Beata Matuszewska                         ZABIERZ MNIE ZE SOBĄ

autor: Beata Matuszewska
wydawnictwo: ASTAROT
rok wydania: 2017
oprawa: miękka
stron: 281
cena: 32 zł    wersja elektroniczna: 27 zł

Twoja wiadomość z formularza została pomyślnie wysłana.

Podałeś następujące dane:

Zamawiam książkę "Zabierz mnie ze sobą"

Skoryguj wprowadzone dane w następujących polach:
Podczas przesyłania formularza wystąpił błąd. Spróbuj ponownie później.

Wskazówka: pola oznaczone * są obowiązkowe.

FRAGMENT KSIĄŻKI "ZABIERZ MNIE ZE SOBĄ"

Nie ma czasu - tak krótkie jest życie –
 na sprzeczki, przeprosiny, zawiść, wyjaśnienia. 
Jest tylko czas na kochanie, 
i to w tej chwili, że się tak wyrażę

 

Mark Twain

 

TRZY PIERWSZE DNI

 

Piątek

 

Zaczęło się całkiem zwyczajnie. 
Dziesięć miesięcy wcześniej przyłapałam faceta na czułych pocałunkach z moją najlepszą przyjaciółką i wydało mi sięto wielkim dramatem. Trzy lata później przekonałam się, że w ogóle nie wiedziałam czym jest dramat. Podobno kiedy zaczyna być naprawdę źle prosimy Boga o przywrócenie starych dramatów, które jeszcze niedawno wydawały nam się takie wielkie. 
Ale o tym później.
Jak łatwo się domyślić zarówno niewiernego faceta jak i niewierną przyjaciółkę zdegradowałam szybko do rangi „ex”. Zakończyłam kilkuletni związek, który zasługiwał na miano „stały” i dwudziestoletnią przyjaźń. Choć mój ex facet gorąco zapewniał, że to się już nigdy nie powtórzy postanowiłam nie dawać mu drugiej szansy. Nie był to jego pierwszy skok w bok. Dlaczego ten miałby być ostatni? Niedługo później okazało się, że z moją przyjaciółką spotykał się regularnie od pół roku, ale uparcie trzymał się wersji „bzyknąłem ją tylko raz, ale kocham tylko ciebie.”
Mimo wszystko zdrada i rozstanie zabolało mocno, poczułam więc chęć odseparowania się od ludzi i świata przynajmniej na jakiś czas. Niestety, ani ludzie ani świat nie chcieli odseparować się ode mnie, uparcie przekonując, że długie samotne spacery i wieczory spędzane z książką są dziwactwem zarezerwowane dla starych, szpetnych panien, a ja nie byłam ani stara, ani szpetna. Po dziesięciu miesiącach ukrywania w końcu zdecydowałam się iść na imprezę. Zrobiłam to tylko dlatego, bo impreza miała mieć miejsce 
w sąsiednim bloku.
- Anka, wyjdź w końcu ze swojego czarnego doła – namawiała mnie Jagoda – robię urodziny w najbliższy piątek i musisz tam być. Obiecaj, że będziesz. Przyjdzie podstawówka, liceum i część studiów.
Nie miałam wyjścia, musiałam się zgodzić, zwłaszcza że niektóre imprezy organizowane przez Jagodę przeszły do historii osiedla i fajnie byłoby stać się częścią jednej z nich. Chodziłyśmy razem do szkoły podstawowej, liceum i na studia, mieszkałyśmy w sąsiednich blokach. Nie przyjaźniłyśmy się, za to miałyśmy wielu wspólnych znajomych. Nie byłam jednak pewna, czy mam ochotę ich wszystkich oglądać. Zwłaszcza wszystkich naraz. 
- Obiecuję – zgodziłam się mimo wszystko bardziej chcąc by Jagoda przestała mnie namawiać niż faktycznie przyjść i świętować jej urodziny. 
- Super! – ucieszyła się i uściskała mnie.  
W tym momencie powinniśmy zakończyć spotkanie mówiąc klasyczne „zdzwonimy się”, ale to jeszcze nie był koniec. Jagódka miała coś jeszcze do powiedzenia. Znałam ją i domyślałam się, że ma dla mnie jakieś bojowe zadanie do wykonania. Bez tego być może nigdy nie doczekałabym się zaproszenia.
- Miałabym do ciebie prośbę… - zaczęła niepewnie.
- Oj nie kryguj się, mów o co chodzi – zachęciłam ją. 
Nie sądziłam, by chciała prosić mnie o podżyrowanie kredytu na kilka milionów lub oddanie nerki.
- Przyjedzie mój brat…
- Mam się zaopiekować twoim bratem? – zdziwiłam się – skończył chociaż podstawówkę? 
Poczułam się urażona, bo Jagoda zapraszała mnie na swoje urodziny tylko po to, bym zajęła się jakimś smarkaczem. Po co jednak na swoje urodziny zapraszała smarkacza? Nie mogła go zostawić na jeden wieczór u swojej mamy? Jagoda wzniosła oczy do nieba i przecząco pokręciła głową dając mi do zrozumienia, że bardzo się mylę.  
- To stary chłop, jest o pięć lat od nas starszy, tylko jest… mało towarzyski i nie chciałabym żeby całą imprezę przesiedział w sypialni czytając książkę – wyjaśniła i czekała na moją reakcję.
Coraz lepiej. Miałam zostać opiekunką dorosłego, nieprzystosowanego społecznie faceta, bo sama byłam nieprzystosowana społecznie.
- Jaka ma być zatem moja rola? Mam go zabawiać? Poczytać mu na głos? – postanowiłam uzgodnić wcześniej szczegóły, żeby później nie było żadnych niedomówień. Jagoda znowu przewróciła oczami.
- Anka, wy jesteście takimi samymi dziwakami, oboje nie lubicie imprez. Brat przyjechał do mnie na kilka dni, na stałe mieszka i pracuje w Paryżu, zajmij się nim, pogadaj… proszę cię. 
Nie chcę, żeby się nudził, ale jeżeli nie masz ochoty… żaden problem.
No fajnie. Właśnie się dowiedziałam prawdy o sobie. Byłam dziwaczką. Najprawdopodobniej dlatego, że regularnie odwiedzałam bibliotekę. Na piechotę.
- Nie przejmuj się, oczywiście zajmę się tym dziwakiem, 
w końcu sama jestem dziwaczką –  postanowiłam cieszyć się z opinii kobiety nietuzinkowej. Jagoda zauważyła, że jej słowa były mało dyplomatyczne.
- Nie chciałam cię urazić… mój brat jest naprawdę bardzo sympatyczny. Czasami. Znam was oboje, nie będziecie się ze sobą nudzić. On lubi starożytny Rzym i takie tam - tłumaczyła się, a jak wiadomo tylko winni się tłumaczą.
- Żaden problem. Naprawdę – dodałam widząc niedowierzanie w oczach koleżanki. Zaczęłam nawet mieć nadzieję, że imprezowy wieczór będzie bardziej udany niż mi się na początku wydawało. Skoro brat Jagody lubił czytać na pewno nie zabraknie nam tematów do rozmów. Chyba, że czytał romanse lub instrukcje obsługi, co na szczęście było mało prawdopodobne. Starożytny Rzym? Super. Oczami wyobraźni widziałam mężczyznę podobnego do Jagody czyli wysokiego, szczupłego jak spaghetti, rudowłosego i szarookiego. Zdecydowanie nie mój typ, ale przecież nie szłam na randkę.

No dobra, zamiast o podopiecznym czas było zacząć myśleć o fryzurze i kreacji mającej sprawić, że wszystkie koleżanki będą zgrzytać zębami z zazdrości, a koledzy oniemieją z zachwytu i rzucą mi swoje płaszcze do stóp niczym muszkieterowie. Nie… takich płaszczy dziś nikt nie nosi. Skoro nie rzucą mi swojego odzienia do stóp niech chociaż skoczą do stawku po lilie. 
Fryzura? Trudna sprawa. Niezwykle trudna do okiełznania blond strzecha. Fryzjerka Kasia, do której chodziłam dwa razy do roku, strzygąc mnie zawsze mówiła: „rzeźbię, rzeźbię i efektu nie widać”. Na podłodze leżały hałdy włosów, a na mojej głowie nie było widać śladu po strzyżeniu. Co mi pozostało? Rozczesać, zmoczyć i spiąć spinką na czubku głowy. Po tej fryzurze rozpoznawali mnie sąsiedzi i większość znajomych. 
Makijaż? Bez szaleństw. Nie idę na sylwestra tylko na nudną, urodzinową imprezkę. Strój… tu się zaczął problem. Nie miałam w szafie niczego, co mogłabym zaliczyć do imprezowych ciuchów. Nie nosiłam sukienek ani spódnic, postały więc spodnie i jakaś bluzka. Niestety imprezowej bluzki również nie posiadałam. Czy to był powód do zmartwień? Ani trochę. Założyłam dżinsy, podkoszulkę, białą koszulową bluzkę i… tenisówki. Bieda z nędzą.
Kochałam moją biedę z nędzą i aby je dopełnić postanowiłam nie zakładać żadnej biżuterii. Stanęłam w przedpokoju przed dużym lustrem i obejrzałam się krytycznie. Całkiem nieźle. Długie nogi, zgrabna figura… w przeciwieństwie do moich koleżanek byłam całkiem z siebie zadowolona. Grunt to wysoka samoocena.

 

- Anka wyglądasz jak petarda! – otworzyła mi drzwi Marta, koleżanka ze studiów i pracy. Zachwyciła się moim wyglądem jakby było czym, zanim zdążyłam zapytać o solenizantkę. Ten wybuch zachwytu rozśmieszył mnie i wprowadził w dobry nastrój. Jeszcze nikt nigdy nie nazwał mnie petardą. Pocałowałyśmy się po amerykańsku wąchając powietrze wokół swoich uszu, co boleśnie uzmysłowiło mi, że przed spotkaniem z tajemniczym nieznajomym zapomniałam się skropić perfumami. 
Zaletą takiego powietrznego pocałunku było pozostawienie pudru w nienaruszonym stanie. Szczerze mówiąc nie chciałabym mieć krwistoczerwonej szminki Marty w miejscach, gdzie nakładałam róż na policzki. Marta wyglądała, jakby przed chwilą jadła wyjątkowo krwisty befsztyk. Stwierdziła, że perfumy i kosmetyki nie mogą się mieszać, stąd takie mało wylewne powitanie.
- A ty wyglądasz jak wampirzyca – powiedziałam, a ona zachichotała jak Nosferatu i pokazała mi swoje dwucentymetrowe paznokcie w kolorze Very Red Alert. Najwyraźniej porównanie z wampirzycą wzięła za komplement.
- Cześć Jagoda – powiedziałam do solenizantki świętującej dwudzieste ósme urodziny – wszystkiego najlepszego i sama wiesz czego.
Złożyłam mało wyszukane życzenia i wręczyłam mało wyszukany prezent. Jagódka chyba chciała się za to zemścić, 
bo zaciągnęła mnie do kuchni i zagoniła do robienia sałatki w pięćdziesięciolitrowym garnku. Gadała, gadała, nawet nie miałam możliwości zapytać o jej brata, poza tym i tak nie miałam odwagi. Jeszcze pomyślałaby, że przyszłam tu specjalnie dla niego. Niemniej… przyszłam tu specjalnie dla niego, dlaczego miałabym udawać, że jest inaczej.
- Jak zrobię sałatkę każesz mi zabawiać swojego braciszka jako baby-sitter – żartowałam – a gdzie on w ogóle jest? Przedstawisz mnie?
Jagoda rozejrzała się po kuchni jakby spodziewała się, że jej brat ukrył za tosterem lub mikrofalówką, ale oczywiście tam go nie znalazła.
- Gdzieś tu się kręci, pewnie zabunkrował się w miejscu gdzie jest cicho i ciemno… poszukam go. Skaranie boskie z tym facetem. Mój brat jest wybitnie aspołeczną jednostką. Wyciągnąć go na jakąś imprezę graniczy z cudem. Cud, że w ogóle przyszedł.
Jagoda gderała jak stara mężatka, niemniej jej słowa brzmiały zachęcająco, bo przecież ja też byłam wybitnie aspołeczną jednostką.  
- A czym go zachęciłaś? – zapytałam mając podejrzenia, że obiecała mu spotkanie z nieuczesaną blondynką, która lubiła czytać „Żywoty cezarów”.
- Tobą – odpowiedziała Jagoda śmiejąc się szeroko. Wygląda na to, że zgodnie z moimi przewidywaniami umówiła nas na randkę.
- Jak on ma na imię? – zapytałam chcąc wiedzieć o nim chociaż tyle.
- Cezary. Czarek. Nie lubi jak się mówi do niego Cezary. Dobra, poszukam go, bo mi popsuje imprezę. Idziesz ze mną?
Poszłam. Byłam bardzo ciekawa tajemniczego brata Jagody, zwłaszcza, że z opowiadań wyłaniał się mężczyzna zupełnie niepodobny do niej.
- Wyglądamy inaczej, nie jesteśmy podobni – tłumaczyła – ja jestem ruda i podobna do mamy, mój brat jest brunetem i jest podobny do taty.
Zrobiona na rudo – poprawiłam ją w myślach. Co mnie obchodziło kto jest do kogo podobny? Najważniejsze, że lubił czytać, unikał imprez i podobno uwielbiał się włóczyć po lesie. 
Tyle wystarczyło, by mnie zainteresować. No i był wysoki, 188 cm wzrostu jak mnie dokładnie poinformowała Jagoda. Nie mniej i nie więcej.
Zapewne taki sam z niego szparag jak siostra – pomyślałam, ale zanim zdążyłam się tym zmartwić lub ucieszyć utknęłam między gośćmi. 
Przywitałam się z kilkoma znajomymi. Z jedną dziewczyną, koleżanką z podstawówki, nie mogłam sobie za skarby świata przypomnieć jej imienia, rozmawiałam o szkole i dzieciach, których przecież nie miałam, ona jednak nie musiała tego tak od razu wiedzieć. Potem przyczepił się do mnie jakiś mały facet, z trudem zidentyfikowałam go jako Sławka. Koniecznie chciał mnie poczęstować drinkiem, a ja nie mogłam się zmusić do wlania 
w siebie czegokolwiek. Po jakimś czasie znudziło mnie dryfowanie pomiędzy starymi znajomymi. Ich życie niewiele mnie interesowało, schowałam się więc za kuchennymi drzwiami i powietrze uleciało 
ze mnie jak z nieszczelnego balonika. Nigdzie nie zauważyłam Czarka, najwyraźniej starał się być niewidzialny. Postanowiłam wziąć z niego przykład i też stać się niewidzialna, przynajmniej na chwilę. Nie udało mi się.
- Coś nie tak? Zdrówko, czy samopoczucie? – Marta wytropiła mnie, zainteresowała się życzliwie i posadziła na taborecie. 
Przed nią nikt i nic nie było w stanie się schować. 
- Wszystko w porządku, tylko przytulające się do siebie pary nie mają na mnie zbyt dobrego wpływu – powiedziałam częściowo zgodnie z prawdą, ale nie chciało mi się opowiadać o prawdziwych przyczynach mojej ucieczki do kuchni.
- Nie histeryzuj, bo się solenizantka obrazi – poradziła mi – dosyć smutków. Jesteś fajna laska, Sławek pytał gdzie mieszkasz i chciał wycyganić ode mnie twój numer telefonu…. – zawiesiła głos dramatycznie.
- Nic z tego – zaprotestowałam – lepiej idź się bawić, ja chcę sobie tutaj po prostu trochę posiedzieć, a później znaleźć kogoś, kto ma ochotę porozmawiać o pupie Maryny. I nie będzie to Sławek, wierz mi.
- Rozumiem – powiedziała Marta z uśmiechem – on mi też się nie podoba.
 Poszła do zaciemnionego pokoju, ale ku mojej rozpaczy wróciła po chwili. Najwyraźniej czegoś zapomniała. Usiadła naprzeciwko, na drugim taborecie.
- No właśnie, zapomniałam wcześniej zapytać. Jak ci się podoba Łamacz Serc Niewieścich i Kolekcjoner Dziewiczych Wianków?
Zrobiłam duże oczy. Łamacz Serc? Czy chodziło jej o tego blondyna w okularach, z którym niedawno rozmawiałam? 
- Ten blondyn? Całkiem miły, ale jak miał chrapkę na mój wianek, muszę go rozczarować. Usechł już dawno – odpowiedziałam zachowawczo.
Marta chichotała, tłumaczyła, że żartuje, bo on jest najporządniejszym facetem pod słońcem, oczywiście jak na faceta. Po chwili przestałam przyswajać jej paplaninę, nie rozumiałam o kim mówi i o czym. Dopiero kiedy wspomniała o bracie Jagody zrozumiałam, że mówi o Czarku.
- Jagoda mówiła… macie mieć tu dziś randkę… 
Nie wiadomo dlaczego Martę zawsze interesowało moje życie uczuciowe. Może w poprzednim wcieleniu była moją mamą i teraz jako cel życia postawiła sobie wydać mnie dobrze za mąż. Swatała mnie od odkąd pamiętałam. Na pierwszym roku studiów umówiła mnie ze swoim kuzynem. Spotkanie okazało się piękną katastrofą.
- Randka… zdecydowanie za dużo powiedziane. Miałam się nim zaopiekować, podobno jesteśmy tak samo aspołeczni. Chyba go jednak nie ma – stwierdziłam rozglądając się, jakbym dopiero teraz zauważyła jego nieobecność.
- Ależ jest, tylko wietrzy się na balkonie – tłumaczyła Marta, a mnie nie wiadomo dlaczego nagle zrobiło się gorąco - powiedział, że do końca imprezy się stamtąd nie ruszy, bo jest za ciemno, za głośno i za tłoczno.
Uśmiechnęłam się do niego w myślach. Dla mnie też było za głośno, za tłoczno i za ciemno. Byłam coraz bardziej zaintrygowana tajemniczym bratem Jagody.
- Sympatyczny prawda? – dopytywała się Marta uparcie chcąc wyciągnąć ze mnie wyznania na jego temat. Nie miałam wiele do powiedzenia. Ona jednak najwyraźniej wiedziała coś, czego ja nie wiedziałam i wyglądała jakby bardzo chciała się tym ze mną podzielić.
- Nie mam pojęcia, nie widziałam faceta na oczy, jeszcze go nawet nie poznałam. Znam Czarka tylko z opowiadań Jagody  – odpowiedziałam zgodnie z prawdą - Marta, mam jednak do ciebie jedno pytanie związane właśnie z nim.
Zapytałam, a twarz mojej przyjaciółki zmieniła się w znak zapytania z czerwonymi ustami.
- Słucham uważnie, ale… jeśli to coś prywatnego, może powinnaś zapytać Jagodzianki.
Zdziwiłam się. Marta nie chciała czegoś powiedzieć? Odsyłała mnie do kogoś innego? Jednoosobowe Osiedlowe Centrum Informacji stawiało na dyskrecję? Ona w ogóle wiedziała co znaczy to słowo?
- Nie wiem… chciałam się tylko dowiedzieć czy kogoś ma,  
czy spotyka się z kimś. Bo wiesz… nie chciałabym nikomu wchodzić w paradę. Jeszcze jakaś laska obije mnie na ulicy parasolką – tłumaczyłam się ze śmiechem. Chciałam się tylko dowiedzieć czy jest z kimś związany.
- Naprawdę nic mi o tym nie wiadomo – powiedziała krótko Marta, a jeżeli ona nic nie wiedziała, Czarek na pewno był wolny jak ptak.
- Anka… - Marta zniżyła głos. Najwyraźniej miała mi jeszcze coś do powiedzenia, choć tym razem przychodziło jej to z trudem – Jagoda powiedziała mu – dodała konspiracyjnym szeptem.
 - O czym? – zdziwiłam się. Czyżbym miała jakąś tajemnicę, którą Jagoda wywlekła na światło dzienne? Martusia wypuściła z siebie powietrze ze świstem.
- Powiedziała, że facet cię zostawił dla najlepszej przyjaciółki i nie masz ochoty na nowy związek. Nie jesteś jeszcze gotowa, czy coś w ten deseń. On wie.
Cholera. To się nazywa wpaść w pułapkę własnych kłamstw. Właśnie przed nim nie chciałam grać opuszczonej i zdradzonej. Tylko dlaczego nie miałam ochoty tego robić, przecież nawet go nie znałam? Dlaczego miałam wrażenie, że znam go bardzo dobrze? Dlaczego miałam wrażenie, że on zna bardzo dobrze mnie?
Dziwne.
Zostawiłam w kuchni ciągle zakłopotaną Martę, sama przedostałam się przez ciemny pokój na balkon. Przez szybę widziałam mężczyznę opartego o balustradę i kierującego spojrzenie daleko, ponad las. Choć jego siostra była długa i cienka jak spaghetti, Czarek wyglądał jak konkretne rigatoni. 
- Czekałem na ciebie - powiedział nie patrząc na mnie kiedy stanęłam obok. Ciemne, przydługie włosy zaczesał do tyłu odsłaniając czoło i szerokie brwi. W koszulce, ciemnych spodniach i czarnej, skórzanej kurtce wyglądał zwyczajnie, jak ja w białej bluzce i dżinsach. Czerń ubrania pasowała do niego idealnie. Dobrze, że nie wygłupiłam się z jakąś wieczorową kreacją, nie wspominając o makijażu lub olbrzymim koku.  
Oparłam głowę na ramieniu Czarka. Ja też czekałam, ale postanowiłam opowiedzieć mu o tym później. O wszystkim opowiem mu później, bo teraz miałam inne plany. Objęłam i pocałowałam mocno mężczyznę, którego widziałam pierwszy raz w życiu. Pierwszy raz w tym życiu. 
I daj Boże nie ostatni.

 

*


Siostra zaprosiła mnie na 28 urodziny. 
Urządzała huczne imprezy, jakich nie lubiłem. Nie mogłem jednak odmówić, bo od szesnastu lat mieszkałem w Paryżu i widywaliśmy się raz na kilka lat. 
- Nie będziesz żałował, poznam cię z fajną dziewczyną – przekonywała mnie. Przyznam, że nie musiała mnie długo przekonywać. Dziewczyna miała na imię Anna, była psychologiem i dała się zaprosić na urodziny Jagody równie niechętnie jak ja. 
To wystarczyło bym zaczął się nią interesować. Kiedy jeszcze dowiedziałem się, że jest szczupłą blondynką, która lubi filmy science fiction i ciągle się włóczy po lesie zacząłem być więcej niż zainteresowany.
- Anka jest taką samą dziwaczką jak ty – Jagoda prowadziła mnie za rękę do pokoju pełnego gości z jej rocznika. Pięć lat starszy od siostry czułem się tu trochę jak wujek.
- Ja też cię kocham Jagódko – śmiałem się z nazwania mnie dziwakiem. 
- Bąsuar przystojniaku – jakaś dziewczyna poufale dotknęła mojego ramienia. 
- Cześć… - chciałem się przywitać, ale nie wiedziałem lub nie pamiętałem jak ma na imię. Chyba jej jednak nie znałem, bo nie zapomniałbym właścicielki takich krwistych ust.
- Marta to jest mój brat Cezary, a to jest nasza etatowa wampirzyca. 
Uprzejmości stało się zadość, Krwiste Usta posłały mi uwodzicielskie spojrzenie, a ja jej szeroki uśmiech.
- Ogarnij się Czarek – mruknęła do mnie Jagoda - to nie jest Anka. Marta podrywa wszystko, co nie jest płci żeńskiej i nie ucieka na drzewo. 
Zostałem szybko doprowadzony do porządku.
- No to co… - próbowałem protestować, przecież byłem płci męskiej, więc nadawałem się do podrywania przez Martę, niewysoką brunetkę z biustem ledwie mieszczącym się w kusej, czarnej sukience. Mogła mnie podrywać, nie miałem nic przeciwko.
- Miłej randki z Anką! – krzyknęła do mnie wampirzyca. Zdziwiłem się. Czyżby wszyscy wiedzieli, że mam tu randkę w ciemno?
- Czy ktoś oprócz nas wie, że umówiłaś mnie z koleżanką? – zapytałem kiedy wyszedłem z siostrą na balkon, na którym panowała błoga cisza i nie śmierdziało dymem z papierosów.
- Marta wie. A jak ona wie, wiedzą wszyscy – Jagoda chyba uznała to za dobry dowcip – Czarek muszę ci o czymś powiedzieć.
To zabrzmiało nieco złowieszczo. Zamieniłem się zatem w słuch podejrzewając, że „muszę ci o czymś powiedzieć” będzie dotyczyło tajemniczej panny A.
- Nie umawiam cię z Anką na randkę, nie chciałabym, żebyś tak myślał… - zaczęła niepewnie.
- A dlaczego? Czegoś mi brakuje? Jej czegoś brakuje? – mówiłem ze śmiechem – oboje jesteśmy wolni, od co najmniej dekady pełnoletni i nie lubimy imprez. Nie możemy się umówić?
- Wiesz… to nie tak. Anka była jakiś czas z takim jednym Karolem, on ją zdradzał… chyba jeszcze nie jest gotowa na nowy związek, bo chowa się przed facetami po kątach. 
Wzruszyłem ramionami. Wiedziałem o tym, bo podpytałem o Ankę kilka osób. Zastanawiałem się czy ona pytała znajomych o mnie, niemniej nie zamierzałem się z nią żenić tylko spotkać. Spędzenie kilku godzin z kimś, kto ma podobne zainteresowania mogło być wstępem do „czegoś więcej”, ale równie dobrze mogło być wstępem do niczego. Niczego nie oczekiwałem ani od Anki, ani od naszej potencjalnej znajomości, co też zakomunikowałem siostrze. 
Patrzyłem na Jagodę z pobłażliwością, z jaką zwykle patrzą starsi bracia na swoje młodsze siostry.
- Doceniam troskę, ale przesadzasz. To nie będzie moje pierwsze spotkanie z kobietą, wierz mi. Kilka razy byłem nawet na randce – powiedziałem niespodziewanie szorstko, a Jagoda kiwała tylko głową ze zrozumieniem lub zupełnie bez zrozumienia. Może niepotrzebnie kpiłem.
- Spodziewałam się, że mnie olejesz, ale… w ciągu ostatnich miesięcy straciło dla niej głowę kilku facetów i nie chciałabym, żebyś był następny. To modliszka.
Ciekawe. Nie interesowała się mężczyznami, a zostawiała za sobą tyle złamanych serc?
- Umawiasz mnie z modliszką? – śmiałem się nie wierząc w ani jedno słowo – wykorzysta mnie i rzuci?
- Anka? – Jagoda zdziwiła się niespodziewanie – ona nawet nie wiedziała o istnieniu swoich adoratorów i to jest chyba najgorsze.
- Nie zgadzam się z tobą – objąłem siostrę – to jest właśnie najlepsze.
Roześmialiśmy się.
- Muszę wracać do gości – powiedziała Jagoda – idziesz ze mną?
- Nie, zostanę tutaj. Jak przyjdzie modliszka powiedz jej, że tu jestem, dobrze?
Jagoda rzuciła tylko zatroskane spojrzenie i wyszła. Chyba żałowała swojej decyzji o umówieniu mnie z koleżanką, w której podobno faceci zakochiwali się od pierwszego wejrzenia, a ona sama nie zwracała na nich swojej uwagi. Obiecałem sobie, że nawet jak zakocham się w Annie od pierwszego wejrzenia, nie pozwolę by nie zwróciła na mnie swojej uwagi.
Drażnił mnie gwar dobiegający przez uchylone okno. Ciekawe dlaczego wszystkie tego typu imprezy musiały odbywać się przy zgaszonym świetle, nieciekawej muzyce i pełnych popielniczkach? Zdecydowanie wolałem spokojny jazz i butelkę dobrego wina. I mniej osób. Najlepiej tylko dwie.  
Dlaczego tu przyszedłem? Oczywiście dla tajemniczej Anki. Intrygowała mnie coraz bardziej. Przez kuchenne okno, które znajdowało się tuż koło balkonu zauważyłem burzę jasnych włosów. Podobno tylko ona miała taką niemodną fryzurę, kpiącą z prostownicy, fryzjera i odżywek do włosów. Przyglądałem się jej. Była dość wysoka i szczupła, miała na sobie białą bluzkę, dżinsy i tenisówki. Ubiór całkowicie odmienny od strojnych sukienek innych pań. Podobał mi się ten prosty styl. Nie widziałem dokładnie jej twarzy, stała bokiem i mieszała coś zamaszyście w garnku, ramionami przytrzymując włosy, aby uchronić potrawę przed niepożądanym dodatkiem. Potem usiadła na stołku, rozmawiała przez chwilę z Jagodą. Nawijała na palec niesforny kosmyk opadający na policzek. Dlaczego wydawało mi się, że tak dobrze znam ten gest? 
Chciałem iść do niej, do kuchni... i co dalej? Pewnie przestraszyłbym ją nagłym pojawieniem, a perspektywa opuszczenia bezpiecznego balkonu i znalezienia się nagle w centrum zabawy, nie należała do zachęcających. Wszyscy obserwowaliby jak Czarek idzie przywitać się z Anną. Niezły cyrk, zwłaszcza że ta dziewczyna odbierała mi pewność siebie.

Jagoda zapewne powiedziała jej gdzie jestem, ale Anna nie spieszyła się. Musiałem długo czekać. W końcu przyszła. Stanęła koło mnie bez słowa i położyła mi głowę na ramieniu. Poczułem, że pachnie wanilią, jakby przed chwilą piekła waniliowe ciasteczka.
- Czekałem na ciebie – powiedziałem. Nie odpowiedziała tylko uśmiechnęła się. Objęła mnie za szyję i przytuliła swój policzek 
do mojego. Przyciągnąłem ją do siebie. 
Znaliśmy się pół minuty.
Czułem się jakbym właśnie odzyskał utraconą przez laty miłość. Nasze usta odnalazły się, a ja nie mogłem przestać się uśmiechać kradnąc jej pocałunki.
Znaliśmy się minutę.
- Modliszka – wyszeptałem, a ona parsknęła śmiechem – Jagoda ostrzegała mnie, że mężczyźni zakochują się w tobie 
od pierwszego wejrzenia.
- Doprawdy? – zdziwiła się – mnie Marta ostrzegała, że jesteś kolekcjonerem wianków. Podejrzewam, że nie chodziło jej o wianki ze święta Matki Boskiej Zielnej.
- I przyszłaś do mnie pomimo tego?
- Przyszłam właśnie dlatego.
Nie mogłem się nie roześmiać.

- Urywamy się stąd? – zapytała biorąc mnie za rękę – pójdziesz ze mną na spacer?
Zapewne tylko czekała na okazję, by dać nogę z tej zadymionej imprezy.
- Dokąd tylko chcesz. Przecież zakochałem się w tobie 
od pierwszego wejrzenia jak inni faceci.
- Czarek… - Ania chciała coś powiedzieć, zapewne wytłumaczyć, że nie łamie serca każdemu napotkanemu mężczyźnie, ale nie pozwoliłem jej. Przecież nie łamała mi serca, tylko sprawiła, że zaczęło bić. Przyciągnąłem ją do siebie i znów pocałowałem. 
Tym razem mocniej. Poczułem smak jej ust i palce we włosach, usłyszałem jak wstrzymuje oddech i zdałem sobie sprawę, że naprawdę się zakochałem. 
- Kocham cię – powiedziałem tuląc jej twarz w dłoniach.
- A ja ciebie – wyszeptała trzymając swoje usta blisko moich. Ucieszyłem się, bo nie spodziewałem się takiej odpowiedzi. Myślałem, że potraktuje mnie tak wariata, ale jak widać nie tylko ja zwariowałem. Wierzyłem jej.
– Uważaj, jestem przecież modliszką.
Ania rozwiała romantyczną aurę jednym zdaniem.
- Czyli jestem bezpieczny do pierwszego stosunku? Odgryziesz mi po nim głowę?
- Nie tylko – powiedziała cicho i znów śmialiśmy się nie przestając się obejmować. Czułem się jakbym znał ją od lat i kochał od lat. Za piękne ciało, namiętne usta, poczucie humoru, swobodę, radość. Czekałem na nią całe życie.
Co my tutaj robiliśmy? Ja czekałem na nią, świat czekał na nas. Czas było przedstawić światu Anię i Czarka.
- Spadamy milady, spacer czeka – powiedziałem kłaniając się dwornie i służąc mojej damie ramieniem.
- Winter – powiedziała cicho. Popatrzyłem na nią pytającym wzrokiem – mów do mnie Winter skoro taka ze mnie modliszka.
- Milady de Winter? – zapytałem. Pasowało, przecież jednym z imion bohaterki książki „Trzej muszkieterowie” było Anna – czy może Winter z Gwiezdnych Wojen?
Postanowiłem uściślić, bo przecież panie znacznie różniły się między sobą. Ania rozpromieniła się.
- Kocham cię Czarek za to, że wiesz kim była Winter Celchu – powiedziała mając zachwyconą minę. Rozłożyłem szeroko ramiona.
- Postaram się jeszcze nie raz cię zadziwić i dać niejeden powód do zakochania. 
Przytuliłem ją po raz kolejny. 
- Dziś bardziej pasuje do mnie milady. Uwodzę, wykorzystuję, łamię serca wszystkim z trzech muszkieterów. Pamiętaj – odsunęła się i wycelowała we mnie wskazującym palcem.
Nie mogła wiedzieć, że miałem dwóch przyjaciół, a naszą trójkę nazywano trzema muszkieterami. Na razie miała w swojej mocy pierwszego z nich.

Odwróciłem ją w stronę drzwi balkonowych. Na szybie, która oddzielała nas od świata ludzi dobrze bawiących się, zobaczyłem czyjś rozpłaszczony nos, obok drugi, a miedzy nimi pomarańczowy ognik papierosa. Po chwili ognik zniknął, nosy natomiast zbliżyły się do siebie i wykonały dziwny taniec. Najprawdopodobniej ich właściciele intensywnie zastanawiali się czy ogłosić Annę i Czarka atrakcją wieczoru. 
Ania obserwowała poruszenie za szybą z miną matki Polki, która z pobłażaniem pozwala swoim rozbrykanym pociechom na psoty przed obejrzeniem dobranocki. Kiedy odwróciła się do okna podnosząc znacząco brwi, nosy zniknęły w ciemnościach spowijających pokój jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. 
Nie śmiała się, nawet nie wyglądała na rozbawioną, ale przez chwilę jej ramiona drgały od ukrywanego chichotu. Najwyraźniej była bardziej wyrozumiała niż ja, dla mnie takie zachowanie było szczeniackie. Ania wyprostowała się, odrzuciła włosy na plecy i pokazała język w stronę zaciemnionego pokoju. Intymny nastrój uleciał gdzieś nad las i nie zamierzał wrócić. Znowu byliśmy na balkonie, między nas wkradały się obce spojrzenia, dym z papierosów i nieciekawa muzyka. Po raz kolejny zapytałem siebie, co my tutaj jeszcze robimy.
- Czarek, co my tutaj robimy? – zapytała Ania. Albo czytała w moich myślach, albo myślała o tym samym. Jeżeli wiedziała o czym myślałem, powinna się zaczerwienić po czubki uszu, tak daleko jednak jej wyobraźnia nie sięgała. Na szczęście. 
- Idziemy na spacer? – zapytała ponownie. Najchętniej zabrałbym ją do zaczarowanego parku. W okolicy był tylko jeden park, który siłą rzeczy musiał awansować z miejskiego na zaczarowany, nie miałem więc wielkiego wyboru. Tylko tam mogłem ją zabrać.  
Na dworze było bardzo ciepło, termometr przyklejony do framugi pokazywał prawie dwadzieścia stopni, co sugerowało środek lata, a nie początek jesieni. Złota pora roku zaczynała swoje panowanie bardzo łaskawie, czego nie zapowiadał ani deszczowy poranek, ani mgliste przedpołudnie. A może to my byliśmy na tyle rozgrzani sobą, aby nie zauważać chłodu? Świecił bardzo romantyczny księżyc, na trawniku ujadał trochę mniej romantyczny kundel. Północ jeszcze nie minęła, mogłem więc mieć nadzieję, że skoro to bajka, mój kopciuszek zniknie dopiero za jakiś czas.
Spacer podczas pierwszej jesiennej nocy? Czemu nie. W końcu i tak zepsuliśmy Jagodzie urodziny. Kiedy wyjdziemy, plotki rozłożą się pawim ogonem i towarzystwo będzie miało o czym dyskutować aż do rana. Wszyscy zmęczeni nabiorą nowych sił, a wstawieni wytrzeźwieją słysząc – widziałeś Ankę i Czarka? To niemożliwe, Anka i Czarek? Ale jaja, widziałaś ich?
Kiedy trzymając się za ręce przechodziliśmy przez pokój zapadła grobowa cisza, nawet muzyka na chwilę przestała grać. Kieliszki znieruchomiały, papierosy przestały się żarzyć, za to umysły obserwujących nas osób pracowały na zwiększonych obrotach. W noktowizorze musiałoby to wyglądać niezwykle interesująco. 
Nie wiem jakim cudem moja dziewczyna po ciemku wyminęła rozłożone na dywanie kończyny. Z ustawionymi na podłodze drinkami, albo pozostałościami po drinkach również poradziła sobie znakomicie, przeprowadzając mnie przez ten labirynt z wprawą zawodowego przewodnika. Ja nic nie widziałem. Raz zarzuciło mnie na czyjąś kościstą łydkę, ale właściciel, lub właścicielka nawet nie syknęła, tylko błyskawicznie podciągnęła kolana pod brodę i udawała, że nic się nie stało. 
Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie zatroskane spojrzenie Jagody. Patrzyła na nas jak na złodziei wynoszących jej z mieszkania najcenniejsze dobra. Czekałem, aż zacznie kręcić z dezaprobatą głową, albo swoim zwyczajem wznosić oczy do nieba. Przecież nie zdarzyło się nic złego, po prostu zgodnie z jej przewidywaniem zakochałem się w pięknej dziewczynie od pierwszego wejrzenia. Historia i medycyna zna niejeden taki przypadek.

Ania za to nie przejmowała się niczym, a najmniej Jagodą i jej rozterkami. Nadepniętym i zaciekawionym rozdawała przepraszające spojrzenia, a Jagodzie podarowała pożegnalnego buziaka wraz z urodzinowymi życzeniami. Nie wiedziałem o czym myślała, ani co zamierzała zrobić. Czytanie w myślach wychodziło mojej dziewczynie znaczniej lepiej niż mnie. Jej uśmiech obiecywał wiele, nawet przez chwilę łudziłem się, że zaprosi mnie do swojego mieszkania na... kawę, ale było to tylko pobożne życzenie, nic więcej. Cokolwiek planowała, nijak nie wyglądało na kawę. Plan niewątpliwie miała, a pierwszym elementem tego planu był spacer po nocnym parku.  
Nocne spacerowanie po miejskim parku nie kojarzyło mi się z najbezpieczniejszą rozrywką, ale nie mogłem odmówić. Miała buty na płaskim obcasie, nie spodziewałem się zatem przeszkód w szybkiej ucieczce przed bandą złoczyńców. 
Anna zamknęła drzwi wejściowe do mieszkania i pociągnęła mnie w stronę windy. Przy windzie paliła się pierwsza na korytarzu żarówka. W końcu mogłem się przyjrzeć mojej dziewczynie dokładniej. Faktycznie miała rozwichrzoną fryzurę, ale pasowało to do niej i dodawało uroku. Miała też trójkątną twarz, duże niebieskie oczy i ładnie wykrojone usta. Wyglądała jak nieuczesany anioł i byłem nią zachwycony.
- Jak dobrze, że jesteś taka piękna – zachwyciłem się całkowicie szczerze, choć nie do końca taktownie. Przez jej twarz przemknął uśmiech. 
- A ty na szczęście całkiem przystojny. Windą czy schodami? – zapytała rzeczowo zamiast rozpłynąć się w podziękowaniach za moje uznanie dla jej urody.
Najwyraźniej czas na komplementy się skończył. Staliśmy w miejscu, w którym korytarz rozwidlał się. Jedna część prowadziła do wind, druga do schodów. Jeszcze pytanie nie zdążyło przebrzmieć korytarzowym echem, a Anka pobiegła w stronę schodów nie czekając na moją odpowiedź.
- Czyżby schodami? – powiedziałam do siebie, bo ona była już piętro niżej. Rzuciłem się w pościg jak emerytowany nowojorski policjant za paskudnym złoczyńcą, czyli powoli, ospale i bez wdzięku. Nabierałem powoli prędkości, nie mogłem pozwolić, aby dziewczyna była szybsza ode mnie. Nasz tupot niósł się po uśpionych korytarzach, bynajmniej nie uszczęśliwiając mieszkańców. Biegliśmy jak szaleni śmiejąc się i zatrzymując na półpiętrach, strasząc staruszkę, która ciemną nocą zakradła się do zsypu. Z klatki schodowej wybiegliśmy ramię 
w ramię, niemal tratując jakiegoś cierpiącego na bezsenność kota dachowca. Biedne zwierzę z dzikim wrzaskiem umknęło nam spod nóg.
- Chyba zwariowałaś - stwierdziłem z trudem łapiąc oddech. Zafundowała mi pierwszą solidną dawkę ruchu od czasu szkolnego wychowania fizycznego. Od wielu lat przesiadałem się z windy do samochodu, a jedynym ruchem było leniwe przeciąganie się na balkonie i od czasu do czasu partyjka szachów. Ania zakręciła się  jak modelka na wybiegu i wycelowała we mnie wskazującym palcem. Nie miała kłopotów z oddechem, bieg po schodach nie zrobił na jej kondycji większego wrażenia. 
- To początek – śmiała się. Złapałem ją za nadgarstki 
i przyciągnąłem do siebie chcąc poznać smak tego podszytego złośliwością uśmiechu, ale wymknęła się z uścisku.
- To dopiero początek - powtórzyła, poprawiła włosy 
i z godnością złapała mnie pod ramię. Powolnym, nobliwym krokiem, jak stare dobre małżeństwo, ruszyliśmy w stronę parku. Byliśmy spokojną parą, której nigdy nie przeszłoby do głowy bieganie po schodach. Ktokolwiek nas widział biegnących, 
miał wzrokowe omamy. A więc spokojnie, pod rękę, wolnym krokiem.
- Całkiem przystojny? – oburzyłem się po niewczasie – powinnaś powiedzieć, że jestem niesamowicie, obłędnie, zabójczo przystojny.
- Powinnam… jak Aramis? Były ksiądz? – zapytała śmiejąc się – bardziej wyglądasz na Portosa. Ale to Aramis pierwszy padł ofiarą milady de Winter. 
Straciłem nadzieję, że uda mi się Anię przegadać, ale przecież Jagoda wspominała o jej słabości do książek i czytelniczym zaangażowaniu. W dodatku nie wahała się również przeczytanych książek użyć.
- Portos… ja ci dam Portos… - burczałem pod nosem, a ona udawała, że nie słyszy patrząc z wielkim zainteresowaniem na wschodzący nad lasem księżyc.

Skoro tak wyglądał początek spaceru, bałem się pomyśleć co będzie dalej. Jednak nie było tak strasznie. Szliśmy w stronę morza i rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. O nas, pogodzie, jesieni, przeszłości, baśniach i miłości. 
W parku było cicho i spokojnie. Gałęzie drzew stworzyły nad nami kościelne sklepienie, a zielone i żółte liście podświetlone przez latarnie wyglądały jak witraże szalonego artysty. Wypatrywałem ołtarza i konfesjonałów, ale w tym kościele ich nie było. Nie było płaskich wyznań wiary na ścianach. Modlić się można tu było do wszystkich bogów na niebie i ziemi z wielkim prawdopodobieństwem wysłuchania. 
- Śniło mi się to dawno temu – wyszeptała Ania, jakbyśmy naprawdę byli w kościele - jesteśmy na dobrej drodze. 
Zapewne miała rację.
Jakakolwiek by ta droga nie była, na pewno nie była zła. Skręciliśmy w boczną nawę, czyli ścieżkę skręcającą w prawo, która prowadziła prosto w ciemność. Przy ostatniej świecącej latarni stała niewielka metalowa pergola, zarośnięta czerwoną winoroślą poprzetykaną małymi kwiatkami. Różyczkami? Nie za późno na róże? Pędy dzikiego wina zwisały niemal do ziemi, ukrywając przejście do tajemniczego ogrodu, innego świata. Po chwili zauważyłem wstawione pod pergolę drewniane krzesło, co nadawało jej wygląd oryginalnego konfesjonału. Nie zdziwiło mnie to, przecież byliśmy w świątyni. Nic jednak nie kazało nam na nim siadać, ani tym bardziej się spowiadać.
Zakopaliśmy się w największej stercie kolorowych liści, którą zwieziono chyba z całego parku specjalnie dla takich nocnych marków jak my. Mimo wszystko, ciągle bardziej było zielono niż jesiennie. Nie zdziwiła mnie prośba mojej pani o bajkę, sam chętnie posłuchałbym opowieści o smokach, elfach, królowych i rycerzach. Skąd Ania wiedziała, że w wolnych chwilach piszę baśnie? Skąd wiedziała, że chciałbym się z nią moimi baśniami podzielić?
Przez chwilę nic nie przychodziło mi go głowy. Patrzyłem jak kolejne liście opuszczają bezpieczną przystań gałęzi i dryfują spokojnie w stronę trawnika. Usłyszałem cichy głos szepczący w mojej głowie. 
- Historia ta wydarzyła się przed wielu laty  – zacząłem opowiadać - w pewnym górskim kraju, nad brzegiem ogromnego jeziora stał zamek. Nie był typową warownią, choć z pewnością mógłby odeprzeć pierwszy, lub nawet drugi atak najeźdźcy, lecz przy trzecim mury już by nie wytrzymały. W tym kraju nie było potrzeby budowania twierdz, gdyż przez ostatnie pięćset lat, a może nawet i sześćset, żadna wojna nie zburzyła spokojnego życia mieszkańców. 
W zamku mieszkał król i królowa. Rządzili swoją górzystą krainą sprawiedliwie, ciesząc się szacunkiem poddanych. Jak na królewską parę żyli dosyć skromnie, zamek miał tylko sto siedem komnat, z czego używano zaledwie połowę. Chyba, że król organizował polowanie, albo za mąż wychodziła kolejna córka, wtedy otwierano wszystkie pokoje. Parę królewską uważano za bardzo szczęśliwą. Pasją króla były polowania, na których spędzał większość czasu wolnego od spraw państwowych, zaś królowa... No tak, królowa to co innego...
- Była smutna – wpadła mi w słowo Ania.
- Smutna? Nie powiedziałbym. Była po prostu inna od ludzi, między którymi przyszło jej żyć. Nie olśniewała swoją urodą, ale jedno spojrzenie oczu o kolorze ni to zieleni ni brązu wystarczało, aby pozostawała w pamięci każdego, kto ją spotkał. Pochodziła z innych, bardziej malowniczych stron, ale król otoczył ją zbytkiem ponad miarę swojej nieurodzajnej krainy. Kazał przywieźć z odległych nizin ogromną ilość żyznej ziemi i wybudował przepiękne ogrody, gdzie za sprawą czarów i ciężkiej pracy nadwornego ogrodnika zakwitły zamorskie kwiaty pieszcząc zmysły zapachami i kolorami, których nikt nigdy tutaj nie czuł, ani nie oglądał. Królowa naprawdę była szczęśliwa z tego powodu i szczerze doceniała dar męża...
- …ale chciała również, aby nie tylko jej zmysły były nasycone, ale serce również. Tęskniła za czymś, czego nie potrafiła nazwać. Chciała latać – dopowiadała cichutko Ania.

 

[...]


- Ludzie mieszkający w tamtym kraju opowiadają, że jeśli ktoś ma szczęście, daleko w górach może znaleźć niewielkie, krwawo połyskujące kamienie, a mech porastający skały ma odcień bardzo ciemnej zieleni - dokończyła Ania – tylko co się stało z królem Czarku? Co z królem? Wiem, miał dosyć wszystkich i wszystkiego. Przekazał koronę najstarszemu synowi, a sam odszedł na zasłużoną emeryturę. Zakochał się w pasterce, zamieszkali w szałasie, zajmowali się owcami i żyli długo i szczęśliwie.
- Król zapuścił długą brodę, nosił ciemne okulary, a zimą grzały go owce w szałasie, bo pasterka była bardziej roztropna i spędzała zimy w dolinie.
Dopowiedziałem zakończenie i roześmialiśmy się. Ania podziękowała z bajkę, ale właściwie nie miała za co dziękować. Powinna być raczej wdzięczna sobie, bez niej zapewne nie potrafiłbym sklecić ani jednego zdania. 
Ciągle było cicho, właściwie zbyt cicho. Nie szeleściły liście, 
nie jeździły samochody, słyszałem tylko jej głos, śmiech, czułem oddech i modliłem się o niemożliwe, aby ta noc trwała wiecznie, a co najmniej, wzorem nocy polarnej, pół roku. Tak bardzo różniła się zachowaniem od Anny z mojej wyobraźni. Porzucił ją mężczyzna, więc  myślałem, że będzie cicha, spokojna, zamyślona, tymczasem była zwariowana, wesoła, szalona. 
Wierzyłem, że jest to drugie wcielenie tej samej osoby, ja sam zbyt długo byłem cichy, spokojny i zamyślony. Teraz przebywałem 
w towarzystwie kobiety, która po raz pierwszy zmusiła mnie do złamania jednego z zakazów obowiązujących od dzieciństwa – schody nie są od biegania. A właśnie, że są. I już.
Objąłem Anię i cmoknąłem nad uchem, w odpowiedzi pogładziła mnie po policzku. Wyglądaliśmy jak para zakochanych i jak sama twierdziła, to był podobno dopiero początek. Anna wskazała na „konfesjonał” i powiedziała, że to są drzwi do innego świata. Jak przez nie przejdziemy, znajdziemy się tam, 
gdzie spełniają się marzenia. Dałem się ponieść wyobraźni, przechodząc pod pergolą czułem dreszczyk niepewności 
i podniecenia. Zatrzymałem się jednak na chwilę.
- A jeżeli z moich marzeń nic dobrego nie wyniknie? Jeżeli chcę na przykład zniszczyć świat?
Moja towarzyszka popukała się w czoło i śmiało przeszła na drugą stronę, a ja podążyłem za nią. Nic się nie stało, może wszystkie marzenia były już za mną, ale Ania zacisnęła mocno powieki.
- Życzę sobie... życzę sobie... nie, to zbyt egoistyczne. Życzę sobie, aby... - nie dała mi podsłuchać zakończenia, swoje życzenie wypowiedziała bezdźwięcznie poruszając wargami. Nie chciała wypuścić swojego życzenia w powietrze, bo powietrze jest zdradliwe. Faktycznie wspominała, że nie lubi wiatru.
- Byłeś w małpim gaju? – zapytała niespodziewanie.
- W małpim gaju?  - nie przypominałem sobie tej nazwy, 
ani tego miejsca. Nazwa brzmiała intrygująco i egzotycznie. Zdecydowanie nigdy tam nie byłem.
Usłyszałam o gaju i największym drzewie, Małpim Drzewie, które w zależności od potrzeb zamieniało się ze statku kosmicznego w wielopokoleniowy dom, albo po prostu w zwykłą kryjówkę. Wyglądało na to, że dziś tajemnicze drzewo było najzwyczajniejszym drzewem z pniem oryginalnie wygiętym w kształt litery S. 
Od korzeni wyrastał drugi, strzelisty pień do połowy wysokości pozbawiony gałęzi, po którym można było się zsuwać w strażackim stylu. Liście tworzyły w górze ciemną gęstwinę nie do przebycia, a jednak moja dziewczyna bez wahania weszła na drzewo i po chwili straciłem ją z oczu. Powiedziała, że musi sprawdzić, czy jej inicjały jeszcze tam są. Wątpiłem, czy w latarnianym świetle uda się cokolwiek zobaczyć, postanowiłem jednak nie psuć zabawy. Poza tym, moje gadanie na niewiele by się zdało. Zniknęła w liściach, zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć. 
Trzeszczały cicho gałązki na których stawiała stopy, szumiały poruszane liście. Po chwili wszystko ucichło. Wiatr wciąż jeszcze spał, samochody czekały na pracowity ranek, nie słyszałem głosu Ani, cały świat stał się cichy nie do zniesienia. Przestraszyłem się, że ona po prostu przepadła, nigdy jej nie było, a ja śniłem przedziwny sen i obudziłem się pod drzewem. 
- Anka? – zawołałem cicho zadzierając głowę, modląc się, 
aby przypadkiem nie przechodziły chłopaki ze straży miejskiej. Musiałem wyglądać cokolwiek dziwnie, stojąc oparty o pień dorodnego drzewa z głową zwróconą do nieba i nawołując anioły.
- Ania?
Cisza. 
Nawet najmniejszego poruszenia. W tej ciszy nawet oddech był wyraźny niczym szum wiatru, a jednak nie słyszałem nic. 
Czyżby zaczęły się kłopoty, czy ta diablica znów wymyśliła jakąś zabawę. Wcześniej kojarzyła mi się bardziej z aniołem, a teraz?
- Houston, mamy problem  – dobiegł do mnie stłumiony głos z góry.  A więc jednak zabawa.
- Houston do Apolla. Albo Afrodyty. Złaź, bo cię strząsnę.
Zabawa zabawą, ale stanie pod drzewem z głową zadartą jak na pokazie latawców od samego początku nie było zabawne, a teraz stawało się nieprzyjemne. Kiedy znowu zapanowała cisza, byłem w stanie strząsnąć ją z drzewa jak kwaśną ulęgałkę. Najspokojniejszym tonem na jaki tylko było mnie stać, ponownie poprosiłem żeby zeszła z tego prawdziwego, małpiego drzewa, na którym anielice najwyraźniej dostawały małpiego humoru. Odpowiedź była ze wszech miar zastanawiająca i co najmniej zaskakująca.  
- Nie mogę.
Za takie żarty sprałbym jej tyłek jak niegrzecznemu bachorowi, gdyby nie to, że na przyjemności trzeba sobie mimo wszystko zasłużyć. Jeżeli jednak miała lęk wysokości, żadna siła nie była w stanie ściągnąć jej na dół.
- Masz lęk wysokości? – kontynuowałem wywiad w najoryginalniejszym miejscu w mojej lekarskiej karierze.
- Nie.
- To schodź tak jak weszłaś. Prawa noga szuka zaczepienia, lewa ręka trzyma się gałęzi. I tak na zmianę. Prawa noga, lewa ręka.
- Prawa noga, lewa ręka – zabrzmiała z góry zgryźliwa parodia moich słów. Niemal widziałem ją jak robi minę i kręci głową - nie mogę zejść, boję się, jest ciemno i jak się ruszam, to wszystko się kręci. Spadnę.
Cholera, to jednak był lęk wysokości. Miałem do wyboru dwie możliwości: albo po nią idę, albo wzywam straż pożarną. Po chwili miałem już tylko jedną możliwość, ponieważ zorientowałem się, że po raz pierwszy od lat rozstałem się z telefonem. Po prostu zapomniałem wziąć z domu komórki. Zbyt wiele rzeczy robiłem przy tej dziewczynie pierwszy raz w życiu. Co mi zostało? Chcąc nie chcąc musiałem po nią iść. Chciałem poprosić, aby poczekała na mnie chwilę, poszedłbym do budki telefonicznej przy wejściu do parku, ale właśnie dziś miałem ochotę poudawać trochę bohatera. 
To nie była miła wspinaczka. Prawa ręka, lewa noga, powtarzałem sobie w myślach własne słowa wchodząc na drzewo jak za starych, dobrych czasów. Na którejś z kolei gałęzi bieliła się bluzka i jej właścicielka kurczowo trzymająca zwężający się pień. Wyglądała przekomicznie, nie miałem jednak sumienia zacząć się z niej śmiać.
- Jak tu wlazłeś?- zapytała bezceremonialnie.
- Sam nie wiem, chyba zastosowałem metodę, prawa-lewa, co i tobie proponuję.
Potrząsnęła gwałtownie głową, aż zawirowały jasne włosy. Nie miała najmniejszego zamiaru oderwać się od bezpiecznej gałęzi.
- Co za diabeł wepchnął cię na tę gałąź  – zrzędziłem aby odwrócić jej uwagę, przydałoby się również trochę gniewu – co za diabeł kazał mi za tobą wchodzić, tego już naprawdę nie rozumiem. Złap mnie mocno za rękę! Słuchaj mnie! Postaw prawą stopę o dziesięć centymetrów niżej. Nie bój się, trzymam cię.
Stałem za nią, odrywałem jej stopy przyrośnięte do drzewa. Drzewo zapewne mściło się za wszystkie powycinane inicjały. 
Ania była znacznie mniej elastyczna od gałęzi, niemniej wydawałem komendy prosto do ucha, nie dając dojść strachowi do głosu. Gdyby zaczęła mówić, strach sparaliżowałby jej kończyny 
i wtedy musiałbym drzewo po prostu ściąć, a szkoda było drzewa. Dobrze, że Anka nie słyszała moich niepoważnych myśli w tak poważnej dla niej sytuacji.
Dziękowałem Matce Naturze, że małpie drzewo stworzyła w rozmiarze w sam raz pasującym dla dwojga amatorów nocnej, drzewnej wspinaczki. I tak krok po kroku sprowadziłem moją wiewiórkę na trawnik. Zszedłem pierwszy, ona zeskoczyła z najniższej gałęzi tuż po mnie. Miała liście we włosach i wyglądała jak driada.
- Nie masz żadnych skaleczeń? Nic cię nie boli? – pytałem oglądając jej dłonie i wszystkie odkryte miejsca. Nie miała ani jednego zadrapania, tylko trzęsła się jeszcze ze strachu. Zawinąłem w kurtkę tę, która lęk wysokości miała raz do roku, w pierwszą jesienną noc, poza tym przechodziła bez lęku nad największą nawet przepaścią i zbiegała po schodach jak wariatka. Przytuliłem ją do siebie, korzystając z tego, że ręce miała schowane pod kurtką i nie mogła się opierać, ona jednak wcale nie chciała się opierać. Wsadziła nos pod moje ucho.
- Kocham cię - wyszeptała i wszystkie myśli nagle uciekły mi z głowy. Czułem doskonałą pustkę, dlatego dość nieprzytomnie zapytałem za co. Za to, że jej tam nie zostawiłem. Cholera, odezwały się wyrzuty sumienia, przecież miałem ochotę przez chwilę ją tam zostawić i szukać telefonu, ale przemilczałem tę wstydliwą sprawę. 
- Ja też cię kocham Mała.
Wykorzystywałem kobietę cierpiącą najwyraźniej na syndrom bohatera. Wybawione panny oddawały zwyczajowo wybawcom rękę, serce, a czasami pozwalały sobie dać coś więcej, ale tylko czasami i na pewno nie wszystkie. Naprawdę się w niej zakochałem. Na długo zanim było mi dane zamknąć ją w swoich ramionach.
Romantyczne chwile jednak nie były nam pisane po raz kolejny. Owionął nas zapach świeżo pieczonych bułeczek dobiegający z pobliskiej piekarni i nasze żołądki w zgodnym duecie zaprotestowały przeciwko brakowi pożywienia. Nie wiem jak Ania, ale ja nie miałem nic w ustach od śniadania, a przecież była już głęboka noc. Staliśmy jak gdyby nigdy nic, ale rozbawienie wzięło górę. Słodkie, żołądkowe mruczando brzmiało niemal jak kołysanka. 
- Drogi Holmesie  – Anna podjęła nową grę - cóż za cud? Pachnie pieczywkiem, a samego pieczywa nie ma. To cud, nie zapach, muzyka dla mojego brzucha.
Chcąc, nie chcąc musiałem wejść w rolę słynnego detektywa z nota bene Baker Street. 
- Ależ Watsonie. Tam, gdzie jest zapach świeżych bułek, muszą być również świeże bułki – zakończyłem błyskotliwy wywód godny mistrza dedukcji, pokazując teatralnym gestem kierunek, z którego dobiegał drażniący nasze zmysły aromat. Rzeczywiście, po drugiej stronie ulicy, gdzie park mieszał się z miastem, dymił sobie w najlepsze blaszany komin rozsiewając wokół niebiańskie wonie. Mała piekarnia do połowy zapadła się w ziemię, a nad wejściowymi drzwiami kołysał się leniwie szyld, nie zmieniany chyba od stu lat.
„P EKA NIA. Ajent – Stanisław Rzeźnik”. Przed każdą szkolną wycieczką, czy rodzinnym wyjazdem biegałem do rzeźnika po dwadzieścia bułek. Żeby było oryginalniej, po parówki chodziło się do pani Piekarzowej, ale to były naprawdę dawne czasy. Nigdy nie myślałem o tym w taki sposób. Zapach świeżych bułek kojarzył mi się z wakacjami, latem i wyjazdem na kolonie. Zabierałem całą płócienną siatę bułek z masłem serem i wędliną, do tego drugą z gotowanymi jajkami i cały przedział wygłodniałych chłopaków robił sobie wyżerkę. To było najsmaczniejsze jedzenie na świecie. Teraz też, niezmiennie od lat, przed piekarnią stał wielki wiklinowy kosz po brzegi wypełniony brzuchatymi bułeczkami. Chciałem po bożemu wejść do środka i po prostu kupić kilka, ale dla mojej towarzyszki było to zbyt proste rozwiązanie.
Stwierdziła, że skoro ja tak bohatersko ściągnąłem ją z drzewa, teraz ona zadba o mnie. Miałem nadzieję, nie zamierza robić niczego, co powszechnie było uważane za bohaterskie, czyli ratować topielca, wynosić dzieci z pożaru, organizować punktu pomocy medycznej dla ofiar trzęsienia ziemi. Nikt się w okolicy nie topił, nic się nie paliło, nie waliło, na drzewo nic nie wlazło. Nawet kot. Czekałem na czyn bohaterski Anny, który zostanie złotymi zgłoskami zapisany w annałach miejskich. Oczywiście nawet nie zamierzała czekać na moją opinię na temat czynów bohaterskich w jej wydaniu, tylko ruszyła po buły z wdziękiem skradającego się Indianina. Niedawno opowiedziała mi o prześladującym ją pechu i chyba w jej słowach nie było cienia przesady, bo teraz również miała pecha. 
Kiedy stała przy koszu z pachnącym pieczywem, drzwi piekarni otworzyły się z piskiem i biały piekarczyk wytaszczył następny kosz bułek. Miałem kilka scenariuszy tego, co może się zdarzyć dalej. Pierwszy z nich to: piekarz krzyczy (wyzywa), ona ucieka. Drugi: ona krzyczy (wyzywa), on ucieka. Trzeci: on ją aresztuje, ja ją uwalniam (znowu?). Czwarty: wszyscy uciekają. Na więcej scenariuszy nie starczyło mi czasu, ale i tak nie udałoby mi się przewidzieć tego, co wykombinowała Anka. Piekarz stanął jak wryty, czemu nie można było się dziwić, ponieważ miał przed sobą dziewczynę, która dopiero co wyszła z lasu przystrojona w liście we włosach i zdecydowanie za dużą kurtkę. Wyglądała na skrzyżowanie bandyty z nimfą parkową. Piekarczyk stał na schodach z szeroko otwartą gębą, bo rozwarte szeroko coś, nie wyglądało na buzię. Można tam było włożyć całą bułeczkę.
- Powiedz A – zakomenderowała Ania nie tracąc ani na chwilę rezonu.
- Aaaaa – zaśpiewał posłusznie.
- W porządku, jesteś zaczarowany – zawyrokowała i podśpiewując coś pod nosem, pewnie czarodziejskie zaklęcia, wkładała sobie bułki za dekolt i do kieszeni mojej kurtki. Naliczyłem ich nie mniej niż tuzin.
- Nie możesz się ruszyć, dopóki mnie widzisz – wytłumaczyła piekarzowi i posłała mu buziaka. Ten zwinął usta w ryjek, jakby chciał złapać lecący pocałunek i patrzył jak parkowa boginka znika w ciemnościach razem ze swoim towarzyszem. I bułkami.
Poinformowała mnie tylko, że zastosowała hipnozę, którą podpatrzyła w którymś odcinku Star Trek i właśnie nadarzyła się okazja, aby ją wypróbować. Najwyraźniej się udało. Od kilku lat interesowałem się hipnozą, ale takiej akcji jeszcze nie widziałem. Patrząc na nią, sam czułem się jak zahipnotyzowany.
Dlaczego nie? Z przyjemnością trwałem w takim stanie. Sprzyjała temu cisza, jesień, wstająca mgła i ciągle jeszcze panująca noc. Coś zajęło myśli Ani, słuchała czegoś i patrzyła na coś, cicha jak rozpoczynająca się jesień.
- Słyszysz fortepian? - zapytała.
 Nie słyszałem, ale nie miałem wątpliwości, że ona słyszy i zaraz zanuci tę melodię. Tak też zrobiła. Zakołysała się i zaśpiewała cichutko kilka taktów smutnej melodii, którą kiedyś już słyszałem. Dałbym głowę, że słuchaliśmy jej razem stojąc w złoto zielonym, jesiennym parku, gdzieś we śnie. Pomarańczowa mgła sprawiła, że parkowe latarnie wyglądały jak szereg zachodzących słońc. Drzewa przybrały rdzawą barwę, w kilka chwil przenosząc nas z końca września do końca października. Tylko powietrze zadawało kłam porze roku, pachniało latem, wakacjami i spełniającymi się marzeniami. Moje marzenie, ona będąca tak blisko, miała w sobie wystarczająco dużo radości 
i pogody ducha, aby starczyło dla nas dwojga i wystarczająco dużo powagi, abym czuł się bezpieczny. 
Na próżno szukałem tej lekkości w sobie, od dawna wydawałem się sobie kamieniem, dosłownie i w przenośni. Podziwiałem ją za to, że uśmiecha się, że potrafi się uśmiechać nie tylko ustami po tym wszystkim, co ją w życiu spotkało. To nie mogło być złudzenie. Najpierw śpiewała, teraz tańczyła we mgle z dekoltem pełnym bułek. Jak miałem się nie obawiać, że ten surrealistyczny obrazek rozwieje się i zostanę sam, nocą, w parku, grubo po północy, a może już na krótko przed świtem.
- Aniu, musimy znaleźć miejsce na popas. Jestem bardzo głodny i za chwilę osobiście powyciągam bułki z twojego apetycznego schowka – zawołałem, kiedy zaczęła uciekać poza kręgi latarnianego światła.  
Odpowiedział mi tylko radosny śmiech. Być może nie miałaby nic przeciwko temu? 
Nie miałem zamiaru wracać pod Małpie Drzewo. Śniadanie wśród gałęzi nie było tym, za czym tęskniłem najbardziej, poza tym już raz to dzisiaj przerabialiśmy. Przyszło mi na myśl jedno miejsce, do którego od lat nie wracałem. Kojarzyło mi się z moją pierwszą dziewczyną i z pierwszymi intymnymi chwilami, które razem przeżyliśmy, pierwszym odważniejszym dotykiem i pierwszym pocałunkiem. 
Kiedy doszliśmy do „mojego” miejsca, z zaniepokojeniem wypatrywałem zmian, które zapewne zaszły przez te wszystkie lata. Na próżno, bo nie zmieniło się dokładnie nic. Ten sam strumień 
z brzegami porośniętymi gęstą trawą i ten sam obdrapany, biały mostek, świadkowie moich pierwszych miłosnych uniesień. Strumień był szeroki, nawet jak na standardy strumykowe, trawa zielona, mostek biały i idealnie półkolisty, całość tworzyła idealnie kiczowaty obrazek. Brakowało tylko eleganckiej pani z parasolką i chłopczyka w marynarskim ubranku, wodującego kolejny, papierowy stateczek.
- Ładnie tu i tajemniczo. To jest miejsce z niespodzianką – Ania uwielbiała się niejasno wyrażać. Miejsce z niespodzianką? Opowiedziałem jej dlaczego miejsce z białym mostkiem i wysoką trawą jest dla mnie szczególne.
- Sanktuarium – skwitowała jednym słowem. Przysiągłbym, że bardziej kpi niż współczuje, ale na szczęście odwróciła się i nie widziałem jej twarzy. Fakt, byliśmy w sanktuarium i... nagle wydało mi się to śmieszne. Sam sobie wydałem się śmieszny, w końcu moja pierwsza dziewczyna nie zasłużyła, aby wspominać ją w smętny sposób. Przecież też kochała się śmiać.
Ania niespodziewanie zapytała, czy nie chciałbym zostać tutaj sam, bo za żadne skarby nie chciałaby przeszkadzać. Zaprzeczyłem.
- Była głupia – stwierdziła Ania – zostawiła cię dla jakiegoś dupka. 
Tym razem nie zaprzeczyłem.
- No to kolacja – zawyrokowała moja towarzyszka nie poddając się nastrojowi wspomnień. Usiadła na szczycie mostka, przerzuciła nogi przez krawędź i wesoło nimi machając wyciągała ciągle jeszcze ciepłe bułki z apetycznego, dekoltowego schowka. Usiadłem obok niej i zjedliśmy późną kolację, albo wczesne śniadanie, zależy od punktu widzenia. Po szalonej nocy pełnej niespodzianek i długim spacerze, suche buły smakowały jak ambrozja ukradziona ze stołu bogom. O ile oczywiście krzywą piekarnię można nazwać stołem bogów, a gapowatego piekarza bóstwem. Wstyd się przyznać, ale zjedliśmy wszystkie dwanaście, sprawiedliwie dzieląc się po połowie. 
Ania zadziwiła mnie po raz kolejny, tym razem niemałym apetytem.
- Niezły spust. Zawsze tyle jesz? - zapytałem nie w porę i nie na temat. Popatrzyła na mnie, jakby nie wiedziała o czym mówię. Po chwili jednak uśmiechnęła się i pokręciła przecząco głową.
- Nie, jestem po prostu bardzo głodna, zwykle jednak mniej jadam. Ograniczam się do pięciu bułek na śniadanie i trzech na kolację, nie należy się przecież objadać przed snem – powiedziała śmiejąc się i ziewnęła rozpaczliwie raz, drugi i trzeci. Po chwili ja też ziewałem jak smok, nie mogąc opanować ani efektu braku snu, ani wesołego nastroju. 
Po jakimś czasie urządziliśmy sobie konkurs na najbardziej oryginalny ziew, zaśmiewając się do łez po każdym, 
co oryginalniejszym ziewnięciu.
Przez chwilę wolną od śmiechu błagałem niebiosa, aby ta noc z cudowną dziewczyną nie skończyła się nigdy, jednocześnie chciałem spać, aby… też być z nią.
Zmęczona śmiechem, kolejny raz tej nocy położyła mi głowę na ramieniu. Wepchnęła sobie do ust ostatni kawałek bułki i ciągle żując przytuliła się i wsadziła nos pod moje ucho, fundując mi całkiem miły masażyk. 
- Czaruś… - wyszeptała mi prosto do ucha, a ja spodziewając się jakiegoś czułego wyznania, schowałem w dłoni jej policzek i zamierzałem podziękować za te wszystkie cuda, które ze mną wyprawiała. Nie miała jednak zamiaru wyznawać mi czegokolwiek. Stwierdziła tylko, że jest jej strasznie zimno w stopę. Oswobodziła się z moich objęć i wyprostowała nogi wpatrując się w nie uważnie. Na jednej nodze bielił się wyraźnie pantofel, na drugiej nie było śladu obuwia. Z drugiej strony, nie poznałem jeszcze kobiety, która byłaby tak odporna na wszelkiego rodzaju romantyczne sytuacje, które tworzyły się przy nas same, nawet bez mojego udziału. A ona, na sekundę przed pocałunkiem, w środku parku, na białym moście musiała zgubić but. 
- Anka, czy ty jesteś chociaż odrobinę romantyczna? – musiałem ją o to zapytać.
- Odrobinę jestem, ale nie teraz – zabrzmiała krótka odpowiedź. Jak można być romantyczną tylko w jednym bucie? 
To nie do pomyślenia. Pojedynczy but przecież jest zaprzeczeniem romantyzmu. 
W ciągu całego życia nie śmiałem się więcej niż podczas tej jednej nocy. Nie mieliśmy pojęcia jakim cudem but zniknął, ale nieobuta stopa stanowiła problem. Do domu mimo wszystko było daleko. 
Ania jednak problemu nie widziała, nazwała siebie poszukiwaczką skarbów i przemierzając na jednej nodze brzeg strumyka opowiadała mi o swoich znaleziskach. 
- Mam papier śniadaniowy, widelec, talerzyk papierowy i paczkę papierosów – relacjonowała.
- Pustą czy pełną? – pytałem, bo nie wiedziałem czy znalezisko zaliczyć do kategorii „skarb” czy „śmieć”.
- Pełną – zabrzmiała odpowiedź. Czyli znalazła skarb.
- Schowaj do mojej kieszeni – nakazałem i napotkałem jej pełne wyrzutu spojrzenie. Zaliczyła papierosy do kategorii „śmieć”.
- Mam też butelkę po winie marki wino. Pustą – uprzedziła moje kolejne pytanie – jest też kosz na śmieci, też pusty, koszula w kratkę i bucik dziecięcy.
Nie do wiary ile rzeczy można znaleźć w jednym parkowym strumyku. Ania świetnie się bawiła usiłując trafić we mnie prowizoryczną strzałą z gałązki, ponieważ znalazła również łuk jakiegoś młodego Indianina, amatora. 
Nie widziałem sensu dalszego szukania, but zapewne dawno popłynął z wartkim nurtem, ale o dziwo znalazłem go przy samym wejściu na mostek, kiedy schodziłem, aby załadować Anię sobie na plecy i zanieść do domu. Pomysł pasujący do jej stopnia uromantycznienia. Zamiast tego założyłem zgubę na stopę Anny jak książę swojemu Kopciuszkowi i poszliśmy parkiem w stronę miasta.
Nie chciałem jeszcze wracać i kończyć naszego spotkania, dlatego trzymaliśmy się za ręce i szliśmy najwolniej jak tylko się dało, wymieniając zdawkowe uwagi, nie patrząc na siebie. Odprowadziłem ją pod sam dom. Staliśmy mocno przytuleni do siebie. Tuliłem, całowałem i nie chciałem się z moją Anią rozstawać. Jeszcze nie.
- Jakaś mama na ciebie czeka w mieszkaniu? – pytałem całkowicie poważnie, bo zamierzałem wprosić się do niej na dalszy ciąg randki.
Zaprzeczyła tak gwałtownie, aż złote włosy zatańczyły wokół twarzy. 
- Mieszkam sama panie Portosie… - powiedziała śmiejąc się. Stałem przy niej i jak uczniak nie wiedziałem co robić dalej. 
Naprawdę nie chciałem się rozstawać. Dziś pokazała mi, co można zrobić w ciągu jednej nocy oprócz spania, seksu i pracy. Bardzo mi się to podobało. Ona mi się podobała. 
- Zaprosisz mnie do siebie? - zdawałem sobie sprawę, że to pytanie było całkowicie niestosowne, ale musiałem spróbować, być może udałoby mi się przedłużyć nasze spotkanie choćby o czas potrzebny na wypicie jednej, gorącej herbaty - na kawę? Herbatę? Kakao? Pięć minut?... Szklankę wody…
- Zamiast? – wpadła mi w słowo. Nieoczekiwanie pocałowała mnie w rękę, przytuliła ją do policzka i uciekła zanim zdążyłem wyszeptać zaklęcia, które kazałyby jej przy mnie zostać. Patrzyłem na nią i nie istniało dla mnie nic oprócz dziewczyny w białej bluzce idącej ścieżką do domu. Byłem zakochany jak sztubak. Jednak któreś z zaklęć musiało zadziałać bo zawróciła. Oddała mi kurtkę, złapała znowu za rękę i pociągnęła w stronę drzwi. 
- Chodź zboczeńcu, zapraszam cię do siebie na poranną kawę i wczorajszą drożdżówkę.
- Zboczeńcu… - oburzyłem się – tylko nie zboczeńcu. Jestem normalnym, heteroseksualnym facetem. Znam wprawdzie kilka sztuczek i ośmielam się wyjść poza ramy pozycji misjonarskiej, ale tego się nie leczy. W zasadzie. 
Uchwyciłem jej rozbawione spojrzenie.
- Co to jest pozycja misjonarska? – zapytała i zaczęliśmy się śmiać.
W kieszeni kurtki znalazłem jeszcze jedną, trzynastą bułeczkę, dowód na to, że wspólna noc nie była snem.

 

Copyright © Beata Matuszewska

 

 

Wersja do druku Wersja do druku | Mapa witryny Poleć tę stronę Poleć tę stronę
COPYRIGHT © ASTAROT Beata Matuszewska