chyba jestem w ciąży – poinformowała jednonocna miłość.
- No i co? – zapytał, bo w pierwszej chwili nie połączył ciąży dziewczyny ze swoją osobą. Dostał za to solidny cios w twarz. 
- Jestem w ciąży z tobą i w związku z tym ożenisz się ze mną – wyjaśniła i jednocześnie nakazała Justina. Już wtedy Vendel wiedział, że nie będzie miał sił, aby tej kobiecie się sprzeciwiać. 
W związku z tym po studenckiej wpadce odbyło się studenckie wesele. Szeroka sukienka ukryła zaokrąglający się brzuch, ale i tak wszystkie wróble na dachu ćwierkały, że wkrótce ich będzie troje.  
Kilka dni po weselisku Eva poprosiła Vendela o spotkanie. Poleciał na randkę jak na skrzydłach, ponieważ przez ostatnie, wypełnione przygotowaniami do wesela dni i rozmowach o imieniu dla dziecka, nie miał czasu dla swojej dziewczyny. 
- Gratuluję – powiedziała tylko i uchyliła się przed dłonią towarzysza, który chciał ją pogłaskać po policzku, potem objąć, pocałować i tulić. Wyglądała przepięknie i wczoraj miała siedemnaste urodziny. Tym jednym gestem zbudowała między nimi mur. Vendel zrozumiał, że ją stracił.
- Ożeniłem się. Będę ojcem – próbował dodać sobie powagi, ale i tak to nic nie dało. 
- To nasze ostatnie spotkanie. Poznałam cudownego mężczyznę – mówiła Eva patrząc mu prosto w oczy – spodziewam się dziecka. Jestem za młoda, ale tak wyszło. Chyba nie muszę tobie tłumaczyć.
Uśmiechnęli się oboje blado. Nigdy nie musieli sobie niczego tłumaczyć.
- Vendel, chciałabym, abyś o czymś wiedział... i pamiętał... że potrafisz dać kobiecie szczęście. Pamiętaj zawsze. Dobrze?
Powiedział, że będzie pamiętał, cokolwiek to znaczyło. Dopiero niedawno, podsumowując swoje nieudane małżeństwo zrozumiał, co Eva chciała przekazać. Pomimo szczerych chęci nie udało mu się uczynić swojej żony szczęśliwą. Widocznie Eva myślała i czuła inaczej.
- Jasna cholera... – wyrwało mu się niespodziewanie, aż Coria zerknęła, co się takiego zdarzyło. Uspokoił ją pokazując, że uderzył się w palec. Gdyby teraz, kobieta którą kochał zaszła w ciążę 
z innym, zastrzeliłby tego frajera,  ją samą porwał i zamknął w domu w środku lasu. Na samą myśl o porwaniu Evy zaczął chichotać. Coria znowu zerknęła przez półotwarte drzwi z podejrzeniami, że jej szef zaczął bzikować od upału.
Vendel przebywał teraz w świecie swoich wspomnień i jedno podejrzliwe spojrzenie nie było w stanie go z niego wyrwać. Nigdy nie widział Evy z mężczyzną, chociaż ludzie gadali, że faktycznie mieszka z czarownicami jakiś facet. Nikt go jednak nie widział. Może żadnego mężczyzny nie było, tylko Freya sama rozpuściła plotki, aby wyjaśnić ciążę córki? W takim razie kto był ojcem?
- Jasna cholera... – zaklął znowu nie przejmując się Corią. Justina i Eva urodziły córki w odstępie zaledwie kilku dni. Teoretycznie Shay mogłaby być jego córką. 
- O jasna, jasna cholera – powiedział tym razem cichutko. Shay wprawdzie odziedziczyła urodę i kolory po matce, ale nie była do niej zbyt podobna. Gdyby miała ciemne oczy, ze swoim lekko zadartym nosem byłaby bardzo podobna do Vendela.
Nagle, w ciągu kilku sekund, stał nie niezbicie pewny, że Shay jest jego córką, stąd prośba Evy o opiekę nad nią.
- Jak tylko przyjedziesz do domu Evangelino, dam ci za to lanie na goły tyłek – obiecywał, od kilku chwil czując się szczęśliwy. Rozumiał dlaczego nie powiedziała, że jest ojcem jej dziecka. 
Był już wtedy żonaty z inną kobietą. Teraz myśli sołtysa zajmowała szczupła dziewczyna o wiecznie rozmarzonych oczach. Jego córka.
- Jak tylko wrócisz... – obiecywał sobie cicho, układając plan. 
W ciągu najbliższych kilku dni poprosi żonę o rozwód, potem będzie błagać Evę, aby znowu mogli być razem i zapewne będą żyli długo i szczęśliwie. Nie przewidział tylko jednego faktu:  Eva odeszła po to, aby już nigdy nie wrócić. Uśmiechnięty i zadowolony poinformował Corię, że jednak owoce w tym roku nie będą takie kwaśne, jak przewidywał. 
Niektórym tak mało do szczęścia potrzeba – pomyślała Coria i miała rację.

 

*

 

Nigdy nie byłam w kinie. Może byłam kiedyś, tylko o tym nie pamiętałam. To znaczy, nie byłam w kinie na filmie, nie siedziałam w rzędzie między innymi ludźmi i nie wpatrywałam się w obrazy na ekranie. Nie żałowałam tego, ale lubiłam kinowy, jedyny w swoim rodzaju zapach. Podejrzewam, że czułabym się fatalnie będąc zmuszona do przebywania między wieloma obcymi ludźmi w ciemnościach. Kiedyś zakradłam się do środka, kiedy już wszyscy wyszli i usiadłam w ostatnim rzędzie. Wolałam nie czuć niczyjej obecności za plecami.
Siedziałam z zamkniętymi oczami i wyobrażałam sobie, że oglądam film akcji z pędzącymi samochodami. Słyszałam pisk opon, trzask wpadających na siebie samochodów. Nawet zakryłam oczy, kiedy czarne charaktery strzelały do dobrego bohatera, ratującego z opresji niedobrą dziewczynę, która udawała dobrą, aby zdobyć względy głównego bohatera i mapę, którą właśnie ukradł złoczyńcom. Trochę to skomplikowane, ale nie zmienia faktu, że byłam świadkiem świetnego widowiska. Kiedyś wyobrażałam sobie, że oglądam melodramat. Smutne losy dwojga bohaterów wycisnęły z moich oczu niejedną łzę. Dlaczego jedno z dwojga kochających się osób musi umierać? Przecież siła miłości powinna być silniejsza od śmierci. W każdym razie tak uważały moje nastoletnie głowa i serce. Myślałam wtedy, że filmy pokazują rzeczywistość. Potem doszłam do wniosku, że filmy faktycznie pokazują rzeczywistość, tylko nie taką, jaką jest naprawdę, tylko taką, jaką chcemy ją wiedzieć. Nawet gdy oglądamy horrory. Czasami bardzo przyjemnie jest trochę się bać, trzymając swój strach pod kontrolą, w każdej chwili mogąc wyjść z kina.

 

U nas w domu nie oglądało się telewizji. Miałyśmy wprawdzie telewizor, ale obraz był tak niewyraźny, że zaniosłyśmy z Mamą pudło z telewizorem na strych, obiecując sobie, że kiedyś zrobimy tam porządek. To „kiedyś” trwało od bardzo dawna. Pozostawiając strych samemu sobie, Babcia często słuchała radia i powieści w wydaniu dźwiękowym. Tak jak w kinie, zamykałam oczy i pod powiekami pojawiały się obrazy ożywiane spokojnym głosem lektora. Nie potrzebowałam filmu, sama go sobie stwarzałam. 
Dziwnym zrządzeniem losu, kto chciał trafić do naszego domku, ten trafiał. Najbardziej potrzebujący, zmartwieni, chorzy, czy proszący o pomoc dla innych, potrafili bez problemu znaleźć drogę. Bardzo często obserwowałam cudowną przemianę, która zachodziła w naszych gościach. Przychodzili smutni, szarzy, przygarbieni, często zażenowani wizytą, przestraszeni i niepewni. Wychodzili od nas lżejsi, zadowoleni i kolorowi, z nadzieją 
na przyszłość.


Jeden raz przyszedł do nas mężczyzna emanujący silnym, szmaragdowym światłem. 
- To uzdrowiciel – tłumaczyła mi Babcia.
- W takim razie co u nas robi, jest przecież bardzo silny i nie wygląda na nieszczęśliwego? – pytałam, bo naprawdę 
nie potrafiłam znaleźć przyczyny, dla której taka wspaniała aura miałaby szukać u nas wsparcia. Babcia śmiała się ze mnie i z niego.
- On po prostu o tym nie wie. Nie wie, że ma wielką moc uzdrawiania. 
Naszym zadaniem było pokazanie zielonemu mężczyźnie jak ma korzystać ze swojej siły. Nauczył się i pomógł wielu ludziom. Sobie też. 
Z tego co obserwowałam, ludzie pomagali sobie sami, tylko czasem bali się to robić. Od tego mieli nas. Skoro potrafili znaleźć drogę do Złej Pogody, potrafili również do samych siebie. Z resztą zainteresowanych było inaczej. Chcieli do nas przychodzić, ale nie mieli czystych intencji. Mogliby potraktować nas ze złośliwym zainteresowaniem jak eksponaty z muzeum osobliwości, albo chcieli nas po prostu oszukać. Tak też bywało. Tacy ludzie nie znajdywali drogi do naszego domu, tylko wychodzili ścieżką do innego miasta, albo na polance nie znajdowali żadnego domu. Mijali nas nie zauważając, potem dochodzili aż do sąsiedniej wsi, zatem nie błądzili. Bardzo dobrze pomyślane. 
Tacy, co trafiali aż do innego miasta, najbardziej nas nie lubili.
To było zupełnie tak jak z pójściem do kina na film. Kto chciał, ten trafiał, a jak ktoś nie lubił kina, ten szedł gdzie indziej.

 

- Czasami przydałby się nam mężczyzna – wzdychała Mama, kiedy musiała nieść coś ciężkiego. Nic dziwnego, że rosłam w przekonaniu, że mężczyźni są kobietom potrzebni tylko do noszenia ciężarów. Poza dźwiganiem radziłyśmy sobie przecież całkiem dobrze. Babcia miała drewnianą kasetkę, w której trzymała trochę wyszczerbiony śrubokręt, duży młotek do dużych gwoździ i mały młotek do małych gwoździ, klej do wszystkiego i kłębek sznurka. W zasadzie to wystarczało. 
Wiedziałam, że mężczyźni istnieją. Szukali czasami grzybów w lesie, stali pod budką z piwem, śpiewali w kościele, albo przenosili ciężkie rzeczy. Przydawali się również do powoływania dzieci na świat, ale o tym dowiedziałam się znacznie później z książek i trochę na przerwach, od koleżanek. Prokreacja jako taka na razie mnie interesowała, było tyle ciekawszych rzeczy do robienia. Nie tęskniłam za dotykiem ani mężczyzny, ani kobiety, ani swoim własnym. 
Nie lubiłam, jak mnie ktoś dotyka. Kiedy ktoś podchodził bliżej zaczynałam czuć się nieswojo i odchodziłam na bezpieczną odległość. Tak było lepiej. Najbardziej lubiłam, jak dotyka mnie deszcz i wiatr, z ich bliskością było mi dobrze. 
Wolałam zdecydowanie czytać książki, niż uganiać się za chłopakami. Rozmawiam z nimi, z jednym nawet trzymałam się za rękę, ale tak naprawdę, koledzy nigdy nie zwracali na mnie specjalnej uwagi. Może dlatego, że nie reagowałam na ich wioskowe umizgi. 

Miłość. Na temat miłości miałam zupełnie inne zdanie i czekałam na coś innego niż przypinanie warkocza do ławki, czy wkładanie żaby do plecaka. Skłamałbym, gdybym powiedziała, że nie myślałam o chłopakach. Bardzo chciałam się zakochać, ale do tego nie był mi potrzebny mężczyzna. To trudno wytłumaczyć. Byłam zafascynowana samą miłością, bynajmniej nie jej fizycznym aspektem. Zakochałam się w samym zakochaniu.
- Robisz z siebie wariatkę – wzdychała Babcia, kiedy umieszczałam inicjały mojego wyimaginowanego ukochanego w sercu namalowanym na zaparowanym oknie w łazience. 
Nie przeczę, robiłam z siebie wariatkę i to było bardzo przyjemne uczucie. W końcu nie na darmo nazywano mnie Shay szajbuską. Mój wymarzony mężczyzna miał zawsze ciemne włosy i ciemne oczy, na zasadzie kontrastu z moją urodą. Za to jego cechy charakteru zmieniały się w zależności od moich aktualnych, emocjonalnych potrzeb. Jednego dnia był on był władczym i silnym mężczyzną, drugiego dnia wyobrażałam go sobie niemal jako dziecko, które trzeba prowadzić za rękę. Czasami miał zabójcze poczucie humoru, a czasami był pogrążonym w myślach intelektualistą. Do końca nigdy nie potrafiłam się zdecydować jaki on ma być, ale z zapałem pisałam jego inicjały na zaparowanych oknach, zakurzonych półkach, czy patykiem na mokrej ziemi.

 

Pewnego razu słowo ciałem się stało i zobaczyłam swój ideał męskości w miasteczku. Na jego widok zatrzepotały mi wszystkie motyle w żołądku. Szłam za nim ładny kawałek drogi, aż do jedynej w miasteczku kawiarni. Chłopak nie poszedł na piwo tylko do kawiarni, co mnie niezmiernie ucieszyło (zapewne był zamyślonym intelektualistą). Nie widziałam wtedy, że jego rodzice są właścicielami tej świątyni kawy i herbaty. 
Na mój widok, ludzie zaczęli trącać się łokciami.
- Patrz, szajbuska z lasu.
Chyba stałam się elementem miejscowego folkloru, 
bo mieszkańcy informowali przyjezdnych, kim jest owa tajemnicza Shay, która weszła do kawiarni nie przestając nucić sobie radośnie pod nosem. Dodam tylko, że melodia była własnej kompozycji 
i pasowała do mojego nastroju. 
- ...Czarownica... – doszedł mnie jeszcze szept otyłego pana, wbitego w ciasną koszulę. Był to jeszcze jeden człowiek z nadwagą, który sądził, że w za małych rzeczach będzie się wydawał szczuplejszy. Ten szept i ten człowiek obudziły we mnie chochlika. Skoro już jestem czarownicą, zaczęłam się w niego intensywnie wpatrywać. Udawałam, że sypię sobie powoli piasek na dłoń, życząc mu jednocześnie oślich uszu. Uszy oczywiście grubasowi nie wyrosły, ale zaczął się intensywnie drapać w miejscu, gdzie wyrosnąć powinny. Musiałam się jeszcze sporo nauczyć.
- To żart – powiedziałam śmiejąc się. Chyba mi nie uwierzył. 
Był gotowy do ucieczki i strasznie się spocił. Śmiesznie wyglądała mała filiżaneczka z kawą przed takim dużym mężczyzną.
- Przyjdź do nas wieczorem, poradzimy coś na twój apetyt – zaprosiłam go na małą sesję. 
Babcia czasem dawała kobietom zioła, aby ograniczyć ich apetyt na słodycze. Działało. Pan jednak ani myślał iść do czarownicy, bo przecież za taką mnie uważał. 
Mój Wymarzony podszedł i bezceremonialnie wyprowadził mnie na zewnątrz. Potem postawił przy fontannie i taksował wzrokiem od stóp do głowy.
- Gdybyś założyła inne ciuchy, byłaby z ciebie niezła laska – wyraził opinię, ale lepiej by było, gdyby się wcale nie odzywał. Skrzeczał jak żaba w obcym języku. Fakt, moje ubranie różniło się od tego co nosiła młodzież w miasteczku, jednak ubranie, to tylko ubranie. 
Nie zwracałam uwagi czy spodnie mają wąskie, czy szerokie nogawki, niemniej z chustą na głowie naprawdę mogłam się wydawać elementem miejscowego kolorytu. Bardzo mnie ta myśl ubawiła i włożyłam wiele wysiłku, aby nie zacząć się śmiać. 

Wymarzony zaprosił mnie na obiad, chociaż wcale na obiad nie miałam ochoty. Chciałam z nim tylko trochę porozmawiać, nacieszyć się towarzystwem, pobyć razem, poznać się lepiej. 
Nie chciałam jeść, za to on zamówił sobie dwa hamburgery, podwójne frytki i litrowy napój gazowany. W dodatku to wszystko zjadł. Byłam zafascynowana, nie wiedziałam, że mężczyźni tyle muszą jeść. Mnie zapewne lepiej było ubierać niż karmić, ale przy jego modnych ciuchach i wielkim apetycie trudno byłoby wybrać. Od czasu do czasu rzucał do mnie jakieś zdanie, ale nie odpowiadałam, bo szczerze mówiąc wcale nie słuchałam co do mnie mówi. Wolałam na niego patrzeć i podziwiać nieskazitelną urodę z moich snów. Miał wprawdzie ciemne, ale puste oczy i uśmiechał się tylko ustami. 
Dotknęłam jego ramienia, kiedy skończył jedno danie i zaczynał następne. Podskoczył jak ukłuty szpilką. Kiedy chciałam dotknąć jego policzka przesunął się na drugi koniec ławki. Nic już nie mówił, unikał mojego spojrzenia. Nie wiedział gdzie schować oczy, a ja uparcie milczałam i uparcie pożerałam go wzrokiem. Każdy miał swój obiad. 

Czar prysł. Mój mężczyzna ze snów nie pachniał frytkami i nie miał w kącikach ust musztardy. No i nie miewał takich humorów. Mężczyzna z moich snów powinien pachnieć świeżo skoszoną trawą, a na rękawach mieć okruchy chleba. Aura mojego towarzysza pociemniała groźnie, czekałam więc na wybuch gniewu. 
- Zabieraj się stąd, to nie miejsce dla wariatek – syknął przez zaciśnięte zęby.
- Zabierz mnie w miejsce, które będzie pasowało dla nas obojga  - powiedziałam wprowadzając go w osłupienie. 
Nie spodziewał się, że potrafię mówić, do tego całkiem poprawnym językiem. Pod stołem moje kolana zgrabnie unikały jego dłoni i ten fakt chyba najbardziej go zdenerwował. Potem opowiadał kolegom, że namiętnie macałam jego krocze.
Skoro kazał mi się stąd zabierać, zabrałam się i poszłam, nie miałam tu więcej nic do zrobienia.
To był ostatni raz, kiedy z rozmysłem zrobiłam z siebie wariatkę i zakochałam się w samej miłości.

 

*

 

Ostatnie dni były dla Vendela dniami rozmyślań i dochodzenia do słusznych i niesłusznych wniosków. Właściwie od lat nie zastanawiał się nad niczym, po prostu jak było coś do zrobienia - robił to. Teraz doszedł do wniosku, że Shay jest jego córką i był tego pewny jak niczego innego w życiu. Jednocześnie nie miał pojęcia, co z tym fantem robić. Czy iść do dorosłej już dziewczyny i powiedzieć:
- Cześć jestem twoim tatą, jak się masz?
Widział duże, poważne oczy wpatrzone w siebie i strasznie go to peszyło. Ta mała miała zawsze nieprzyjemne, przenikające na wskroś spojrzenie, jakby patrzyła i czytała w myślach. Chciałby tak potrafić.
Teraz Vendel stał przed oszkloną szafką z dokumentami i ćwiczył na swoim odbiciu w szybie różne wersje przedstawienia siebie jako ojca. 
- My się już widzieliśmy kilka razy – mówił do swojego odbicia i witał się ze swoim odbiciem. Nie, zabrzmiało jakby podrywał nieznajomą na ulicy. 
- Chciałbym porozmawiać o pani mamie.
Zabrzmiało całkiem przyzwoicie, a jednocześnie nawiązywało do znajomości z Evą. Był zadowolony. W pewnym momencie Vendel popatrzył na swoje zachowanie oczami postronnego obserwatora i zdusił w sobie szalony chichot. Musiał wyglądać przekomicznie i cieszył się, że jego sekretarka nie ma przyjemności oglądać tego przedstawienia. I tak kilka razy dziennie pytała się o jego samopoczucie.
- Mocną kawę poproszę, muszę się obudzić przed spotkaniem – wydał dyspozycję jak zwykle krzycząc w stronę półotwartych drzwi. Za kilka minut Coria wniosła parujący kubek, a po gabinecie rozszedł się wspaniały zapach świeżo zaparzonego napoju. 
Faktycznie, mogłaby nosić dłuższe spódniczki -  pomyślał, kiedy przyłapał się na studiowaniu wzorków, którymi pokryte były rajstopy opinające uda jego sekretarki. Spódniczka ledwo zakrywała pupę. Odprowadził wzrokiem kołyszące się biodra i o mało nie rozlał na spodnie gorącej kawy. Wyobraził sobie, że Coria spogląda na niego z zalotnym uśmiechem i mówi głębokim głosem. „Mam małą uwagę do ciebie mój miły. Czasem twoje myśli to chaos który przelewasz na kartkę i trudno mi odczytać istotę twego przesłania". Sekretarka siada na brzegu biurka i zakłada długie nogi jedna na drugą, po czym kładzie dłoń na ramieniu swojego pracodawcy. „Myśl spokojniej... hm... choć chaos ma swe słodkie zakątki, ciemne i ponure które uwielbiam odkrywać... radzę ci trochę ochłoń”. Mówi cicho Coria i całuje Vendela poniżej ucha. „Jakież to pytanie? Po co mnie wołałeś” - pyta na koniec.
Tak powinna wyglądać wymiana zdań pracownik – szef, o ile szef jest mężczyzną wchodzącym w kryzys wieku średniego, a kobieta jego seksowną sekretarką. W innym przypadku kobieta wpada rano do gabinetu pracodawcy i zapominając o tym, że nie są ze sobą po imieniu mówi:
- Napisz to jeszcze raz, bo tak nabazgrałeś, że nic nie mogę odczytać.
Co miało miejsce wczoraj rano. Vendel uśmiechnął się do swoich niemądrych myśli. Był dzisiaj w niecodziennie pogodnym nastroju.
Skłamałby, gdyby powiedział, że nie interesuje się kobietami. Interesował się kobietami jako stworzeniami oryginalnymi, innymi od jego żony i jego samego. Niektóre były bardzo pociągające, co powodowało miłe sensacje 
w podbrzuszu, jednak nie chciał romansu i przez dwadzieścia lat małżeństwa udawało mu się unikać zbliżenia z inną kobieta. 
- Jestem bardziej męska od ciebie! – pozwalał wrzeszczeć 
na siebie własnej żonie, bo akurat z tym zarzutem zgadzał się doskonale. Byłaby świetnym dowódcą jednostki desantowej no i miała zdecydowanie gęstsze owłosienie od swojego męża.

Kilka lat temu przydarzyła się Vendelowi Marika. Śmiesznie imię dla śmiesznej dziewczynki. To był przedziwny związek. Młoda dziewczyna znalazła w sporo od niej starszym mężczyźnie wszystko, czego potrzebowała. Mężczyzna znalazł w niej dokładnie to, czego spodziewał się znaleźć, czyli cichą, spokojną wielbicielkę. Gdyby Vendel pozwolił, Marika na pewno leżałabym mu u stóp, a tak, ograniczała się do wiszenia na ustach. Czuł się uwielbiany i podziwiany. Gdyby jeszcze tylko Marika nie ograniczała się do samego uwielbiania, a od czasu do czasu chciała porozmawiać, byłoby idealnie. Najprawdopodobniej jednak kochała go za to, że zgodnie z własnymi zasadami, nie zamierzał zaciągnąć jej do łóżka. Na jawie. Bo we własnych marzeniach zrobił to kilka razy. 
Po kilku przytulanych wieczorach, uwielbienie Mariki zaczęło być trochę kłopotliwe. Kiedy powiedział, że to ostatnie spotkanie stwierdziła, że popełni samobójstwo. Vendel zaryzykował jej życie z zimną krwią hazardzisty, a Marika żyje po dziś dzień w świetnym zdrowiu.
- Kocham cię, nie odchodź – błagała i płakała w mankiet. Pierwszy raz w życiu czuł się jak Humphrey Bogart, ale nie miał zamiaru mieć pozamałżeńskiego romansu w pełnym tego słowa znaczeniu.
Znowu zaczął myśleć o owocach, które w tym roku stały się problemem numer jeden. I Eva. Eva była problemem numer jeden od zawsze. Właściwie od czasu, kiedy nazwała go słabym tchórzem, czyli dwadzieścia lat temu. 
Oczywiście miała ku temu powód i rację, ale Vendel poczuł się obrażony. W jego mniemaniu, ożenienie się z kobietą, która zaszłaz nim w ciążę było szczytem bohaterstwa. Stał się tym samym jednym z wielu bohaterów. Niemniej przyrzekł Evie, że będzie jej zawsze strzec i pomagać. Pewnie dlatego był taki szczodry w obietnicach, bo Eva doskonale radziła sobie sama. Aż do czasu, gdy rzeczywiście potrzebowała pomocy, czyli do nocy, kiedy została napadnięta we własnym domu. Wtedy przypomniała mu o obietnicy, a Vendel... musiał wyjechać z rodziną nad morze. Wakacje. Złapał się instynktownie za szyję, jakby bronił się przed czyhającym wampirem. Samo wspomnienie ściskało go za gardło. Zawalił na całej linii. Był tchórzem. Słabym tchórzem. Po tej pamiętnej nocy, kiedy czarownice zostały napadnięte i zabiły napastników w obronie własnej, nikt nie widział, aby Eva uśmiechała się nawet do jedynej córki. Shay wtedy straciła pamięć.


Dobry nastrój Vendela prysł jak mydlana bańka. Z każdej nieprzyjemnej sytuacji w życiu potrafił się wyłgać, wytłumaczyć przed samym sobą. Z tej nie potrafił, dlatego tak przejął się prośbą Evy o opiekę nad jej córką. Ich córką. Mieszając stygnącą kawę obiecał sobie, że dziś powie o wszystkim żonie i poprosi o rozwód. Nie powinna robić trudności, przecież od lat powtarza jaka jest nieszczęśliwa i jakiego nieudacznika ma za męża. Nieudacznika, nieroba, kanalię, kłamcę, lenia, gamonia, ciamajdę, głupka i niedojdę. W skrócie. 
Justina po dwóch ciążach i dwudziestu latach nie szczędziła mężowi przykrych słów. Nie była szczęśliwa. A może jednak? Czasem zachowywała się, jakby była w swoim żywiole. Jej żywiołem było udowadnianiem mężowi, że jest bezużytecznym sprzętem domowego użytku i maszynką do zarabiania pieniędzy. Chociaż na brak pieniędzy nie narzekała. Czasami. 
Elokwentnego i pewnego siebie Vendela, w domu opuszczała cała przebojowość, a wszystkie słowa zamykały się w skrzynce z tabliczką „do użytku w pracy”. Nie sposób chronić kogoś, kto tego zwyczajnie nie chce. Nie sztuka chronić kogoś, kto ochrony nie potrzebuje. Sztuka być w odpowiednim miejscu, o odpowiednim czasie. Najlepiej z odpowiednim ekwipunkiem. Nigdy go nie było na miejscu, ani przy Evie, która go nie chciała, ani przy żonie, która go nie potrzebowała. Nie było go też na wymarzonym polu truskawek. 
Prawdziwy pech.

 

*

 

Nie wstydziłam się nagości. Nikt nigdy nie powiedział mi, że nagość jest naganna. Lubiłam moje ciało. Czasami kładłam się na trawie i oglądałam swoje cudowne dłonie. Zachwycałam się ich funkcjonalnością i możliwościami użycia. Mogły wyrazić uczucia, stan duszy, nastrój, były narzędziem, a czasem nawet bronią i sposobem porozumiewania się. Zginałam i prostowałam palce, podnosiłam ze stołu ziarenka ryżu, zaplatałam włosy. Czasem po prostu się im przyglądałam. 
To samo było z ciałem. Oglądałam, sprawdzałam, podziwiałam. Lubiłam słuchać jak ciało funkcjonuje. Bicie własnego serca mnie uspokajało i usypiało, a burczenie w brzuchu rozbawiało. Czasami kręciłam się w kółko tak długo, aż traciłam orientację i przewracałam się na ziemię. Wtedy z przyjemnością wpatrywałam się w migające przed oczami obrazy i czekałam aż wszystko wróci do normy. Zawsze wszystko kiedyś wracało do normy. Świat kocha równowagę.

Chodziłam nago po lesie. Najczęściej rano. Dotyk wilgotnego, chłodnego powietrza sprawiał mi przyjemność. Tak, to była zmysłowa pieszczota. Nie wierzyłam, że tak potrafi dotykać mężczyzna. Zmęczona spacerem często kładłam się na mchu i pozwalałam przechadzać się mrówkom po mojej skórze. 
Po pewnym czasie przestawały mnie uważać za intruza i wytyczały sobie stałe ścieżki przemarszu. Pierwsza z nich wiodła od palców lewej ręki, przez wgłębienie między piersiami do prawego biodra. Druga zaczynała się na stopie i wiodła przez udo i pępek pod pachę. Tam ścieżka kończyła się urwiskiem, które mrówki pokonywały ześlizgując się po źdźbłach trawy. Uwielbiałam łaskotanie mrówczych nóżek. Przed moimi oczami przewijały się robotnice z placu budowy i kuchni. Wiedziałam, że dziś zostanie zbudowana komnata z igieł sosny, a na obiad będą dwa motyle bielinki i pałaszowane kilka metrów dalej jabłko. 
Jeżeli nie leżałam rano w łóżku mama wiedziała, gdzie jestem. Przychodziła do mnie, owijała niebiesko zielonym kocem i przyprowadzała do domu, z zainteresowaniem słuchając opowieści o mrówczym królestwie. Mówiła, że jak była w moim wieku, też chodziła nago po lesie. Szukała ptasich gniazd. Zawsze miała słabość do ptaków.


W jednej z porannych wędrówek we mgle, spotkałam chłopaka i dziewczynę leżących na moim mchu i będących tak samo nagimi jak ja. Zabawnie wyglądały ich erotyczne harce w krzakach. Gdyby ludzie wiedzieli jak śmiesznie wyglądają, nigdy by tego nie robili. Na pewno nie przy zapalonym świetle. Wiedziałam doskonale, że zbliżenie zaowocuje ciążą, jednocześnie miałam pewność, że dziewczyna nie byłaby z takiego faktu zadowolona. Nie chciała dziecka, które już na nią czekało. Nie mogłam na to pozwolić, w pewnym sensie też byłam niechcianym dzieckiem, chociaż moja mama nigdy takich słów nie powiedziała. Urodziła mnie jednak kiedy miała siedemnaście lat, w tym wieku nie chce się mieć dzieci. Postanowiłam zatem w prosty sposób odwrócić ich przeznaczenie. 
Najpierw zaśpiewałam kołysankę, ale byli tak zajęci sobą, że nie usłyszeliby trąbienia w Trąby Jerychońskie. Dotknęłam chłopaka gałązką w łydkę, potem połaskotałam w piętę, ale to też nic nie dało. Gdyby właśnie teraz przyszła do niego Śmierć, kazałby jej poczekać i dokończyłby dzieła. Albo by jej nie zauważył. Miałam mało czasu, a nie chciałam być nieuprzejma. Zasłoniłam dziewczynie oczy, aby nie raziło jej wstające słońce. 
To podziałało. Popatrzyła na mnie i wrzasnęła, aż echo poniosło i spłoszyło wszystkie ptaki.
- Jezu, Shay, ale mnie przestraszyłaś – dyszał chłopak zmęczony niedawną, przerwaną brutalnie gonitwą. Miał chyba 
na imię Teo, a dziewczyna Janna. Nie pasowało to do nich. On powinien być Feliksem, a ona Fryderyką.
- Chciałam się tylko przywitać – powiedziałam niezgodnie z prawdą, ale nie chciałam ich straszyć opowieściami o niechcianej ciąży. Powinni to przerabiać w szkole.
- No cześć... cześć... – mówiła dziewczyna w przerwie między zakładaniem poszczególnych części garderoby. Majtki, koszulka, spodnie, sandały... w życiu nie widziałam tak szybko ubierających się ludzi. Nie powiedziałam im, że dostaną premię za szybkie ubranie się. 
- Shay nikomu nie powie, prawda? – chłopak patrzył na mnie tak samo, jak na swoją sześcioletnią siostrę, którą się czasem musiał opiekować. Strasznie mnie to rozbawiło, więc weszłam w rolę.
- Nie powie... – zaszczebiotałam słodko i wsadziłam palec do buzi. Dostałam za to monetę. Albo za milczenie. Po co i komu miałabym o nich opowiadać? Monetę schowałam na czarną godzinę. Może przeznaczę ją na wrzucenie do studni, albo kupię kilka bochenków chleba i nakarmię gołębie na wieży. Dawno tam nie byłam.
Chłopak i dziewczyna uciekali nie oglądając się za siebie jakby gonił ich duch. To ja byłam tym duchem, ale nie miałam najmniejszego zamiaru ich gonić. Ułożyłam się na jeszcze ciepłym od ich ciał mchu i wdychałam zapach lasu, wilgoci i ludzkiego zbliżenia. Miłości. 
Leżałam trochę zbyt długo. Zapomniałam, że Mama po mnie nie przyjdzie z niebiesko zielonym kocem. Byłam smutna i zaczął padać deszcz. Nie musiałam brać prysznica.

 

- Shay szajbuska! – wrzeszczały za mną dzieciaki z miasteczka. Nie wiem, dlaczego właśnie tak, bo nie miałam w sobie nic z prawdziwej wariatki, oprócz skłonności do włóczęgi. Nie ubierałam się w szalone ciuchy, nie stroiłam w biżuterię z kości. Nie marzyłam o życiu w pustelni. Skąd więc akurat takie przezwisko? Ludzie miewają dziwne pomysły. Mieszkałyśmy tutaj od pokoleń i w naszym drzewie genealogicznym nie było eremity, ani fałszywych wróżb. Były za to prawdziwe.

Zaczęło się najgorętsze lato, jakie pamiętałam. Na początku nikt nie zwrócił na pogodę uwagi i życie toczyło utartymi torami, ale w ludzkich sercach wzbierała złość. Na złość też nikt nie zwrócił wcześniej uwagi oprócz mnie. Czułam się jakby Mama zostawiła mnie specjalnie po to, abym mogła sama stawić czoło tej sytuacji. Potrafiłam się bronić, ale nie umiałam walczyć, ani atakować. Dlatego otoczyłam dom ochronnym czarem, aby nikt nie mógł do mnie trafić i nie czekałam na żadnych gości.
Las wyglądał jakby też otoczył się ochronnym czarem i też nie czekał na gości. Nie zauważyłam tego od razu, bo zamykał się powoli, jak wielkie, ciężkie wrota. Najpierw umilkły małe owady. Znikły z framug okiennych misterne, miniaturowe pajęczynki razem z ich twórcami. Potem przestały mnie nękać komary, co akurat przyjęłam z wdzięcznością, bo zachowywały się wyjątkowo złośliwie. Codziennie rano odkrywałam na ciele ślady po miniaturowych krwiopijcach. To było na początek. Kiedy ucichły ule i pszczoły ułożyły się jak do zimowego snu zaczęłam się niepokoić. Następnego dnia wybrałam się na nagi spacer o poranku, nie zapominając zabrać ze sobą niebiesko zielonego koca. Przy domu pożegnały mnie sikorki, a w drodze towarzyszyło pogwizdywanie kosa, więc poczułam się lepiej. 
Do mojego punktu wypoczynkowego na mchu doszłam później niż zwykle, bo nadłożyłam drogi, aby upewnić się, czy wszystko dookoła jest w porządku. Czułam się jak leśna strażniczka,  ale z drugiej strony coś mi mówiło, że to nie moja sprawa i nie powinnam się wtrącać. Położyłam się więc na mchu i czekałam, aż mrówki zaczną wytyczać na moim ciele nowe ścieżki. Na próżno. Nie było ani mrówek, ani ścieżek. 
Na koniec, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, zniknęły ptaki. Miałam wrażenie, że pozamykały się w swoich domach na cztery spusty i czekały na rozwój wydarzeń. Robiły dokładnie to samo, co ja. Po pewnym czasie nie miałam siły sama obudzić się z odrętwienia, a moje myśli nie biegły, tylko pływały jak pietruszka w zupie. Nie było miejsca nawet na strach. Tylko czekałam. Przydałby się deszcz, dużo deszczu i kolejna nawałnica.

Dziwne. Byłam Vima. Pani na Złej Pogodzie i pani złej pogody. Od mojego dobrego humoru, lub jego braku zależało tak wiele. Moja wściekłość kończyła się burzą, smutek deszczem, a niezadowolenie wiatrem. Balansowałam między smutkiem i oczekiwaniem nie wiadomo na co. Wystarczyłaby mała złość, aby zmienić czerwcowy upał w cudowny, ciepły prysznic, ale nie miałam żadnego powodu do złości. Ani do zadowolenia. Nie miałam powodu do niezadowolenia, ani smutku. 
Czekałam.

Nad ranem czasami widywałam twarz Mamy odbitą w jedynej całej szybie, która pozostała w oknach na parterze. Nie wiedziałam, czy ona tam jest naprawdę, czy to tylko projekcja mojej tęsknoty za jej obecnością. Chciałabym, żeby przyszła i otuliła mnie kołdrą, podczas gdy ja będę udawać, że śpię. Wyobrażałam sobie, że słyszę skrzypienie schodów pod jej stopami, a po chwili czułam jak odgarnia mi włosy z twarzy, głaszcze po policzku i cichym głosem życzy mi słodkich snów. Zawsze szeptała kilka zaklęć, których nie mogłam zapamiętać. Stały na straży moich sennych marzeń. Nigdy nie miałam koszmarów i nie budziłam się z krzykiem. Teraz miewałam sny. Smutne sny. To właśnie one przywoływały nad rankiem coś, co przypominało mgłę. Gorąca ziemia błyskawicznie wypijała wilgoć, którą niosły ze sobą moje smutki. Smutek nie pomógł ani lasowi, ani mnie. Nie było więc sensu się martwić. Nie było sensu się złościć.

Gorące lato wypalało ze mnie wszystkie pragnienia. Chciałabym odejść, zniknąć jak wszystkie leśne stworzenia, albo wtopić się w liście jak mgła. Natura jednak musiała mieć jakiś sens pozostawiając mnie samą w tym miejscu i nie pozwalając nawet na małą złość, z której powstałaby skromna deszczowa chmurka nad głową.
Przed schodami wiodącymi na ganek zakwitły przebiśniegi. Coś się zaczynało dziać.

 

*
 

Przed gabinetem sołtysa siedziały matrony. Było ich trzy, zajmowały miejsca za sześć, a jazgotu robiły za dziesięć. Tak bynajmniej sądził sołtys. Postanowił rozmawiać z nimi pojedynczo.
- Coria – rzucił półgłosem, żeby interesantki nie słyszały – proszę przysłać do mnie reprezentantkę tej zwartej grupy pod wezwaniem.
Coria parsknęła śmiechem i wydała kilka dyspozycji, na które matrony zareagowały podniesionymi głosami.
- Przyszłyśmy razem i wejdziemy – zabrzmiało wojowniczo 
za drzwiami, ale ostatecznie weszła tylko jedna. Coria jak zwykle była nie do przejścia.
- Pani Rotten? – zdziwił się uprzejmie Vendel, chociaż obecność tej kobiety wcale go nie zdziwiła. Przez lata intensywnej działalności zasłużyła sobie na miano pierwszej plotkary w okolicy – proszę usiąść. Co panią do mnie sprowadza?
- Zdziwienie sołtysie. Ludzie mówią dziwne rzeczy i zaczęłam się niepokoić.
Ludzie mówią... Vendel uwielbiał to stwierdzenie. Na blacie biurka ułożył domek z wykałaczek.
- A co takiego niepokojącego ludzie mówią? – zapytał uprzejmie, chociaż myślami był w wannie z chłodną wodą. Upał był nie do zniesienia.
Pani Rotten usadowiła się wygodnie na krześle, widocznie szykowała dłuższą przemowę. Miała na sobie obcisłą bluzkę w kwiatki, nieestetycznie eksponującą jej siedemdziesięcioletni biust, zielone bermudy i białe podkolanówki. Słońce wpadające do środka przez żółte zasłony nadawało jej twarzy chorobliwy wygląd. Do pełni szczęścia brakowało tylko kapelusza tropikalnego. Najwyraźniej  zostawiła go w sekretariacie.
- Ludzie mówią, że w lesie mieszka dzika dziewczyna, która rzuca uroki i czaruje. Nie wiadomo, co taka może zrobić. Krzywdę jakąś albo gorzej.
Vendel znieruchomiał z podniesionymi brwiami. 
- Jaka dzika dziewczyna, przyznam się, że pierwszy raz coś takiego słyszę. W lesie mieszka tylko jedna rodzina, której daleko do dzikości. Czyżbym się mylił? Może o czymś nie wiem?
- No właśnie ja o tej rodzinie. Bo one czarują, to każdy wie. 
Od czasu jak zmarła stara Freya, słyszał kto takie pogańskie imię, jest coraz gorzej. A teraz mówią, że Eva sobie poszła...
- Wyjechała – wpadł jej w słowo radny, ale matrona  nie dała się zbić z tropu i poprawiła szybko swojego rozmówcę.
- Poszła sobie. Od tego czasu z małą Shay dzieje się coś niedobrego. Wiesz, chodzi po ulicach nieprzytomna, na pytania nie odpowiada, na ludzi wpada i mamrocze coś pod nosem, a jak już coś powie, to ciarki człowieka przechodzą. To nie jest normalne. Vendel ja ciebie na rękach nosiłam, zrób coś z tym.
Pani Rotten zgrabnie przeszła od opowieści do żądań. Siedziała na krześle, które było dla niej odrobinę za ciasne i czekała na wyrok.
- Nie rozumiem – powiedział w końcu sołtys po chwili milczenia – nie rozumiem, czego ode mnie oczekujecie. Co ja mam zrobić z Shay? A co takiego zrobiła? Ukradła coś? Pobiła kogoś? Zamordowała? Chodzenie po ulicy i mówienie do siebie nie jest przestępstwem. Sam tak czasem robię...
- O właśnie! – pani Rotten podskoczyła razem z krzesłem – zamordowała! Nie pamiętasz jak było z mężczyznami, którzy do nich zabłądzili? Żywi nie wyszli. Dawno? Zabijanie jest jak choroba. Wraca. To nie są zwykłe kobiety, a Eva specjalnie sobie poszła, żeby tą małą samą zostawić i dać jej wolną rękę. To czarownice. My ich tu nie chcemy Vendel.
Sołtys nie wiedział co powiedzieć. Rozmówczyni patrzyła, jakby miała już gotowy plan ukamienowania Shay, albo co najmniej zbudowania dla niej stosu.
- Pani Rotten… – zaczął ostrożnie – Shay nie zrobiła nic złego, nie ma więc powodów do niepokoju. Znam ją bardzo dobrze, jest spokojną dziewczyną i nikomu nie robi nic złego.
- Ale nie widziałeś jej oczu – matrona nie dawała za wygraną – ma takie dzikie spojrzenie, że aż strach.
- Pani Rotten – radny wstał, podszedł do swojej rozmówczyni i stanowczym gestem wyłuskał ją spomiędzy poręczy krzesła. Powoli, ale nieubłaganie kierowali się w stronę drzwi – kochana, ma pani złote serce. Kto może o tym wiedzieć lepiej niż ja.
Matrona rozpromieniła się słysząc komplement i dała się spokojnie wyprowadzić.
- Obiecuje, że zajmę się Shay, będę pilnował, żeby nie rzuciła na nikogo uroku. Proszę powiedzieć koleżankom, że wszystko jest pod kontrolą i nic złego się nie stanie.
- Ale pamiętaj, że to czarownica i nie daj się omamić, wiesz jak z nimi bywa...
- Dam sobie radę. Całuję rączki. Do widzenia.
Nie mógł się opanować i na do widzenia trzasnął drzwiami za najlepszą przyjaciółką swojej matki. Zastanawiające, że jej dzisiaj nie było.
- Coria, dzisiaj mnie już nie ma dla nikogo. Zaraz idę do domu – powiedział do sekretarki, a ona pozwoliła sobie na wyrozumiały uśmiech. Po takim spotkaniu trzeba odpocząć. 
Nie miała racji. 


Żona Vendela pojechała z dziećmi do swoich rodziców i zostawiła tak zwaną pustą chatę. Pierwszy raz od wielu lat miał mieszkanie tylko dla siebie i prześcigał się w pomysłach jak zagospodarować samotny wieczór. Ale do wieczora zostało jeszcze trochę czasu. Postanowił odwiedzić Shay i porozmawiać z nią.

Na dworze panował niemiłosierny żar. Wszyscy ludzie schowali się w domach i pozaciągali szczelnie zasłony, aby jakoś odgrodzić się od słońca. Widział tylko jednego śmiałka, który podśpiewywał pod nosem i podlewał ogródek. Miał taki dobry humor, że nawet upał mu nie przeszkadzał.
Vendel szedł po brukowanych uliczkach, a jego kroki niosły się daleko, jakby to nie było czerwcowe popołudnie, tylko czerwcowy środek nocy. Była taka sama cisza i taki sam nastrój wyczekiwania. W piwiarni również nie było nikogo. Przysiadł na kamiennym brzegu fontanny, zmoczył sobie głowę i koszulę. Mokrą koszulę założył na plecy  i od razu poczuł się lepiej. Przydałby się jeszcze choćby malutki wiaterek, żeby rozgonić stojące powietrze – pomyślał, mając nadzieję, że las przywita go przyjemnym chłodem.
Pomylił się. Las wyglądał, jakby spał. Nie zabrzęczał ani jeden owad, nie odezwał się ptak. Słychać było tylko miarowe kroki na wyschniętych liściach. Jego własne kroki. Żadnego cienia, żadnej ochłody przed spiekotą, jakby las poddał się wszechogarniającemu gorącu. Przez chwilę czuł się nieswojo i zaczął się zastanawiać, 
czy przypadkiem pani Rotten nie miała racji. Może faktycznie 
to wszystko jest wynikiem działania jakiś nieczystych sił? Przecież sen o Evie w samym środku dnia też nie był normalny, nigdy przedtem nie zdarzyło mu się śnić w ten sposób.
Wariat – powiedział sam do siebie i skręcił na rozstajach w prawo, na drogę prowadzącą do Złej Pogody. Miał ochotę śpiewać, krzyczeć, śmiać się, żeby tylko zagłuszyć tę idealną, nienormalną ciszę. Zaczął rozumieć, dlaczego Shay chodzi po ulicach i śpiewa, albo mówi sama do siebie. W końcu była skazana na przebywanie w towarzystwie drzew i ciszy od rana do wieczora. Vendel przed wejściem na polanę musiał pokonać jeszcze potężny pień drzewa, które na pewno przewróciła ostatnia nawałnica. 
To wydawało się być tak dawno. Na pewno wicher wyrządził szkody w drewnianym domku.
- Cholera... – zaklął pod nosem. Znowu nie pomyślał, że mieszkankom Złej Pogody potrzebna była pomoc. Może miały kłopoty z dachem, albo z oknami. No właśnie. Może przydałby się remont?
Kiedy znalazł się na polanie, oniemiał. Pogrążony w myślach o swojej działalności charytatywnej nie zauważył kiedy pomylił drogę i znalazł się w zupełnie innym miejscu niż chciał. Przynajmniej tak mu się wydawało. Widział takie samo drzewo, jak to, które z Evą kiedyś nazwali kochankami. Właściwie dwa drzewa, dąb i sosnę, splecione ze sobą od korzeni po korony. Był ogród, albo kilka krzaków, które można by przy sporej wyobraźni nazwać ogrodem. Był nawet zapach dymu z komina i poczucie bezpieczeństwa, które zwykle ogarniało go na tej polanie, ale samego domu nie było. Po prostu nie było. Żadnych fundamentów, zgliszczy po pożarze, wydeptanej ścieżki, nic. Zielona, świeża trawa kpiła sobie z upału i braku deszczu.
- Jeżeli nie będę chciała, nie znajdziesz mnie – mówiła Eva, kiedy widzieli się po raz ostatni. Czyżby to ona utrudniała Vendelowi spotkanie z własną córką?
- Co za myśli... – westchnął jak zwykle sam do siebie. Od jakiegoś czasu nie miał z kim porozmawiać – musiałem źle skręcić na rozstajach. Tędy doszedłbym do jeziora.
Powiedział z przekonaniem i ruszył w powrotną drogę. Kilka razy odwrócił się, aby sprawdzić, czy faktycznie domu nie ma, ale domek nie miał zamiaru wrócić na swoje miejsce. Nie wiadomo dlaczego Vendel miał wrażenie, że ktoś go cały czas obserwuje i od czasu do czasu cicho chichocze. Chyba dał się ponieść nastrojowi tego miejsca. I wyobraźni.

 

*

 

Podobno jesteśmy zawieszeni w kosmosie. Żyjemy na Ziemi, która pędzi dookoła słońca, które pędzi dookoła czegoś, a to coś obraca się wokół centrum galaktyki. Takich galaktyk jest nieskończona ilość i one wszystkie tańczą wokół wspólnego środka. Dlaczego? Może gdyby ustały, cały wszechświat rozsypałby się na kawałki? Myśl o tym zawsze prowokowała moje nogi do tańca. Kilka okrążeń wokół stołu i od razu czułam się spokojniejsza, czułam się w zgodzie z wszechświatem. Kiedyś zupełnie niepotrzebnie zaczęłam myśleć o przeszłości Ziemi, o tym, co działo się przedtem i przedtem. 
Na początku podobno wszystko było nie większe niż główka od szpilki, a po wielkim BUM z główki od szpilki stworzyły się wszystkie słońca i planety i wszystko inne, co unosi się w kosmosie. Mnie najbardziej interesowało to, co było przed wielkim BUM. Inny świat, który w przeciwieństwie do naszego, który się rozszerza, skurczył się do wielkości główki szpilki? Może kiedyś, w takim kurczącym się świecie była już Ziemia ze mną i z moim domem, tylko z zielonym niebem? A co jest poza Układem Słonecznym, poza naszą galaktyką? Czy jest coś poza kosmosem? Chciałabym znać odpowiedzi na te pytania.
Przeczytałam, że Ziemia była kiedyś olbrzymią kulą ognia. 
Po milionach lat wystygła i na zewnątrz utworzyła się cienka skorupa, po której między innym stąpałam ja. W środku dalej szalał ogień, Ziemia ciągle płonęła. Czułam to. W połączeniu z żarem, który lał się strumieniami z nieba, ta świadomość była nie do zniesienia. Bałam się, że pewnego dnia, drogę zastąpi mi powietrze o temperaturze ognia i nie będę mogła ani oddychać, ani latać. Przecież wszystkie ptaki już odleciały. Bałam się, ale mojego strachu ciągle było za mało, aby skutecznie zamienić go w deszcz. Strach. Potrzebowałam więcej strachu.

Zamiast się skuteczniej bać, spędziłam cały wieczór przyglądając się świetlikom. One jedne zdecydowały się pozostać, poza tym były bardzo przywiązane do dębu w moim salonie i prawie go nie opuszczały. Tego wieczora zachowywały się dziwnie. Miałam wrażenie, że swoim świeceniem chcą mi coś przekazać, że porozumiewają się między sobą tajnym, świetlikowym kodem. Czekałam, aż zaczną świecić jak morska latarnia – jasno, ciemno, jasno, ciemno, dając znak rozbieganym myślom, gdzie znajdą przystań. Przy świetlikach i przy drzewie. Nie wiem, czy były na tyle uparte, czy może złośliwe, ale nie chciały być dla mnie drogowskazem.


Wigilia świętego Jana. Poniedziałek. Podobno najlepszy czas dla czarownic, najlepszy czas na czary. 
Nie czułam tego. 
Dla mnie każdy dzień był wystarczająco dobry do czarowania, a czary jednakowo skuteczne. Nie patrzyłam ani na porę roku, ani na porę dnia, jeżeli miałam ochotę na czary – robiłam to. Teraz, w wigilię świętego Jana, najlepszą porę dla czarownic, nie miałam wcale ochoty zajmować się magią. Ja nie, ale świetliki tak. Wprawdzie nie chciały dawać zrozumiałych dla moich oczu sygnałów, ale w pozornym chaosie ich rozbłysków, można było dopatrzyć się ledwo zauważalnego porządku i usłyszeć szaloną, ale bądź co bądź muzykę.  
Nawet zaczęłam ją nucić. Cicho, aby mimo wszystko nie przepędzić wszechogarniającej ciszy, jednak nic z tego nie wyszło. Z linią melodyczną poradziłam sobie bez problemu, ale rytm ciągle się mylił i plątał, w końcu zrezygnowałam i z przyjemnością przyjęłam na siebie rolę słuchacza i widza. Nie wiedziałam nic o świetlikach, znałam tylko falujące efekty ich świecenia. 
Tak samo z większością ludzi, których nie znałam, ale zdążyłam poznać efekty ich działania i... świecenia. Byłam w końcu Vima i widziałam jak ludzie świecą. Ksiądz na ambonie, pani Krajanka od chleba, Mama i Sasha. Oni świecą jasnym, dobrym światłem. Dlaczego ja również tak świecę? Nie wiem. W życiu nie zrobiłam nic specjalnie dobrego. Ani złego. 

Złapałam dwa świetliki do słoika, który postawiłam na poduszce. Zaświeciły mi najpiękniejszą kołysankę. Trochę jaśniej... trochę ciemniej...

 

Copyright © Beata Matuszewska

 

Wersja do druku Wersja do druku | Mapa witryny Poleć tę stronę Poleć tę stronę
COPYRIGHT © ASTAROT Beata Matuszewska