ZABIERZ MNIE NA KSIĘŻYC

romans (nie)idealny z duchem w tle

autor: Beata Matuszewska i Zuza Malinowska

wydawca: ASTAROT 2016

stron: 394

oprawa: miękka

cena: 32 zł     wersja elektroniczna 27 zł

Twoja wiadomość z formularza została pomyślnie wysłana.

Podałeś następujące dane:

Zamawiam "ZABIERZ MNIE NA KSIĘŻYC"

Skoryguj wprowadzone dane w następujących polach:
Podczas przesyłania formularza wystąpił błąd. Spróbuj ponownie później.

Wskazówka: pola oznaczone * są obowiązkowe.

FRAGMENT KSIĄŻKI "ZABIERZ MNIE NA KSIĘŻYC"

Gdyby miała mnie zapamiętać

zapamiętałaby mnie jak większość kobiet, jako mężczyznę, który dobrze wygląda w mundurze. Wyglądało jednak na to, że zwyczajnie o mnie zapomniała. Kiedy Czarek powiedział mi, że poznał dziewczynę, zakochał się i wprowadził  do niej popukałem się w czoło. Kiedy powiedział, że na to wszystko potrzebował zaledwie dwóch dni ze zdumienia opadła mi szczęka. Ostrożny Czarek, który każdą monetę długo obracał w palcach przed wydaniem, a każdą dziewczynę przed zaproszeniem do łóżka, tym razem wykazał się daleko posuniętą spontanicznością. Podobno poznali się na imprezie i zanim jeszcze zamienili ze sobą jakiekolwiek zdanie obejmowali się i całowali jak para stęsknionych kochanków. Byłem pewny, że to jedynie chwilowa fanaberia, za miesiąc lub dwa mu przejdzie, ale nie przeszło. Ożenił się z nią. Widziałem zdjęcia z ich ślubu: ona w długiej, prostej lnianej sukience przewiązanej w pasie sznurkiem, on w lnianej koszuli i spodniach. Oboje boso, oboje w wiankach z wiosennych kwiatów na głowach. Wydawali się do siebie pasować i byli bardzo szczęśliwi.
Skoro tak, dostali moje błogosławieństwo.
Anka zdominowała nasze męskie rozmowy. Nudziło mnie to trochę, ale nic nie mówiłem, bo rozumiałem, że jego myśli ciągle krążyły wokół ukochanej kobiety. Dostałem jej zdjęcie. Była ładna, ale niewiele ponadto. 
- Niech cię nie zwiedzie ta twarz anioła – Czarek śmiał się kiedy pokazywał mi zdjęcia swojej żony. Faktycznie, gdyby przyczepić jej skrzydła wyglądałaby jak anielica. Trójkątna twarz, delikatne rysy, duże i bardzo niebieskie oczy, jasne włosy, którym przydałaby się solidna porcja odżywki i dobry fryzjer. To był łobuzerski anioł z piegami na nosie. Anioł, który był psychoterapeutą. Ciekawe.
Nie zrobiła na mnie większego wrażenia, ale ceniłem jej pozytywny wpływ na Czarka. 
- Zakochaj się chłopie – mówił i wychwalał zalety małżeńskiego stanu. Nie, nie miałem ochoty się żenić, a już na pewno zakochiwać sięi wprowadzać do swojej wybranki w ciągu dwóch dni.  


Dostałem tydzień urlopu i pojechałem odwiedzić przyjaciela i jego anielską wybrankę. Umówiliśmy się w pubie. Kiedy wszedłem do środka zobaczyłem Annę jak stoi i czyta jakąś gazetę. Czarek stał za nią, obejmował, trzymał głowę na jej ramieniu, chyba czytali coś razem. Pocałował ją w szyję i śmiali się. To jest pierwszy obraz Anki, który zapamiętałem. Miała na sobie dżinsową sukienkę zapinaną z przodu na guziki, buty na płaskim obcasie, rozpuszczone włosy do ramion. Wyglądała bardzo dziewczęco, a przecież czasy liceum miała dawno za sobą. 
Poznała mnie i uśmiechnęła się promiennie jakby zobaczyła dawno niewidzianego przyjaciela. Bezceremonialnie zarzuciła mi ręce na szyję, mocnym uściskiem pieczętując przyjęcie do grona przyjaciół. Zakochałem się w tym uśmiechu, oczach z wesołymi iskierkami, mocnym uścisku i delikatnym dotyku. Zakochałem się od pierwszego wejrzenia. Później było tylko gorzej.
W tym samym pubie Czarek miał ważną rozmowę o pracę, mieliśmy zatem z Anką pół godziny dla siebie. Postanowiliśmy iść na spacer. Kiedy złapała mnie za rękę zdziwiłem się. Popatrzyłem na Czarka chcąc przekonać się czy nie ma nic przeciwko. Była żoną innego mężczyzny, a jednak nie miała nic przeciwko, by trzymać jego przyjaciela za rękę. Dla mnie było to dziwne.
- Trzymaj mocno, inaczej będziesz jej szukał na każdym skrzyżowaniu – śmiał się Czarek. Anka podobno za grosz nie miała wyczucia kierunku. Jej drobna dłoń leżała w mojej dużej dłoni idealnie. Zacząłem żałować, że ten gest nie miał w sobie nic romantycznego.
Szliśmy, rozmawialiśmy. Okazało się, że oboje uwielbiamy Gwiezdne Wojny, czytamy te same książki, oglądamy te same filmy, podobają nam się te same wiersze. Chciała mieć forda mustanga z 1968 roku.
- Nie mów Czarkowi, ale ideałem mężczyzny jest dla mnie Bandzior z „Mistrz kierownicy ucieka”.
Śmialiśmy się, a ja nie wyobrażałem jej sobie ani w takim samochodzie, ani z takim facetem.
W drodze powrotnej zaskoczyła nas ulewa. Schowaliśmy się pod mały daszek, który faktycznie stanowił ochronę przed deszczem tylko dla jednej osoby. Ania przysuwała się coraz bliżej mnie. Miałem ochotę przygarnąć ją do siebie, zanurzyć palce w jasne włosy, które wilgoć poskręcała w zabawne pierścionki. 
- Jakby ktoś pytał wcale się do ciebie nie przytulam – mówiła konspiracyjnym szeptem – woda z dachu cieknie mi po plecach do majtek.
Rozbawiała mnie do łez. Położyła mi głowę na ramieniu i nie mogłem zrobić nic innego jak objąć i ochronić ramieniem jej plecy przed padającym deszczem. Znaliśmy się pół godziny i byłem w stanie się do niej wprowadzić.
- Ładnie pachniesz – powiedziała cicho z zamkniętymi oczami – przywiozłeś ze sobą morze. Rozgrzaną słońcem plażę. Palisz dobre papierosy i niosłeś na ramieniu skórzaną torbę.
Miała dobry węch. Papierosa wypaliłem kilka godzin wcześniej. 
Wkradła się w moje myśli. Żadna dziewczyna nie miała takich oczu, nie pachniała wanilią i powietrzem po burzy, nie była tak bystra i nie miała tak ciętego języka. Żadna nie była tak piękna. Dziwne. Jeszcze dzień wcześniej wydawała mi się przeciętna, dziś mogłem o niej pisać wiersze.
Śmiałem się sam z siebie.
Następny raz spotkaliśmy się po dwóch latach, kiedy Czarek był już ciężko chory i lekarze dawali mu niewiele więcej niż trzy miesiące życia. Zakochałem się wtedy w Ani ponownie, w jej sile i determinacji z jaką walczyła o godną śmierć dla swojego męża, zapominając o sobie i nie myśląc o swoim bólu. Gorszego czasu na wyznanie swoich uczuć nie wyśniłbym sobie w najgorszym koszmarze, zatem milczałem i przyjąłem rolę ochroniarza, kamerdynera, kierownika logistyki, szofera, pocieszyciela, pielęgniarza, dostawcy. Anka skupiona całkowicie na mężu nie zauważała nawet mojej obecności. To bolało bardziej niż umieranie przyjaciela.
- Wiem, że ją kochasz – powiedział Czarek i kazał mi się zamknąć kiedy chciałem zaprotestować – zaopiekuj się nią.
Obiecałem, że się zaopiekuję.
Wyjechałem tuż po pogrzebie. Praca nie pozwoliła mi wywiązać się z obietnicy. A może ja sam pozwoliłem, by praca nie pozwoliła mi wywiązać się z obietnicy. 

Nie mieliśmy się ze sobą kontaktu dwa lata i sto dwadzieścia pięć dni.

Mogłem zadzwonić. Mogłem napisać. Obawiałem się, że po śmierci Czarka będę dla Anki jedynie cieniem przeszłości, a nie przyszłością. Dlatego nie zadzwoniłem i nie napisałem. Za to ożeniłem się. 
Renata w niczym nie przypominała Ani. Była wysoką, szczupłą brunetką o efektownej urodzie hollywoodzkiej gwiazdy. Wzięliśmy ślub po kilku randkach, dobrym seksie i obietnicach, że będziemy żyli długo 
i szczęśliwie w domku z ogródkiem i gromadką rumianych dzieci. Dlaczego nie? Miałem 33 lata i byłem gotowy na domek z ogródkiem i rumiane dzieci.
Idylla trwała niewiele ponad dwa miesiące. Moja piękna żona zdradziła mnie po raz pierwszy w sylwestrową noc. Zrzuciłem to na karb zbyt dużej ilości alkoholu i postanowiłem zapomnieć. Miesiąc później przyłapałem ją na miłosnych igraszkach z moim własnym bratem. Postanowiłem się rozwieść. W skrzynce na listy znalazłem folder reklamowy zatytułowany „Wakacje na końcu świata”. Potrzebowałem bardzo wakacji i miejsca, w którym na spokojnie mógłbym ułożyć swoje sprawy i połączyć koniec swojego świata z jakimś miejscem na końcu świata.

 
Domek na plaży, biały piasek, ocean i rozgwieżdżone niebo to dobra sceneria dla porządkowania życia i marzeń o przyszłości. Indie, Goa, plaża. Cisza i spokój w pakiecie gratis.

Ośrodek wypoczynkowy składał się z szeregu niewielkich domków oddzielonych od plaży pasem krzaków i palm. Najwyraźniej nie byłem jedyną osobą, która wpadła na genialny pomysł wypoczynku na Goa, bo w domku obok paliło się światło. Nie miałem ochoty na towarzystwo, ale wszystko wskazywało na to, że obok nie zamieszkała rodzina z czwórką małych dzieci, tylko inny samotny turysta. Zaliczyłem to na plus. Może samotny turysta okaże się dobrym towarzyszem do wypicia butelki dobrego alkoholu? Postanowiłem zabrać butelkę na plażę i poczekać na sąsiada. Usiadłem na piasku i z rozmachem oparłem się o płot. Dokładnie po drugiej stronie płotu musiał ktoś siedzieć, bo stęknął cicho. Sąsiad był bliżej niż się wydawało, ale chyba nie zależało mu na znajomości, bo nic nie mówił. Jego milczenie nie przeszkadzało mi wcale, w końcu byłem na wakacjach, miałem świetny humor i postanowiłem wyśpiewać swoją radość z pobytu w Indiach prezentując niebu piosenki z najwyższych miejsc list przebojów. Jak szaleć to szaleć.
- Tomek? – zabrzmiało za płotu. Nigdy nie zdziwiłem się bardziej. Przechyliłem się nad płotem by zobaczyć, czy osoba, która z takim zdziwieniem wypowiedziała moje imię to faktycznie Anka. Moja Anka. Trudno było dostrzec szczegóły, bo zaczynało się ściemniać, niemniej widziałem jej udającą powagę twarz, uśmiechnięte oczy. Tego wiechcia słomy na głowie nie dało przypisać do nikogo innego.
Zrobiło mi się głupio. Byłem wstawiony i nie chciałem, by oglądała mnie w takim stanie.
- Przepraszam na moment – powiedziałem wyjątkowo grzecznie i poszedłem do łazienki zafundować sobie zimny prysznic. Miałem nadzieję, że zimna woda pomoże mi błyskawicznie wytrzeźwieć. W każdym razie przeszła mi zupełnie ochota na śpiewanie. Po chwili wróciłem i usiadłem dokładnie za nią, po drugiej stronie płotu.
- Witaj Ania.
- Cześć – odpowiedziała krótko starając się zachować powagę, a ja niemal widziałem jak tłumi śmiech i jak śmieją się jej oczy. Sytuacja była co najmniej niezręczna. W końcu udzielił mi się dobry nastrój, większego wariata i tak nie mogłem z siebie zrobić. 
- Ciekawe i niespodziewane spotkanie, prawda? – zagaiłem rozmowę, choć nie miałem pojęcia co powiedzieć.
- Niewątpliwie – zabrzmiała kolejna krótka odpowiedź. 
Najwyraźniej nie zamierzała ułatwiać konwersacji. Roześmialiśmy się oboje – cieszę się, że cię widzę w tak dobrej kondycji. Anka na pewno nie starała się być ani trochę sarkastyczna. 
Pod „dobrą kondycją” na pewno widziała butelkę w jednej dłoni, szklankę z lodem w drugiej, festiwalowy, plażowy repertuar muzyczny i nieco promili we krwi. Nie sprawiała wrażenia zaskoczonej spotkaniem.
- Wszystko co najlepsze spotyka nas na plaży, prawda? – zapytałem chcąc zmienić temat. Pamiętała. 
- „Hello, is it me you’re looking for” ? – zaśpiewała fałszując niemiłosiernie. Ta piosenka towarzyszyła nam od dawna. Usłyszeliśmy ją pierwszy raz, kiedy siedzieliśmy koło siebie na plaży w Sopocie i patrzyliśmy jak księżyc wyłania się z wody. Złapała mnie wtedy za rękę i położyła mi głowę na ramieniu. Zaprosiłem ją do tańca, wygłupialiśmy się, śmialiśmy się, zupełnie nie mogąc się w tańcu dogadać, co strasznie nas bawiło. Otoczyłem ją ramionami, objęła mnie w pasie. Dotykała mojej twarzy z czułością. Nic więcej. Podziękowała za piękne chwile i powiedziała, że musimy już wracać. Do Czarka. Pocałowałem ją w czoło. W tamtej chwili zyskałem nadzieję, że mam szansę stać się dla niej kimś więcej niż przyjacielem. Wszystko odżyło, nadzieja powróciła.


Wprawdzie nasze spotkanie nie rozpoczęło się zbyt szczęśliwie, ale za to później układało się lepiej. Siedzieliśmy po dwóch stronach płotu oparci plecami i… rozmawialiśmy o wszystkim. Przez kilka dni, niemal 24 godziny na dobę. Może nie było to szczytem romantyzmu, ale najwyraźniej tego potrzebowaliśmy. Nie miałem pomysłu jak ją poderwać. Romantyczna kolacja? Dla niej nuda. Komplementy? Spływały po niej jak woda po kaczce. Pozostawała tylko rozmowa.
- Może nie powinienem pytać, ale… jak sobie radzisz po śmierci Czarka? – postanowiłem poruszyć „niebezpieczny” temat. 
- Może właśnie o to powinieneś zapytać? Wcześniej – w jej słowach nie było odpowiedzi na pytanie, za to wyczułem reprymendę. Miała żal, że się tak długo nie odzywałem. To dobrze. Opowiedziałem jej, co się ze mną działo i co robiłem przez ponad dwa lata.
- Ożeniłeś się? – Anka zdziwiła się – nigdy nie wydawałeś się mężczyzną, który pali się do żeniaczki. Twoja żona musi być niezwykła. Dlaczego właśnie ona?
Dobre pytanie. O mojej żonie mogłem powiedzieć wiele. Była niegłupia, sprytna, ładna, pazerna na pieniądze, niewierna, ale nie była niezwykła.
- Nie pytaj. Nie wiem. Poznaliśmy się i szybko wzięliśmy ślub. 
- Zapewne jest piękna.
- O tak, akurat urody jej nie brakuje.
Śmialiśmy się, jakby uroda Renaty była świetnym żartem.
- Anka, wystaw nos za płotu – nakazałem, a ona energicznie wstała i odwróciła się w moją stronę. Stanęliśmy naprzeciwko siebie oddzieleni od siebie bambusowym ogrodzeniem. 
- Nie uważasz, że skoro żona mnie zdradziła, ja powinienem zdradzić żonę, by wyrównać rachunki? – powiedziałem sugerując pół żartem pół serio, że to właśnie ona powinna być moją partnerką do zdrady. Zbliżyła swoje usta do moich.
- Twoje nagie ciało powinno należeć do tej osoby, która kocha się w twojej nagiej duszy – powiedziała całując mnie delikatnie w policzek.
- Chaplin? – rozpoznałem cytat czym zdziwiłem Ankę – mądre słowa, ale trudno się do nich dostosować. Nawet autor miał z tym kłopoty.
Niewątpliwie tak właśnie było. W nagrodę za rozpoznanie cytatu nakazałem pocałować się w drugi policzek. Objęła moją twarz dłońmi i spojrzała poważnie i badawczo w oczy. Trwało to nieco dłużej niż powinno, ale zanim poczułem się niezręcznie cmoknęła mnie w nos i usiadła na piasku.
- „Let me start by saying” … - starałem się zaśpiewać.
- Zamknij się – zabrzmiała grzeczna prośba.
- „I love you” … - dokończyłem i zostałem obity palmowym liściem za pierwsze wyznanie miłości. Nikt nie powiedział, że będzie lekko.


Postanowiliśmy skończyć siedzenie pod płotem. W końcu oboje spędzaliśmy wakacje w egzotycznym kraju i warto byłoby odrobinę tego kraju zobaczyć, a nie tylko gadać, śmiać się i droczyć ze sobą jak dzieciaki.

Któregoś dnia trafiliśmy nad przepaść, nad którą zbudowano szklaną platformę. Chodząc po niej miało się wrażenie unoszenia nad urwiskiem. Niewątpliwie była to atrakcja dla ludzi o mocnych nerwach. Ania najwyraźniej do nich nie należała, jednak postanowiłem udowodnić, że jest inaczej. Bezlitośnie wciągałem moją towarzyszkę na platformę mimo protestów. W końcu wziąłem ją na ręce, ale nawet wtedy nie zaczęła się dobrze bawić. Objęła mnie mocno za szyję mając nadzieję, że „zabawa” znudzi mi się tak szybko jak się zaczęła. Zaniosłem ją w miejsce, w którym oboje mieliśmy twardy grunt pod nogami, po czym mocno przytuliłem. Trzymałem Annę w końcu w ramionach, choć nie z tego powodu i nie w takich okolicznościach o jakich marzyłem wcześniej.
Co ja tutaj robiłem? Co ona robiła w tym nieprzyjaznym miejscu? Wśród zupełnie obcych ludzi, w egzotycznym kraju ona i ja. To nie miało być tak. Zatęskniłem nagle do wszystkich miejsc, w których spotykałem się z nią od dawna. W wyobraźni. Tu i teraz nie było naszym miejscem. Nie pasowało do tego co czułem, nie pasowało do moich planów, nie pasowało do tej dziewczyny, którą dziwnym zrządzeniem losu i absolutnie przez przypadek właśnie trzymałem w ramionach. 
Miałem wrażenie, że czas się zatrzymał. Świat wokół rozmył się i zniknął. Kamadeva szykował dla nas odpowiednią oprawę.W moich marzeniach włosy Anny były bardziej złote, a oczy bardziej szare niż niebieskie. Pasemko jasnych włosów owinęło się wokół jej szyi tworząc przedziwną kolię, niezwykle oryginalną ozdobę. Nie zauważyłem by nosiła biżuterię, zresztą, nie potrzebowała żadnej, aby podkreślić swoją urodę. Nie była też kobietą, na której komplementy wywierały jakiekolwiek wrażenie. 

Znałem na pamięć jej miny, gesty, pozy. Wiedziałem, że każdy uśmiech zaczyna się od oczu, potem obejmuje usta, na końcu całą postać. Każdy gniew zaczynał się od brwi, potem marszczył nos, na końcu kazał wymachiwać rękom. Nie musiałem się przyglądać Ani, by ją widzieć. Miałem jej obraz od lat pod powiekami. Nie chciałem jednak więcej na nią tylko patrzeć lub tylko sobie wyobrażać. Ciągle nie wiedziałem, ile z niej było wytworem mojej wyobraźni, a ile prawdy.
Zastanawiałem się kim stała się dla mnie ta dziewczyna, o której wiedziałem wszystko i nic. Wołałem ją w myślach, chciałem aby objęła mnie i położyła mi głowę na ramieniu. Tak zwyczajnie, normalnie. Nauczyła mnie marzyć, śmiać się z siebie i siebie rozumieć. Nauczyła mnie też niepewności. Dotychczas wszystko było albo czarne, albo białe, przeważnie czarne. Teraz świat i moje własne uczucia zakwitły feerią barw. To było bardzo piękne, ale jednocześnie przestało być proste.

 

Na chwilę ucichła muzyka, ktoś na straganie zmieniał płytę.
Cykał senny świerszcz.
Szumiały drzewa.
Ania stała blisko, obejmowała mnie w pasie. Zwyczajnie oparła czoło o moje ramię, tak jak sobie wcześniej wymarzyłem. Mimo wszystko trochę mnie ten gest przestraszył. Był bardzo intymny, nie w stylu zachowawczej Anny. 
- Tęskniłem za tobą – powiedziałem w jej włosy. Co miałem powiedzieć, przecież to była szczera prawda. Nie dodałem tylko, jak bardzo tęskniłem. Nie odpowiedziała, co miała powiedzieć? – wiatr? - zapytałem mając na myśli zapach jej włosów.
- Nie, szampon – odpowiedziała z uśmiechem. Przecież zawsze walczyła z każdym przejawem podrywu i najmniejszym przejawem romantyzmu. 
- Nie psuj nastroju, staram się być miły – skarciłem ją, starając się swojemu głosowi nadać poważnie brzmienie. Przy niej było to niemożliwe. 
- Niech zatem stanie się cisza  – zaklęła powietrze szeptem. I stało się.
Pocałowałem wnętrze jej dłoni, właściwie przycisnąłem mocno 
do ust. Pamiętałem, że ma delikatne, ale silne dłonie. Nie myliłem się. Żałowałem, że jakaś spinka przytrzymuje jej włosy. Chciałem, aby opadały swobodnie, chciałem je odgarniać, szukać jej twarzy.
Znałem ją. Znałem każdą krzywiznę ciała. Z trudem uświadamiałem sobie, że to nie jest sen. Odrzuciła włosy na plecy i tym razem to ona podniosła moją dłoń do ust, pocałowała i przytuliła do pachnącego ciepłem policzka. Pierwszą reakcją była chęć wyszarpnięcia się z tego delikatnego uścisku, ale poddałem się pieszczocie. Po prostu się poddałem. Muskała ustami moje palce jakby prosząc o dotyk. Nie musiała prosić, byłem blisko, byłem dla niej w tej jawie jak z najśmielszego snu. Wodziłem palcami po jej ustach, oczach, twarzy, szyi i karku, pozwalając dotykowi poznać, pokochać ją i pragnąć. 
Zawirowało.
Zatańczyło.
Objąłem Annę mocno, przytuliłem, wplątałem się w nią. Czułem i słyszałem jej oddech, coś mówiła tak cichutko, że nie byłem w stanie niczego zrozumieć. Zaklinała, czarowała całując moją szyję. Przez ułamek sekundy chciałem zaprotestować przeciw nadawanemu przez nią rytmowi i rymowi. Niewiele miałem tutaj do powiedzenia, ale skapitulowałem po raz kolejny i zapewne nie ostatni. Czułem się wspaniale jako przegrany. Grała na mnie i na moich zmysłach z wirtuozerią, z jaką się dotychczas nie spotkałem, a ja pozwalałem grać. Czekałem na to już od dawna i ona o tym wiedziała.
Objąłem jej twarz i patrzyłem w oczy. Długo, uważnie, badawczo, tak jak ona zwykle patrzyła na mnie. Nie zobaczyłem nic, czego mógłbym się przestraszyć, czegoś nie zrozumieć, czy chociażby obawiać. Miała jasne, szczere spojrzenie.
Zadrżała.
Z chłodu czy ze strachu? Ta króciutka chwila przychylności niebios nie mogła wiecznie trwać. 
- Pocałuj mnie. Tylko raz – wyszeptała bezceremonialną prośbę, nie chcąc marnować ani sekundy. Patrzyłem na nią i pokręciłem przecząco głową. Nie mogłem tego zrobić. 
- Dlaczego - zapytała.
- Nie mogę cię pocałować tylko raz. Na jednym pocałunku się nie skończy.
- Zatem pocałuj mnie dwa razy.
Uśmiechnąłem się, a ona nie pozwoliła mi więcej mówić. Moje usta przeszły tę samą drogę, co wcześniej palce. Całowałem jej dłonie, oczy, twarz, szyję i usta. Całowałem z rosnącym poczuciem niedosytu, całowałem pierwszy raz. Zaczarowała mnie i znowu przegrałem. Wtuliła się we mnie całym ciałem ufnie, namiętnie i bezpiecznie aż straciłem poczucie miejsca i czasu. Byliśmy gdzieś daleko, jak we śnie. 
To jednak był sen. Szeptałem jej we włosy wszystko, co kiedykolwiek chciałem powiedzieć, a nie miałem odwagi. Nie wiem, czy słuchała i czy w ogóle słyszała, ale musiałem właśnie teraz to wszystko powiedzieć. Kto wie, co zdarzy się jutro.Bo wszystko działo się właśnie tu i teraz.

 

Powoli powracał dźwięk i poczucie czasu. Popatrzyłem na zegarek i ze zdziwieniem zauważyłem, że minęło kilka godzin. Gestem zatrzymałem taksówkę. Ania usiadła na tylnym siedzeniu z zaciekawieniem przyglądając się kolorowemu wnętrzu taksówki i kolorowemu szoferowi. W głośniku brzmiała skoczna, hinduska muzyka. Czułem się dziwnie. Nie potrafiłem określić, czy to, co się wydarzyło mogło mi dać nadzieję na jakiś ciąg dalszy, czy przeholowałem. Ania usiadła daleko ode mnie i przyglądała się krajobrazom za oknem. Według mnie, powinna się przytulić lub choćby złapać mnie za rękę, dać znać, że nie zrobiłem z siebie idioty. Nie miała najmniejszego zamiaru nie robić ze mnie idioty. Zwykle to ja nadawałem znajomościom rytm, tym razem tak nie było i bardzo mnie to irytowało. Zależność i niepewność męczyły, drażniły i fascynowały. 
Złapała mnie za rękę dopiero gdy wyszliśmy z taksówki. Zawinęła moje ramiona wokół siebie jakby zawijała się szalem i przytuliła mocno nic nie mówiąc. Nie zamierzała niczego ułatwiać. Mogłem tak stać z nią do skończenia świata.
- Tomasz… - zapytała cicho – zapytasz kiedykolwiek czy zaproszę cię do środka? 
- Aż tak bardzo mnie nogi nie bolą, mogę jeszcze trochę postać.
Śmialiśmy się. Powinienem wiedzieć, że ona nie lubi konwenansów, ani podchodów. Jeżeli chciałem odpowiedzi wystarczyło zapytać.
- Nie chcę się rozstawać – powiedziała to, co ja powinienem powiedzieć – zostań dziś ze mną. Proszę. Jeżeli nie chcesz… po prostu idź do siebie. Nie obrażę się – dodała z uśmiechem.
W odpowiedzi zaprowadziłem ją do środka, objąłem i całowałem mocno, namiętnie. Bezczelnie i jednoznacznie ściągałem z niej ubranie. Przerwałem tylko na chwilę, by przekonać się czy przypadkiem nie oberwę za to po twarzy, ale w odpowiedzi tylko ściągnęła ze mnie koszulkę i ugryzła w ucho. Niemal rzuciłem ją na łóżko, chciałem całować i pieścić jej ciało, ale ona mocno objęła mnie udami dając do zrozumienia, że pieszczoty nie są tym, na co teraz ma ochotę. Wszedłem w nią jednym, gwałtownym ruchem. Kochaliśmy się niecierpliwie, szybko, jakbyśmy mieli zbyt mało czasu, jakby nie był to nasz pierwszy, ale ostatni raz. Nasze ciała, oddechy, głosy, krzyki złączyły się w jedno. 

 

Trzymałem ją mocno w ramionach powoli wracając do rzeczywistości. Ze zdumieniem stwierdziłem, że oczy Ani zmieniły barwę z niebieskich na ciemnoszare. Miałem nadzieję, że czuła się tak dobrze jak ja.
- Tomek, czy naprawdę służysz w marynarce, a nie w lotnictwie? – zabrzmiało konkretne pytanie, które skierowało moje myśli na inne tory.
- Tak, a dlaczego pytasz?
- Bo przeleciałeś mnie jak F16, a to bardziej pasuje do lotnika.
Jak zwykle udało jej się mnie rozbawić. 
Ania wstała i skierowała się do kuchni.
- Idę zrobić coś do jedzenia, nie jedliśmy od rana – powiedziała tylko. Żadnego „było cudownie”, „jesteś wspaniały”. Czułem się rozczarowany. Chodziła naga po kuchni, zupełnie nieskrępowana swoją nagością przygotowywała kolację. Śpiewała piosenkę Michaela Jacksona „Bad”. W jej ustach słowa „I’m bad, I’m bad really, really bad ” brzmiały bardzo zabawnie. Zwłaszcza, że jak zwykle fałszowała okrutnie.
Obrzuciłem ją naszą bielizną próbując nakłonić do zmiany repertuaru, ale nie udało mi się. 
Majtki, skarpetki i biustonosz zawisły na lampie tworząc oryginalny abażur. Jedliśmy w łóżku kolację, byliśmy nadzy, swobodni. Czułem się tak dobrze, jakbyśmy byli w tym domku kolejny raz i kochali się kolejny, a nie pierwszy raz. Patrzyłem na nią jak zajada bez wdzięku wielką kanapkę zagryzając bananem i śmiałem się. 

Była doskonała. Miała piękne ramiona i plecy, obłędne, pełne piersi, wąską talię, krągłe biodra i długie, zgrabne nogi. Zrzuciłem kolację na podłogę i przyciągnąłem ją do siebie mimo protestów. Patrzyłem jak oczy Anny zmieniają barwę z niebieskich na szare i wiedziałem już, że mnie pragnie. 
- Wejdź we mnie – powiedziała, a ja stwierdziłem, że kocham jej szczerość.
- Nie – nie zgodziłem się – jeszcze nie teraz. Poczekaj.
- Tylko jeżeli warto będzie czekać.
- Sama ocenisz – powiedziałem i zacząłem całować, dotykać językiem i smakować każdy centymetr jej ciała.
- „I want to review my kisses ”… – zanuciła, a w odpowiedzi ugryzłem ją lekko czym wywołałem falę śmiechu. Była pierwszą kobietą, którą moje pieszczoty zamiast rozpalać rozśmieszały. 
- Wiesz, że w zgięciu lewego kolana pachniesz jak landrynka? – zapytałem kiedy ze zdumieniem stwierdziłem, że faktycznie tak jest.
- Może do ławki, na której siedzieliśmy ktoś przykleił gumę do żucia?
Była nieznośna. Okropna. Zbijała mnie z tropu, rozśmieszała, kpiła ze mnie. Traciłem pewność siebie, onieśmielała mnie. A kiedy miałem ochotę ją za to udusić dotykała mnie i całowała tak, że traciłem kontakt z rzeczywistością.

Nie spałem, nie mogłem zasnąć. Leżała koło mnie i nie był to sen. Patrzyłem na jej ciało przykryte jedynie prześcieradłem, jasne włosy rozsypane na poduszce. Pragnąłem Anny każdą komórką ciała, nie miałem pojęcia jak wcześniej mogłem bez niej żyć. 


Obudziła się w nocy. Wstała i otworzyła szeroko drzwi wiodące na plażę wystawiając się na wiatr i światło księżyca. Wyglądała jak srebrny posąg. Przyglądałem się jej przez chwilę z zachwytem, po czym podszedłem i przyciągnąłem do siebie. Jej ciało idealnie pasowało do mojego. Końcami palców dotykała moich pleców, pośladków i ud. Oparłem ją o framugę, oplotła mnie udami i ramionami. 
- Czy znowu mam cię prosić żebyś we mnie wszedł? – żartowała, a ja znowu miałem ochotę ją udusić. Nie dałem jej czekać. Nie musiała prosić.
- Oddychaj… - powiedziałem bo wstrzymywała oddech. Wiedziałem już, że zawsze wstrzymuje oddech i zamyka oczy kiedy… uczyłem się Anny na pamięć. 
- Przenikasz przeze mnie… przesączasz się… przedzierasz… łamiesz mnie… - szeptała między pocałunkami.
Nie dałem jej więcej mówić. Pachniała powietrzem po burzy i wanilią.

- Czy w końcu usłyszę od ciebie „było wspaniale”? – żartowałem rano.
- Usłyszysz pochwałę, kiedy faktycznie będzie wspaniale – odpowiedziała i śmialiśmy się karmiąc się nawzajem kawałkami owoców.
- Staję się przy tobie erotomanem.
- A ja przy tobie nimfomanką. Obojętnie co nas dzieli, pod względem dewiacji pasujemy do siebie doskonale.
To była Anna, którą pamiętałem i którą pokochałem. Bystra i dowcipna, piękna i seksowna. Miałem nadzieję, że czas żałoby już się skończył i w jej życiu jest miejsce dla innego mężczyzny. Dla mnie.

- Jesteś cudowna – powiedziałem gładząc jej plecy, wcięcie talii i biodra.
- Wiem – odpowiedziała – wszyscy kochankowie mi to mówią.
- Jesteś też wredna – nie dawałem za wygraną.
- Nie przesadzaj. Histeryzujesz jak panienka… 
- Poradzę sobie z tobą. 
Spojrzała na mnie badawczo. Dwukrotnie chciała coś powiedzieć, ale rezygnowała. 
- Jesteś cudowna – powtórzyłem. Uśmiechnęła się łagodnie. Dotknęła delikatnie mojego policzka.
- A ty wspaniały. Dobrze mi z tobą. Powiedz swojej żonie, 
że nie wie jak wiele traci – nie byłaby sobą, gdyby tego nie dodała.
- Czyżbym w końcu usłyszał pochwałę? – ucieszyłem się i śmialiśmy się jak wariaci.
- Tak – powiedziała cicho i wtuliła się we mnie mocno. 
Chciałem, aby to trwało wiecznie.

 

Kilka dni później obudziłem się i nie znalazłem jej koło siebie. 
Na poduszce leżała kartka. „Jestem ci wdzięczna za każdą chwilę spędzoną razem. Chciałabym, aby to co się wydarzyło między nami nie było końcem naszej relacji tylko początkiem. Słowa piosenki „Hello” zaczynają nabierać dla mnie nowego znaczenia… obiecaj mi, że się jeszcze spotkamy”.
- Obiecuję – wyszeptałem, po czym zirytowany pogniotłem kartkę. Po chwili wyprostowałem ją starannie i schowałem do książki. Byłem wściekły, bo wyjechała bez pożegnania, a ja miałem jeszcze tyle do pokazania i do powiedzenia. Poczułem się jakby spędziła miło czas, grzecznie podziękowała i dała kopniaka za drzwi. Dokładnie w ten sposób postępowałem z kobietami, z którymi się wcześniej spotykałem… 
Nic co piękne nie trwa wiecznie – pomyślałem i postanowiłem potraktować to, co się stało jak piękny sen lub grę wyobraźni.

 

 

 

Samolot leciał do Bombaju. 
I ja w samolocie tysiące metrów nad ziemią. Leciał wysoko i szybko, a nie nisko i powoli. Brrr. Czyżbym była psychologiem cierpiącym na niezdiagnozowany lęk wysokości? Latanie nie było dla mnie najprzyjemniejszym przeżyciem, ale dopóki naukowcy nie rozwiążą problemu teleportacji muszę latać, chyba że wzorem Kolumba pozwolę sobie na podróż drogą morską. Oczywiście luksusowym wycieczkowcem. Tyle w kwestii marzeń. Wszystkie moje kłopoty zostały na ziemi, czułam lekkość i radość, jakbym całym ciałem przeczuwała, co przyniosą mi kolejne tygodnie. Unosząc się nad chmurami myślałam o Czarku żałując, że nie ma go teraz przy mnie i że nie lecimy do Indii razem.
Już po kilku godzinach na Goa, wiedziałam, że wycieczka jest najlepszym prezentem jaki dostałam w życiu i nawet dziesięć lat terapii Marty nie spłaciłyby długu wdzięczności, jaki wobec niej miałam. Trafiłam do miejsca o jakim czyta się w turystycznych prospektach: spokój, ciepłe morze, biała plaża z piaskiem jak mąka ziemniaczana. A to wszystko na początku kwietnia, kiedy w Polsce nierzadko padał jeszcze śnieg. 
Indie przywitały mnie ciepło i bezwietrznie. Temperatura jak w lecie, mały komfortowy domek i żadnych obowiązków. Jedzenie dostarczane przez obsługę ośrodka. Esencja wakacji. Szczyt marzeń.

Wykopałam sobie wygodny grajdołek pod płotem, w którym siedziałam i czytałam książkę. Ktoś może powiedzieć, że to kompletna głupota będąc w egzotycznym kraju siedzieć pod płotem i czytać książkę, ale to właśnie było mi potrzebne do szczęścia. Wiatr przynosił słodki zapach kwiatów, a ja popijałam sok z mango. Sielską atmosferę w jednej chwili rozproszyły hałasy zza płotu. Niestety miałam sąsiada. Pojawił się w momencie, w którym zaczęłam wierzyć, że spędzę urlop samotnie. Sądząc po tym jak omijał melodię znanych przebojów, albo był pijany albo pozbawiony słuchu. Do tego głośno rozmawiał przez telefon i cały dzień popijał drinki. Stukanie szklanek i rozsypywanie kostek lodu było słychać nawet po drugiej stronie płotu. Choć w ośrodku wypoczynkowym było kilkanaście domków on wybrał ten położony najbliżej mojego. Choć ogrodzenie oddzielające posesje i fragmenty plaż od siebie było długie, pech chciał, że mój sąsiad musiał znaleźć sobie miejsce dokładnie tam gdzie ja. Aż podskoczyłam kiedy z impetem oparł się o płot, dokładnie po drugiej stronie miejsca, w którym siedziałam. 
Chciałam wstać i nakrzyczeć na mojego sąsiada przywołując go do porządku, ale nadstawiłam uszu, bo zanucił piosenkę Lionela Richie. „Cause I wonder where you are, and I wonder what you do, are you somewhere feeling lonely? Or is someone loving you ?” Zabrzmiało bardzo znajomo. Wtedy go poznałam.
- Tomek? - zawołałam, a jego głowa pojawiła się nad płotem i spojrzała na mnie. Próbował się uśmiechnąć, ale widziałam, że był kompletnie pijany, albo kompletnie zaskoczony. Albo i jedno i drugie. 
Miał taką minę, że odsunęłam się odruchowo, bo nie wyglądał na zadowolonego. Przeprosił mnie jednak i uciekł do swojego domku. Miałam nadzieję, że nie przestraszył się mojej twarzy ze szczątkowym makijażem i wczorajszej fryzury. Wrócił ociekając wodą jakby w ubraniu wszedł pod prysznic. Zapewne zafundował sobie zimną kąpiel. Wyglądał trochę bardziej przytomnie, mówił składniej.
Przypomniało mi się, że jeszcze niedawno niemal modliłam się, by go spotkać i móc podziękować za wsparcie jakim obdarzył Czarka i mnie. Nie podziękowałam, choć miałam ku temu wiele okazji w trakcie naszych wielogodzinnych rozmów po dwóch stronach płotu.
 - Co ty tu robisz? – następnego dnia nadal nie mogłam uwierzyć, 
że dziwnym splotem okoliczności znaleźliśmy się w jednym miejscu, w tym samym czasie.
- To samo co ty, przyjechałem na wakacje... 
- ...na końcu świata - dokończyliśmy jednocześnie. Zaśmialiśmy się. Kiedyś często zdarzało nam się mówić to samo w jednym momencie… tak dawno temu, w innym wymiarze. 
Głównie on opowiadał o sobie. Ja miałam niewiele do powiedzenia. Po pierwsze części życiorysu nie pamiętałam, po drugie nie było o czym, wiodłam niezbyt ekscytujące życie. Opowiedzieć o Marku i jego adoracji? Po co…  Kiedy dowiedziałam się, że Tomasz się ożenił z jakąś Renatą poczułam ściśnięcie w brzuchu. Czyżbym była zazdrosna? Zależało mi na nim jak na przyjacielu, choć reakcja mojego ciała świadczyła o czymś zupełnie innym. Tomasz twierdził jednak, że jego małżeństwo jest kompletnie nieudane. Wielokrotnie słyszałam jak mężczyźni mówili „żona mnie nie rozumie”, tłumaczyli tym swoje zainteresowanie innymi kobietami i zdrady. Tomasz jednak nie tłumaczył się, mówił o żonie z obojętnością, nawet rozczarowaniem, a ja oglądając zdjęcia jego pięknej i zadbanej małżonki czułam się jak uboga kuzynka z prowincji.
- Po co się ożeniłeś, skoro jej nie kochałeś? Bo wyglądała jak Rita Hayworth? – zapytałam wprost zastanawiając się czy przypadkiem 
nie jestem zbyt bezpośrednia, albo wręcz wścibska. Przecież to nie była moja sprawa. Tomek zamyślił się tylko.
- Pewnie tak. Wydawało mi się, że jej na mnie zależy. Chciała mieć dom i dzieci, a ja pomyślałem, że… dlaczego nie.
Zamilkł. 
- Tak mi przykro – powiedziałam tylko tyle wiedząc, że każde inne słowa byłyby nie na miejscu. Domyślałam się, że Tomasz związał się z nią nie z miłości, ale dla chęci realizacji jej i swoich marzeń o rodzinie. 
Ona bardzo szybko go z tych marzeń odarła.
- Nie powinno ci być przykro. Założyłem, że Renata jest szczera zanim zdążyłem ją lepiej poznać i było to założenie błędne. W tym układzie tylko ja zawiniłem. Padłem ofiarą własnej wyobraźni, ale obiecuję, że to się więcej nie powtórzy – dodał ze śmiechem, a ja żałowałam, że tak powiedział. Mógłby na przykład pomarzyć o mnie. 
- Niepotrzebnie się obwiniasz. Gdybyś nie siedział po drugiej stronie płotu złapałabym cię za rękę albo przytuliłabym – powiedziałam cicho. Myślałam, że Tomek zacznie się śmiać, potraktuje moje słowa żartem.
- Może lepiej, że siedzisz po drugiej stronie płotu – odpowiedział nadspodziewanie poważnie. 
- Ale to przecież nic złego, prawda? – postanowiłam rozładować nieco sytuację – powinieneś być Renacie wdzięczny, bo gdyby nie jej wyczyny nie spotkalibyśmy się tu, prawda?
- No nie wiem. Najwyraźniej spadłem z deszczu pod rynnę – Tomasz żartował i śmiał się, a ja doszłam do wniosku, że bardzo lubię jego śmiech i poczucie humoru.

Słuchałam jak opowiada o zdradach żony i zastanawiałam się jak można go zdradzać? Jak można go nie kochać? Sama mogłabym się w nim zakochać bez problemu. Mieszkałam z tym facetem przez pół roku i zdążyłam go trochę poznać. Był inteligentny, elokwentny, silny, opiekuńczy, troskliwy. Skryty i tajemniczy, niechętnie opowiadał o sobie. Swoją wrażliwość i delikatność skrywał za maską sarkazmu. Zaskakiwał mnie znajomością literatury i sztuki, czego zupełnie nie spodziewałabym się po kimś, kto jest zawodowym żołnierzem. Potrafił być czarujący. Wiedziałam, że można na niego liczyć, zawsze dotrzymuje słowa i nigdy nie kłamie, a jak nie chce powiedzieć prawdy to milczy. Wiedziałam, że uśmiecha się przez sen i zamyka oczy kiedy słucha szumu morza. 
Dla równowagi muszę przyznać, że bywał arogancki i potrafił być strasznym dupkiem, o czym świadczyła sytuacja nad przepaścią.

To było miejsce chętnie odwiedzane przez turystów. Stroma przepaść z wysuniętym nad nią szklanym pomostem. Platforma, zrobiona z wielu mniejszych szklanych płyt połączonych metalowym stelażem robiła wrażenia niezbyt solidnej. Bałam się, że nieoczekiwanie pęknie i runie, dlatego nie miałam najmniejszego zamiaru na nią wchodzić. Uparłam się, że nie wejdę na ten pomost nie tylko z powodu słabej konstrukcji,  ale przede wszystkim dlatego, że mam domniemany lęk wysokości i sama myśl o tym, co tam zobaczę paraliżowała mnie. Tomek był jednak zawzięty i jak to on, próbował sprawdzić gdzie leżą granice mojej wytrzymałości. Wziął mnie na ręce jakbym była dzieckiem i wszedł na platformę bez lęku. Próbowałam się wyrywać, protestować, ale zupełnie zlekceważył moje protesty, myśląc pewnie, że to element zabawy. Chciało mi się płakać, bałam się nie na żarty. Kiedy byliśmy już nad przepaścią tłumaczył, że nie ma się czego bać, śmiał się, a ja czułam się jak świnka morska przed paszczą wielkiego węża. Zamarłam, wydawało mi się, że jakikolwiek mój ruch sprawi, że platforma zaraz się urwie, a my spadniemy. To była jedna z najgorszych chwil w moim życiu. Mój towarzysz wreszcie zauważył, że nie bawię się tak dobrze jak on i szybko zaniósł mnie tam, gdzie miałam pewny grunt pod stopami. Postawił mnie. Omal się nie rozpłakałam. Cały strach spłynął ze mnie, poczułam bezradność i ulgę w tym samym momencie. 

Dopiero wtedy dotarło do niego jak bardzo mnie wystraszył. Oddychałam głęboko obejmując go mocno w pasie, przecież był moją ostatnią deską ratunku. Poczułam się bezpiecznie, znalazłam swoją przystań, obudziłam się z koszmaru i przekonałam się, że to tylko zły sen. Moje palce dotykały jego pleców, jego palce błądziły w moich włosach. Staliśmy nad przepaścią bezpieczni i wtuleni w siebie, jakbyśmy właśnie odkryli, że warto żyć, że łączy nas coś więcej niż tylko dobra zabawa. 
Cały mój dystans, niepewność do tej relacji, resztki żalu, wszystko co kazało mi zachować ostrożność wobec tego „babiarza” prysło bezpowrotnie. Zakończył się etap rozmów przez płot, zakończył się etap przyjaźni. Nawet gdybym miała zostać jedynie jego kolejną zdobyczą było mi to zupełnie obojętne.
Jego skóra miała zapach sosnowej żywicy i pomarańczy.

Czułam się, jakby spełniało się moje najskrytsze marzenie. Czułam się jak we śnie, w którym wolno mi wszystko i o nic nie muszę się martwić, bo to przecież tylko sen. Nie było świata, ludzi, Indii, byliśmy tylko my, czuły dotyk, bliskość. A może wszystko działo się właśnie dlatego, bo były Indie i Goa, bo w innym miejscu na Ziemi nie miałoby prawa się to wydarzyć. Tomasz dotykał mnie delikatnie, całował do utraty tchu. Ponownie odnalazłam w jego oczach wszystkie galaktyki i poematy świata, cokolwiek to znaczy i jakkolwiek patetycznie brzmi. Nie musiałam się już od nich odwracać. 


Wróciliśmy do domu i kochaliśmy się nieprzytomnie przez następne noce i dni. Karmiliśmy się nawzajem słodkimi owocami, kąpaliśmy nago w oceanie przy świetle księżyca, wygłupialiśmy się, robiliśmy sobie psikusy, bawiliśmy…byliśmy jak Adam i Ewa w raju, Goa stało się naszym rajem odzyskanym. 

Po kilku dniach, kiedy w końcu wyszliśmy z łóżka, wybraliśmy się na długi spacer plażą. Przyjemnie było iść przed siebie bez zastanawiania się nad celem wyprawy, bez bagażu, ciesząc się pięknem przyrody i swoim towarzystwem. Słońce zachodziło upodabniając krajobraz do taniego landszaftu, jaki chętnie kupują niewybredni turyści. Zapatrzeni w siebie i zaaferowani rozmową o tym, jakie gwiazdy można obserwować na wiosennym niebie, o Jowiszu i Odysei Kosmicznej, o poezji Pabla Nerudy i silnikach V8, nie zauważyliśmy jak bardzo się oddaliliśmy od domu. 
- Wyjdziesz za mnie? – zapytał nagle Tomasz zatrzymując się i obracając mnie w swoją stronę. Zachodzące słońce nadało jego ciemnym włosom rudawy blask, a skórze barwę miedzi.
Tak – odpowiedziałam w myślach bez wahania.
- Czyżby przez zmierzchem budził się w tobie romantyk? – powiedziałam na głos – czy mam zaśpiewać „Don't you too? I do, I do, I do, I do, I do ” i pożeglujemy razem na tratwie z plastikowych butelek w stronę zachodzącego słońca?
Śmialiśmy się. Nie sądziłam, żeby pytał „na poważnie”, nie mogłam mu zatem udzielić poważnej odpowiedzi. Przytuliłam się do niego.
- W tym świetle wyglądasz jak Ares.
- To komplement? Ares nie przejawiał żadnych talentów, dlatego Zeus oddał go na wychowanie do tytana, który nie umiał niczego oprócz wywijania mieczem – Tomasz oburzył się i przycisnął mnie mocniej do siebie.
- Mówię jedynie o kolorze twojej skóry, a nie o braku jakichkolwiek uzdolnień i nie wytykam ci, że służysz w wojsku. Posłuchaj: „Gdzie nad stanem rycerski pas się rozpościera, tam trafia grot i boskim ostrzem skórę zdziera. Wyciągnęła go Pallas”… 
- …”z podniesionej rany, tak doniośle zaryczał bóg Ares miedziany”  – dokończył za mnie.
- Widzisz? Nie mówię o twoich zdolnościach do niczego, tylko o kolorze skóry – tłumaczyłam się próbując uwolnić się z jego żelaznych objęć.
- Zdolnościach do niczego… - powiedział Tomasz i przewrócił mnie na piasek. Próbował udowodnić mi, że może Ares nie obdarował go niczym ponad siłą, ale za to Afrodyta nauczyła go całować. Był bardzo pojętnym uczniem, a mi ciągle było go mało.
- Całuj mnie… - prosiłam zapominając o Iliadzie, olimpijskich bogach i całym świecie.

Noc zapadła nagle, ciemność otuliła nas, była przyjazna i bezpieczna. Gwiazdy mrugały do nas porozumiewawczo, jakby brały udział w jakimś spisku. Księżyc nie pojawił się na niebie. Oprócz lampek, które zapalali właściciele nadmorskich kafejek nie było żadnego światła. Mogliśmy iść do domu po własnych śladach, droga była prosta, ale postanowiliśmy zostać na plaży. Zdjęłam z Tomasza bluzę, koszulkę, spodnie. Było bardzo ciepło, nawet nocą, dlatego zastanawiałam się dlaczego tyle na siebie założył, ale chyba wiedział, że będziemy potrzebować posłania. Powoli rozebrał mnie do naga, pozwolił mi jednak zostać w skarpetkach, które podobno pasowały do otoczenia. 
Usiadł na ciemnej plaży, na posłaniu z naszych ubrań, przyciągnął mnie do siebie. Objęłam go mocno udami, przytuliłam się, przesączałam przez niego jak światło przez liście. Kołysał mnie delikatnie, byłam bezpieczna jak dziecko w ramionach kochającego opiekuna. Zasnęłam przytulona do niego… gdybym miała umrzeć to właśnie w ten sposób – pomyślałam. Nie wiem ile to trwało, może godzinę, może więcej. Było mi dobrze, nie czułam nic oprócz ciepła i spokoju. Mój Ares obudził mnie gładząc po plecach, tym razem był nieskończenie łagodny i delikatny. Dotykałam kciukami kącików jego ust, wiedziałam już, że ten prosty gest działał na niego jak najlepszy afrodyzjak. Pod palcami wyczułam jego uśmiech, zdążyliśmy poznać zasady tej gry na pamięć. Całowałam go, moje pocałunki nie były ani łagodne ani delikatne.
Poczułam jak Tomasz wsunął dłonie pod moje pośladki, uniósł je i przyciągnął do siebie. Wszedł we mnie płynnie, a ja odrzuciłam głowę do tyłu i zapominałam o oddechu. 
-  Oddychaj… -  przypomniał mi przyciskając usta do mojej szyi. Spokojnie sprowadził mnie na ziemię. Ta bezksiężycowa, ciepła noc nie służyła szaleństwom. Oddałam inicjatywę mojemu mężczyźnie, pozwoliłam by poruszał moimi biodrami, nadawał tempo i rytm. Czułam się jakbym była na brzegu oceanu, a fale obmywały moje uda i brzuch. 

W końcu ostatnia gorąca fala wypełniła mnie, krzyknęłam krótko zakłócając nocną ciszę. Nie chciałam odrywać bioder od jego bioder, mojego brzucha od jego brzucha, moich piersi od jego piersi, ani moich ust od jego ust. Silnymi ramionami przytulił mnie mocno i wyszeptał coś, co zabrzmiało jak wyznanie miłości, choć nie mogło nim być.
Otulona jego ramionami i ciemnością znowu poczułam się senna, znowu zamknęły mi się oczy.

Tomasz obudził mnie dotykając delikatnie palmowym liściem niczym najpiękniejszym strusim piórem. Łaskotał mnie. Robiło się jasno, a ja leżałam na posłaniu z naszych ubrań jak na królewskim łożu. Otworzyłam oczy i wybuchłam śmiechem, bo mój mężczyzna miał na sobie piękne ubranie, które zrobił z palmowych liści. Zrobił też sukienkę dla mnie, chyba za długo spałam i miał za dużo wolnego czasu.
- Witaj królowo, czy wasza wysokość zamawiała budzenie 
o wschodzie słońca? – zapytał. Mój brzuch odpowiedział za mnie przeciągłym kurantem. 
- Ja nie, ale mój pusty żołądek owszem.
- Zatem z Aresa zamienię się w Artemidę i pójdę coś upolować.
Parsknęłam śmiechem, bo wyobraziłam sobie Tomasza w damskich ciuchach.
- Byle nie Akteona. Lepiej zamień się w Obeliksa i przynieś dzika. Albo dwa, bo jestem głodna na dwa dziki.
- Wypraszam sobie, ja jestem Tragikomiks, a ty będziesz moją Falbalą. Poza tym jesteśmy w Indiach. Mogę zapolować na słonia, krokodyla ewentualnie małpę. Na krowę nie mogę, bo święte. Choć małpy też są święte.
- Wszystkie zwierzęta są w Indiach święte, tylko nie ludzie. I tak źle i tak niedobrze – stwierdziłam z rezygnacją i wyciągnęłam z torby kilka pszennych placków, cztery banany i butelkę wody – miało być na kolację, ale zapomnieliśmy o kolacji.
- Niezrównana, jak zawsze – Tomek zawinął banany w placki – tortilla a la Goa.
- Mówisz  mnie, czy o swoim wyszukanym daniu?
- O was obu – powiedział i niespodziewanie pocałował mnie w rękę.

Wracaliśmy objęci. Szliśmy powoli, w końcu zaspokoiliśmy już pierwszy głód i nie mieliśmy się dokąd spieszyć. Milczeliśmy, a ja miałam poczucie, że całkiem się zatraciłam. Byłam Tomkiem, a on mną, przeniknęliśmy się na wskroś i bezgranicznie. To było cudowne, ale też przerażające. „Nie chcę, żebyś szła przez życie sama. Chcę, żebyś była kochana i sama kochała” – przypomniały mi się słowa Czarka. Czyżbym się zakochała? W Tomku? Dlaczego właśnie w nim, właśnie teraz i właśnie tu?

 

Wszystko stało się tak szybko, nie wiedziałam czy jestem na to gotowa. Czułam jednocześnie euforię i lęk. To bajka, sen, piękny film - myślałam. Moja bajka, mój sen, mój film, ale gdzieś obok było też moje życie, do którego musiałam wrócić. Wiedziałam, że piękne chwile na Goa wkrótce staną się jedynie wspomnieniem. Pierwszy raz od śmierci Czarka czułam się wolna, beztroska i zwyczajnie szczęśliwa, ale nie cieszyłam się tym, tylko myślałam, że za kilka dni będę musiała lecieć do domu spłacać długi. Lekko nadgryziona zębem czasu wdowa zakochała się w przystojnym oficerze, który zwrócił na nią swoją uwagę tylko dlatego, że zdradziła go żona. 
Nie widziałam żadnego ciągu dalszego tej pięknej przygody. 

Niedługo później uciekłam. Zdawałam sobie sprawę, że Tomasz nie zasłużył na moją dezercję, ale czułam się jak nad przepaścią, od której dzieliła mnie tylko szyba. Wiedziałam, że i tak w nią wpadnę, a tymczasowe bezpieczeństwo jest jedynie krótkotrwałą iluzją. Wyjechałam, zostawiając list na małej kartce. Zachowałam się jak wariatka, ale nie umiałam wtedy postąpić inaczej. 


[...]


„Obiecaj mi, że się jeszcze spotkamy”.

Obiecuję. No ale jak mamy się ponownie spotkać. Przecież ja mieszkam w Krakowie, ty w Sopocie. Mam do ciebie przyjechać? Mieszkasz tam, gdzie mieszkałaś? Masz ten sam numer telefonu co kiedyś? Masz jakiś e-mail? Jak się mamy spotkać, skoro nie mam na ciebie żadnych namiarów. Dziewczyno, nawet nie wiesz jak bardzo mnie wkurzyłaś tym, że wyjechałaś bez słowa, bez pożegnania. Mieliśmy mieć dla siebie jeszcze sześć dni! Mieliśmy się umówić na następne spotkanie, pożegnać. Dobrze się bawiłaś? Mam nadzieję, że dobrze się bawiłaś ze mną, a nie mną. 
 „Obiecaj mi, że się jeszcze spotkamy”… odwal się ode mnie!
To tylko sen. Wyśniłem sobie to wszystko. Za dwa tygodnie będę na morzu i wszystko wróci do normy.
Zatarłaś za sobą wszystkie ślady. Zabrałaś ze sobą radość, swobodę, światło. Posprzątałaś po sobie dokładnie. Mogłaś zostawić jakąś skarpetkę, majtki na lampie, szal na tarasie. Może cię w ogóle tu nie było, a ja wymyśliłem sobie tą całą szaloną sytuację. Tak, to tylko sen. 
Znalazłem twój zapach na poduszce. Zakochałem się w tobie. Wiesz, wariatko? Zakochałem się.

 

Tak mniej więcej wyglądał początek listu, który zacząłem pisać do Anny. Oczywiście wszystko skreśliłem i zacząłem pisać od początku. I znowu od początku. Czasami chciałem, żeby wiedziała wszystko, czasami uważałem, że lepiej będzie wszystko przed nią ukryć. Moje zakochanie było irracjonalne zapewne nie tylko dla mnie. 
Wpuściła mnie do swojego świata przez kuchenne drzwi i szybko wykopała przez frontowe. Nie miałem tyle szczęścia co Czarek, ale też nim nie byłem.


„Jakie miejsce wyznaczysz mi w swoim życiu, kim mógłbym się dla ciebie stać. Przyjacielem? Kochankiem? Chcę więcej. Chcę wszystkiego. Wszystkiego, albo niczego. Jeżeli nie chcesz mi dać wszystkiego to idź do diabła.
Wiem, że zawsze będziesz kochać Czarka. Kiedy zobaczyłem cię w kostnicy, kilka godzin po jego śmierci zrozumiałem, że zawsze będziesz go kochać, bo taka miłość się nie powtarza. Zrozumiałem, że nie straciłaś męża tylko tożsamość, wiarę, nadzieję, krew w żyłach i powietrze do oddychania. Ubrałaś go w ulubioną koszulę taką bez kołnierzyka, których nie cierpiał. Dotykałaś go, coś szeptałaś domyślałem się, że chciałaś się pożegnać. Nie płakałaś, byłaś bardzo spokojna. Wygładziłaś wszystkie fałdy na prześcieradle. Zakryłaś mu twarz i ostatni raz pocałowałaś przez biały materiał. A ja wziąłem cię na ręce i zaniosłem do pokoju, byle dalej od tego miejsca. Byłem tam dla ciebie, mogłabyś to pamiętać!”

 

To oczywiście też skreśliłem. 
Dwa dni później wyjechałem z Goa, choć do końca pobytu pozostało mi jeszcze kilka dni. Bez niej nie było tam dla mnie miejsca. W domu czekała na mnie żona. Czekała… za dużo powiedziane, po prostu tam była. Wyparła się romansów i nie zgodziła się na rozwód. Wszędzie w domu widziałem ślady obecności mojego brata, nawet nie starali się być dyskretni. Czyżby mieli mnie aż za takiego idiotę? W gruncie rzeczy nie miałem nic przeciwko, by tak o mnie myśleli. Przede mną było prawie pół roku na morzu, postanowiłem, że rozwiodę się kiedy wrócę. Dałem żonie pół roku na zastanowienie się nad całą sytuacją. Nie zamierzałem do niej wracać.

 

„Postanowiłem się rozstać z żoną. Dla Ciebie, niezależnie od tego czy wiążesz ze mną jakieś plany na przyszłość czy nie. Pokazałaś mi, czego oczekuję od kobiety, którą chciałbym nazywać żoną. Pokazałaś mi jak mógłbym i chciałbym się czuć. Teraz już wiem czego chcę i wiem, do czego mam dążyć. 

Nie rozumiałem kiedyś, dlaczego Czarek tak szybko i bez wyrzutów sumienia się w tobie zakochał. Wydawało mi się to dziwne, głupie, nierozsądne. Teraz wydaje mi się to zupełnie normalne. Jesteś radością. Nie wiem dlaczego właśnie tobie nakazano żyć w smutku. Chciałbym to zmienić. Pozwól mi to zmienić.
Tak łatwo się było w tobie zakochać. Tak po prostu. Niesiesz przed sobą światło, masz w sobie tyle ciepła, energii, wiary. Masz dar, który kieruje ludzi na dobre tory, każe zmieniać kierunek działań, dążyć do czegoś dobrego. Nie mówisz, że to jest łatwe, tylko że słuszne. Potrafisz odnaleźć i pokazać słuszne ścieżki. Zastanawiałem się, dlaczego los właśnie ciebie tak doświadczył i zabrał mężczyznę, którego kochałaś. Anka, ja… cieszyłem się, że on odchodzi, bo widziałem w tym szansę stanięcia u twojego boku…”

 

Nie… tego nie mogłem napisać. Znienawidziłaby mnie za te słowa, zanim zdążyłaby się zakochać. Ale… mimo wszystko znałem ją trochę. Mieszkaliśmy razem przez pół roku, przegadaliśmy niejedną noc. Zdążyliśmy się przez ten czas dość dobrze poznać. Nie było dla nas tematów tabu, rozmawialiśmy również o seksie. Jej podejście do seksu było niecodzienne, a właściwie nawet staroświeckie. Ania uważała, że seks bez miłości jest bez sensu. Nie do końca się z nią zgadzałem, a ona nie do końca zgadzała się ze mną. Znałem ją jednak na tyle dobrze by wiedzieć, że nie poszłaby z nikim do łóżka dla chwili przyjemności, by ubić jakiś interes, czy zwyczajnie coś osiągnąć. Fakt, że na Goa zostaliśmy kochankami pozwalało mi mieć nadzieję, że nie byłem jej obojętny, a nasze spotkanie nie było dla niej jedynie przygodą. Przecież nie wymyśliłem sobie naszego romansu, chociaż… to, co się stało było tak nieprawdopodobne, że wielokrotnie zastanawiałem się, czy przypadkiem nie było tylko snem lub efektem mojej wyobraźni. 
Przy Ance nic nie było jednoznacznie białe, ani jednoznacznie czarne.


„Tęsknię za tobą”.

Może od tych słów trzeba było zacząć list, rozmowę, cokolwiek. Tęskniłem. Brakowało mi jej. Nic nie było ważne. 
Praca, morze, służba. Codziennie to samo. Plany, wytyczne, regulaminy. Procedury. Porządek. Tego mi było potrzeba.

 

„Miałem uporządkowane życie. Praca, rodzina, dom, żona. Wakacje, sąsiedzi. Bardzo lubię porządek. Nie lubię zmian, niespodzianek, nagłych zwrotów akcji. Ty jesteś wszystkim, czego nie lubię, czego unikam, przed czym uciekałem całe życie”.

 

Tego też nie mogę napisać. Obrazi się i wyśmieje mnie. Albo najpierw mnie wyśmieje, a później się obrazi. 

 

„Długo do ciebie nie pisałem. Miałem wypadek, uszkodziłem sobie kręgosłup. Operacja i tego typu atrakcje. Lekarze mówili, że nie będę chodzić. Jakiś odważny neurochirurg stwierdził nawet, że nie będę mógł uprawiać seksu. Pomylili się wszyscy. Zaczynam chodzić, za miesiąc stanę na własnych nogach, za dwa powinienem odstawić kule. Maszyna na dole działa bardzo sprawnie, nie będziesz zawiedziona”.

 

Czy w końcu znajdę słowa lub tematy, które mógłbym do niej napisać nie narażając się na śmieszność lub nie wydając się niespełna rozumu? Widziałem w wyobraźni jak śmieje się czytając te słowa. Może w końcu powinienem przestać martwić się słowami i zacząć pisać sercem, a nie głową? Kiedyś zapytałem co ją w ludziach drażni, czego mam unikać by nie chciała mnie wyrzucić z kręgu swoich znajomych. „Bądź sobą. Bądź autentyczny. Wtedy nigdy mnie nie obrazisz, ani nie zranisz”.
Teraz zaczynałem rozumieć co chciała powiedzieć.
Wypadek był… głupi. Nie z mojej winy, po prostu wykonywałem rozkazy. Skończyło się to złamaniem kręgosłupa. Ani przez chwilę nie wierzyłem, że będę do końca życia poruszać się na wózku. 

 

„Ania, to dzięki tobie wróciłem do sprawności. Nie wyobrażałem sobie, że w przyszłości popychasz mój wózek. Nie wyobrażałem sobie, że mógłbym się z tobą nie kochać…”

Kiedy na badaniach kontrolnych, osiem miesięcy po wypadku stanąłem przed panią doktor o własnych siłach i z pełną erekcją, powiedziała tylko: „imponujące”. Nie wiedziałem co miała na myśli, stan mojego kręgosłupa czy przyrodzenia. Anka na pewno śmiałaby się gdybym jej to opisał. Na pamiątkę pozostała mi tylko blizna na plecach, ale nie sądzę, bym musiał się do Anki zbyt często odwracać plecami.

 

Minął rok od naszego spotkania na Goa. 
Dawno temu dziadek nauczył mnie jak robić papier. Zrobiłem jedną kartkę. Zajęło mi to tydzień. Kartka nie była duża, więc list nie mógł być długi. Niebieski atrament pasował.

 

„Szukam cię. Odnajduję i gubię. Znajduję nadzieję, że jest dla nas jakieś „jutro” i tracę ją. Nie wiem czego od ciebie chcę. Nie wiem, czego chcesz ode mnie. Bądź przy mnie, a znajdziemy odpowiedzi.
Wygrałaś ze mną. Dotknęłaś i popsułaś mnie. Wszystkie kobiety wydają mi się bez smaku i koloru. Żadna tobą nie jest. Napraw mnie. Bądź przy mnie.
Marzy mi się nasza codzienność. Wspólne śniadania. Wspólne zasypianie. Rozmowy o wszystkim do białego rana. Chcę się z tobą kochać. Na bogów… pragnę cię całym ciałem. Prowokujesz, kusisz, rozpalasz. Do bólu. Popsułaś mnie. Napraw mnie. Bądź przy mnie.
Zaopiekuję się tobą, będziesz się czuła bezpieczna. Nie pozwolę, by stało ci się coś złego. Będziesz mogła śmiać się, szaleć, milczeć, kłócić się ze mną, opowiadać o swoich marzeniach i wizjach. Razem zrealizujemy nasze marzenia. Możesz nie być silna. Możesz załamać się i płakać. Będę przy tobie.
Szukam cię. Wiem, że jesteś. Powtarzam sobie – żyjesz, pracujesz. Cholernie daleko. Nasze ciała spotkały się, może tak samo jest ci mnie brak. Jesteś mi bardzo bliska. Jak kobieta, jak człowiek. Przy tobie nie boję się być sobą. Popsułaś mnie. Napraw mnie. Bądź przy mnie.
Goa to nie był przypadek. To nie była przygoda. Nie dla mnie. 
Bądź przy mnie”.

 

Bez zbędnych słów. Tak, to mogłem do niej wysłać. 

 

 


- Anka, jak było na Goa? – 
Marta nie dawała za wygraną. Codziennie dzwoniła, a ja albo nie odbierałam, albo mówiłam, że nie mam czasu na rozmowę. Nie chciałam na razie nikomu mówić o tym, co wydarzyło się między Tomkiem a mną, a już na pewno nie Marcie, która rozplotkowałaby sensację o moim romansie po całym osiedlu. W końcu jednak musiałam opowiedzieć co się działo na w Indiach, przecież wycieczka była prezentem od niej.
- Było wspaniale. Bardzo ci dziękuję. Goa jest po prostu bajeczne, żałuję, że nie mogłaś tam pojechać. Ocean, plaża, ciepło, cisza spokój… 
po prostu cudownie. Wypoczęłam… - plotłam piąte przez dziesiąte.
- Wiem, byłam już tam dwa razy – Marta ucięła moje wywody – wysłałam cię tam na romans, a nie żebyś podziwiała okoliczności przyrody. Syn właściciela ośrodka jest bardzo przystojny…
- Nie zauważyłam – powiedziałam szczerze, bo naprawdę nie zauważyłam żadnego super przystojnego Hindusa. Jedynym facetem, na którego zwracałam uwagę był przecież Tomasz, ale o nim nie chciałam wspominać.
- Naprawdę tylko wylegiwałaś się na plaży i popijałaś słodki soczek z mango? Cóż za strata czasu. Twój wianek uschnie i obróci się w pył.
Rozbawiła mnie troska Marty o mój wianek, ale postanowiłam zmienić temat.
- A co u ciebie? Jak brzuszek?
- Brzuszek? – zdziwiła się – brzuszydło. Wielki bęben. Brzuchol. A w środku wielkiego brzuchola siedzi moja malutka córeczka.
 - Córeczka… - nie wiedzieć dlaczego ta informacja poruszyła we mnie czułą nutę – to cudownie…
- Jeszcze kilka tygodni. Już się nie mogę doczekać, bo mam wrażenie, że niedługo pęknę. Nie mogę się doczekać aż ją przytulę.
Nie chciałam słuchać o urokach macierzyństwa.
- Marta, przepraszam cię, ale muszę kończyć, ktoś do mnie idzie, chyba tata. Zadzwonię później.
- W porządku, zdzwonimy się. Trzymaj się.
- Ty też.
Nie kłamałam. Naprawdę zadzwonił domofon. Spodziewałam się wizyty taty. Z Indii przyjechałam miesiąc temu i ciągle nie miałam czasu, by się z nim spotkać. 


Czarek zmarł w listopadzie, a moja mama dwa miesiące po nim. Od tego czasu zbliżyliśmy się z ojcem do siebie. Niezbyt młoda wdowa i niezbyt stary wdowiec wspierali się nawzajem. Kiedy byłam dzieckiem cały mój świat kręcił się wokół taty. Wierzyłam w jego siłę i wiedzę. Był najmądrzejszy i najlepszy. Mama czasami krzyczała na mnie, wiele zabraniała, ale tata był łaskawy, przynoszący prezenty i łagodzący surowy wymiar maminych kar. 
Zdjął płaszcz i kaszkiet. Stał przez chwilę w przedpokoju nieco zakłopotany, szczupły i wysoki, z burzą siwych włosów. Niesforną fryzurę odziedziczyłam na pewno po nim.
- Wejdź – zaprosiłam go do salonu – zrobię herbatę.
Tata wręczył mi paczuszkę przewiązaną cienkim sznurkiem. Nie musiałam pytać co w niej jest, tylko w jednej cukierni pakowano pączki i drożdżówki w taki niemodny sposób.
- Dzięki – uśmiechnęłam się do ojca bo przez papier czułam zapach ulubionych smakołyków – jednak zrobię kawę.
- Trudno się do ciebie dopchać córeczko. Ciągle nie masz czasu, jesteś wiecznie w biegu…
Miał rację. Po powrocie z Goa rzuciłam się w wir moich czterech prac. Kompulsywnie. Z jednego miejsca jechałam w drugie. Sprzątałam w przychodni, prowadziłam gabinet psychologa, pracowałam w bibliotece i dorabiałam wykładając nocami towar w supermarkecie. Miałam przecież spory dług do spłacenia, nie mogłam stracić mieszkania. Po drugiej drożdżówce rozwiązał mi się język.
-  „Kiedy człowiek nie ma czasu myśleć mniej cierpi” – przytoczyłam słowa, które przeczytałam kiedyś, zapewne za czasów licealnych. Prowadziłam wtedy notes z cytatami, które wydały mi się inspirujące lub mądre. 
- Rozumiem… - powiedział tata zapewne łącząc cytat z żałobą po śmierci Czarka, jednak nie miał on nic wspólnego z Czarkiem. O tym jednak nie mógł wiedzieć – to już ponad dwa i pół roku, widać potrzebujesz więcej czasu.
Nie chciałam ojcu kłamać. Poza tym musiałam komuś powiedzieć o tym, co się dzieje w moim sercu, bo miałam wrażenie, że pęknę zupełnie jak Marta.
- Tato, pamiętasz Tomasza? Tomka, najlepszego kolegę Czarka?
Zastanowił się przez chwilę.

- Tego wysokiego wojskowego? – przytaknęłam szybko – pamiętam.
Tata patrzył na mnie wyczekująco. Skoro zaczęłam mówić musiałam dokończyć.
- Spotkaliśmy się w Indiach. Przypadkiem, przysięgam, choć trudno w to uwierzyć – dodałam szybko bo mojemu rodzicielowi brwi podjechały do połowy czoła ze zdumienia – i… mieliśmy tam romans.
- I co? Stało się coś? Zrobił ci coś złego?
- Nie, nie… - zaprzeczyłam szybko – nic złego mi nie zrobił, wręcz przeciwnie, był wspaniały…
- To o co chodzi, bo przestaję rozumieć… skoro wszystko wspaniale to skąd twoja smutna mina? Jesteście dorośli.
- Wyjechałam bez słowa i zapewne się na mnie obraził. Nie wiem, czy dobrze zrobiłam ucinając w ten sposób znajomość, czy może zrobiłam największą głupotę w życiu… 
Łzy same popłynęły. Tata podał mi swoją kraciastą chusteczkę. Kiedy ją zobaczyłam od razu odechciało mi się płakać, bo była tak strasznie niemodna i staroświecka, że aż wydała mi się zabawna.
- Powiedziałem przed chwilą, minęło dwa i pół roku. Dla jednych będzie to aż dwa i pół roku, dla niektórych zaledwie. Może potrzebujesz więcej czasu.
Patrzyłam na ojca bez słowa. Zawsze wierzyłam w jego siłę i wiedzę.
- A dla ciebie? – zapytałam – ile minęło czasu po śmierci mamy?
- Dla mnie ona ciągle żyje – powiedział, a ja wzruszyłam się. Kraciasta chusteczka musiała być ciągle w pogotowiu – tylko nie myśl, że z tobą ma być tak samo. Ty jesteś młoda. Pamiętam tego wojskowego, wydawał się być godny zaufania, taki solidny i konkretny.
- Jak to wojskowy - uśmiechnęłam się mimo woli. Tak, Tomasz był solidny i konkretny, a tata nigdy nie przepadał za niezbyt konkretnym Czarkiem.
- Zadzwoń do niego, zostaw wiadomość. Wyjaśnij… jeżeli mu zależy zrozumie, jeżeli nie zależy… szkoda czasu.
Nie powiedziałam ojcu, że tak naprawdę mam do Tomka jedynie stary adres e-mail, którego zapewne nie używa od dawna. Nie powiedziałam też ojcu o swoich problemach finansowych. Niech myśli, że moja intensywna praca jest spowodowana kłopotami uczuciowymi, a nie finansowymi. Spotkanie mimo wszystko pomogło mi. Powiedziałam komuś o Tomku i za to, co zrobiłam nie zostałam spalona na stosie.
- Skontaktował się ze mną kuzyn. Roland. Pamiętasz go? – ojciec zmienił nagle temat. 
- Ten, który wyjechał do Szwajcarii? – coś mi świtało, ale samego wujka nie pamiętałam.
- Tak ten sam. Wyjechał do Szwajcarii jak byłaś malutka. Bardzo cię 
z żoną lubili. Otóż zaprosili mnie do siebie i zamierzam jechać. Może pojedziesz razem ze mną? Rozerwiesz się, odpoczniesz i poznasz rodzinę… - ojciec zachęcał mnie, ale przecież nie mogłam jechać, musiałam spłacać długi.
- Teraz nie mogę, mam masę pracy. Naprawdę mam masę pracy – dodałam widząc pełne dezaprobaty spojrzenie. Przecież nie kłamałam.
- Wyjeżdżam za dwa tygodnie i zostanę aż mnie wyrzucą – ojciec śmiał się, a ja cieszyłam się widząc go tak radosnego. 

Dwa tygodnie później zawiozłam tatę na lotnisko, wyściskałam i pilnowałam by trafił do odpowiedniego samolotu. Oprócz niesfornej fryzury odziedziczyłam po nim kiepską orientację w terenie. 
Poza tym nic się nie zmieniło. Szłam, biegłam, wchodziłam, wychodziłam, cały czas w ruchu, jak szczur w labiryncie. Czułam się po pewnym czasie jak wydmuszka, albo pozbawiony woli i serca robot, zaprogramowany jedynie do pracy i krótkiej regeneracji snem. Spałam niewiele, prawie wcale. Moim paliwem była mocna kawa. Odganiałam wszelkie refleksje i uczucia jak odgania się natrętne muchy. Nie chciałam pamiętać. Nie chciałam czuć, tęsknić, potrzebować. Uparłam się, ale myśli i tak wracały do Tomka, jakby były bardziej uparte niż ja. 
Tomasz nic nie wiedział o niebotycznych, jak na moje zarobki, problemach finansowych. Nie chciałam, by wiedział, nie chciałam by mi pomagał, nie chciałam mu odmawiać, bo przecież zaproponowałby swoją pomoc. Wstydziłam się własnych zaniedbań, za które teraz płaciłam przelewem, czasem i własnym zdrowiem. Rzecz jasna spółdzielnia mieszkaniowa nie chciała odbierać mi zdrowia, ale w sumie do tego się sprowadzało. 

 

Tak minęły prawie dwa lata. Kolejny czas kiedy mnie nie było w moim życiu. Tym razem nie okrywała go żadna tajemnica, czy niewiedza. To był czas oddany na spłatę własnych długów.  
Czasami w nocy, kiedy nie mogłam zasnąć, wychodziłam na balkon i patrzyłam na niebo. Miałam nadzieję, że Tomasz także na nie właśnie patrzy i przyglądając się znikającemu za horyzontem Orionowi zastanawia się, czy czerwona Betelgeza wybuchnie i rozświetli niebo spektakularnym widowiskiem. Było to niemal romantyczne.  
Nie przyznawałam się do romantyzmu, przynajmniej nie oficjalnie. Wspomnienie Goa schowałam w sercu jak najcenniejszy skarb. Zamknęłam się w sobie ponownie, założyłam maskę młodej wdowy i przeganiałam wszystkich absztyfikantów. Żaden przecież nie był Tomaszem. Napisałam do niego list, ale nie odpisał. Nie zdziwiłam się, to był stary, mailowy adres, zapewne od dawna z niego nie korzystał. Nie zapytałam go przecież ani o nowy adres, ani o numer telefonu. Pewnie czuł się urażony. Może nawet myślał, że zabawiłam się jego kosztem. Nie chciałam żeby tak myślał. Musiałabym sama siebie uznać za ostatnią kłamczuchę, gdybym twierdziła, że w Indiach udawałam i to była tylko gra. 
Zdawałam sobie sprawę, jak nieszczerze brzmiało kiedy mówiłam, że lubię jasne sytuacje, a sama komplikowałam sobie życie jak tylko się dało. Nocami gapiłam się w gwiazdy i czekałam na jakikolwiek jego ruch. Dlaczego mnie nie szukał? Przecież doskonale wiedział gdzie mieszkam. Może to on zabawił się moim kosztem?
Jednak szukał. Tamtego dnia wracałam do domu z biblioteki wlokąc nogę za nogą. Kierowniczka zarządziła meliorację katalogu i miła dniówka okazała się żmudną, benedyktyńską pracą. Weszłam do bloku, otworzyłam skrzynkę i znalazłam list. Może to komornik – zadałam w myślach pytanie i ścisnęło mi się serce. Albo administrator budynku? Przecież wszystkie długi i bieżące należności spłacałam w terminie, nie mogli mi nic zarzucić. Koperta była niebieska, adres napisany starannym, niemal technicznym pismem, które dobrze znałam. List wysłano z Krakowa. Zamknęłam skrzynkę i wbiegłam po schodach jak na skrzydłach. Rzuciłam w przedpokoju siatkę z zakupami i prochowiec, weszłam do salonu. Usiadłam po turecku na kanapie, list położyłam przed sobą. Pogładziłam dłońmi kopertę nie mając odwagi jej otworzyć. 
Wiedziałam, że list jest od Tomka, ale nie wiedziałam co do mnie napisał. Może zrównał mnie z ziemią za wyjazd bez pożegnania? Może chciał jedynie poinformować, że dobrze się bawił i podziękować za dalszą znajomość? Co miałam nadzieję przeczytać? Na pewno nie wyznania miłości. Chciałam, żeby zaproponował mi spotkanie, albo wymianę korespondencji, wiadomości, smsów, cokolwiek. Chciałam, żeby znów był w moim życiu. Nie pojawiał się i nie bywał, tylko był. Przecież wiedziałam, że rzadko jest w domu i nie ma zbyt dużo wolnego czasu, ale mógłby dla mnie znaleźć chwilę. 
Bałam się, dlatego siedziałam kilka godzin jak idiotka i patrzyłam na niebieską kopertę. 

- Raz kozie śmierć – powiedziałam i delikatnie rozcięłam kopertę z boku. List został napisany niebieskim atramentem na czerpanym papierze, może nawet robionym własnoręcznie. 
 Przeczytałam go pierwszy raz szybko przebiegając wzrokiem po słowach. Potem jeszcze raz i jeszcze... powoli i dokładnie. „Napraw mnie. Bądź przy mnie.” 
Płakałam. Nie wiem, czy nad swoją bezradnością, czy ze szczęścia. Ten list był dowodem, że to czego doświadczyłam nie śniło mi się, nie przywidziało, ale wydarzyło naprawdę. I naprawdę zależało mu na mnie tak bardzo jak mi na nim. Albo bardziej. 
Nosiłam ten list przy sobie, by dodawał mi sił w moim „przymusowym obozie pracy”. Wiedziałam, że już niewiele długu zostało do spłacenia i wkrótce znowu będę wolna. Postanowiłam odpisać, chciałam jednak odczekać kilka dni, żeby emocje opadły. Pracując czy wracając z pracy, robiąc kolację, zasypiając układałam sobie w myślach słowa, zdania, akapity. Tyle miałam do powiedzenia, tyle chciałam wyjaśnić. 

W końcu napisałam list. 
Myślałam, że ułożyłam jakiś schemat, ale emocje i tak wzięły górę. Było mi trudno pisać, bo przepływało przeze mnie wiele sprzecznych uczuć. Dużo było w liście pytań, garść uczuć przemyconych między słowami, mnóstwo nadziei. Chciałam powiedzieć Tomkowi jedno, wykrzyczeć. Kreśliłam czerwonym atramentem: „.Jakiś czas temu zgubiłam się, ale odnajduję siebie przy Tobie”. Był moim portem, domem, kresem, bez niego gubiłam się na najprostszej drodze. 

Włożyłam list do czerwonej koperty, napisałam jego imię i nazwisko. Sięgnęłam po niebieską kopertę, ale nie znalazłam na niej adresu zwrotnego. Cała moja radość i nadzieja ulotniły się w mgnieniu oka. Tomasz nigdy nie zapomniałby o swoim adresie, był przecież do obrzydzenia dokładny, niemal pedantyczny. To mogło oznaczać jedynie, że nadawca nie życzył sobie odpowiedzi. Nie rozumiałam tego. Mogłam wysłać list na adres jednostki, mogłam poszukać adresu w Internecie. 
Pisał „Szukam Cię” i nie zostawiał zwrotnego adresu, żebym przypadkiem go nie znalazła. Jaki to miało sens? Tak wiele było sprzeczności w moim osobistym żołnierzu, tak bardzo lubił komplikować sobie życie. Niestety ja byłam taka sama. Postanowiłam nie wysyłać listu, ale nosiłam go w torebce na wszelki wypadek, gdybym spotkała Tomasza na ulicy. Dziwaczny pomysł, zważając na to, że dzieliły nas setki kilometrów. Ale ja wierzyłam w cuda, przecież ciągle mi się zdarzały. Skoro mogliśmy się spotkać na Goa, mogliśmy się spotkać w Sopocie.

W marcu, po prawie dwóch latach skończyłam spłacać długi. Wyszłam na prostą. Obeszło się bez większych ofiar, nie licząc krótkiego pobytu w szpitalu, po tym jak zasłabłam na ulicy. Po prostu zupełnie zapomniałam o jedzeniu. Tata w trybie w ekspresowym postanowił wysłać mnie do Szwajcarii.


[...]

 

Wyjazd do Szwajcarii 
zapowiadał się bardzo przyjemnie. W pracy wysłano mnie na zaległy urlop, który powinnam wykorzystać do końca marca, ale szef zgodził się bym wykorzystała go do końca kwietnia. Tata zawiózł mnie na lotnisko. Towarzyszył mi w długiej kolejce do odprawy, żebym się nie zniechęciła i nie wróciła do domu. Bał się o moje zdrowie, coraz częściej bolał mnie żołądek. Ostatnie miesiące dały mi w kość, ale zamierzałam odpocząć u szwajcarskich, krystalicznych wód, nad krystaliczną rzeczką, w krystalicznym powietrzu.

Lot był krótki i komfortowy, w iście szwajcarskim stylu. W Lozannie wujek z ciotką czekali  na lotnisku. 
- Aneczka! – wołał i machał do mnie jakiś wielki, brodaty mężczyzna. Jak przez mgłę przypomniałam sobie wielkiego, brodatego mężczyznę, który nosił mnie na barana i podrzucał do góry kiedy mama nie widziała. Wygląda na to, że przez trzydzieści lat nic się nie zmienił, natomiast ja przez ten czas zmieniłam się bardzo. W końcu jak się jak ostatni raz wiedzieliśmy miałam cztery lata.
- Dzień dobry wujku – powiedziałam tonąc w uścisku wielkiego niedźwiedzia.
- Tylko jej nie uduś! – krzyczała ciocia Jadwiga szarpiąc swojego małżonka za ramię. Nie pamiętałam jej wcale. Przeszłam z męskich ramion w damskie ramiona, zostałam znowu solidnie wyściskana i wycałowana. 
To była polska, a nie szwajcarska serdeczność.
- Jak podróż? – dopytywał się wujek – nawet nie wiesz jak bardzo się cieszę, że do nas przyjechałaś. Twój tata nie chciał wyjeżdżać, mam nadzieję, że ty też nie będziesz chciała.
- Oj wujku, żebyś nie powiedział tego w złą godzinę – powiedziałam i śmialiśmy się wszyscy. 
Zabrali mnie do swojego ogromnego i bardzo nowoczesnego domu, projektowanego przez wujka, wybudowanego na przedmieściach Lozanny, blisko pól i lasu. Nie mieli dzieci, za to mogli poszczycić się gromadką kotów. Cztery, pięć lub nawet więcej. Kocie ogony mnożyły się w moich oczach i nie mogłam się ich doliczyć. Ulubieńcy pani domu mieli swoje pokoje, dietetyka, trenera osobistego i masę urządzeń mających zapewnić im rozrywkę.
- Nie mamy dzieci… - tłumaczył się wujek widząc moje zdumione spojrzenie znad jacuzzi dla kotów – Jadzia nie mogła urodzić… a koty kochamy oboje.
Przez chwilę pomyślałam, że czeka mnie taki sam los i za kilka lat będę miała kilka kotów, bo nic nie wskazywało na to, bym kiedykolwiek miała dziecko.
- Wujku z żadnej miłości nie trzeba się tłumaczyć, a zwłaszcza miłości do kotów – powiedziałam i kichnęłam, czym wywołałam uśmiech wujka. Przytulił mnie.
- Zawsze wiedziałem, że jesteś wyjątkowo mądrą dziewczynką… ale teraz chodź, Jadzia zrobiła pyszne naleśniki.
Traktowali mnie trochę jak dziecko, bo mogłabym być ich dzieckiem. Wujek woził mnie po wszystkich miejscach wartych zwiedzania i oglądania. Zapoznał ze swoimi przyjaciółmi, chwalił się moimi osiągnięciami zawodowymi, był dumny, że niedawno zaczęłam pracować jako wykładowca na wyższej uczelni. O tym, że wykładałam również towar na półki w supermarkecie nie powiedziałam, aby nie psuć obrazu idealnego gościa. Zabrał mnie nawet do klubu jeździeckiego, w którym pierwszy raz w życiu jeździłam na koniu. I pierwszy raz niemal spadłam z konia, ale przed upadkiem uchronił mnie przystojny Szwajcar.
- Nic z tego Adamie – powiedział ze śmiechem wujek do instruktora jazdy – to moja podopieczna. Ręce trzymaj przy sobie. 
Adam wyglądał na rozczarowanego, a ja doszłam do wniosku, że na świecie są inni mężczyźni poza Tomaszem, o którym wstyd się przyznać w Szwajcarii zupełnie zapomniałam.
- Uważaj na tego faceta – wujek ostrzegał mnie konspiracyjnym szeptem – to straszny babiarz, żadnej nie przepuści.
No cóż… widać miałam słabość do mężczyzn, o których mówi się „babiarz”. 

Ciocia gotowała wspaniale, naleśniki faktycznie były wyborne. Jedliśmy późne śniadanie w przeszklonej kuchni z widokiem na zamglone pola kiedy zadzwonił telefon ciotki. Rozmawiała po niemiecku, niewiele zrozumiałam, po raz kolejny żałując, że niemieckiego uczyłam się na zasadach 3xZ czyli Zakuć, Zdać i Zapomnieć. Po chwili skończyła i usiadła przy stole wyraźnie zdenerwowana. Najwyraźniej coś poszło nie po jej myśli. 
- Szlag trafił moją wycieczkę do Florencji! A tak się cieszyłam! 
Dwa lata czekałam, żeby zwiedzić Uffizi … - powiedziała na jednym oddechu smarując grzankę masłem w zabójczym tempie.
- Co się stało? – dopytywał się wujek. Sama byłam ciekawa, ale przecież nie wypadało mi pytać. Ciocia jednak nie potrzebowała dużej zachęty.
- Rosenzweig przełożył wernisaż akurat na trzydziestego pierwszego, bo Bollder może tylko trzydziestego pierwszego, potem jedzie do Montrealu i wraca w maju. Tak, oczywiście Bollder nie konsultuje z nikim swoich terminów. Najpierw mówił, że trzeciego, a teraz wszystko trzeba przełożyć! A ja już mam bilety! Zmarnują się, cholera... - spojrzała na mnie szukając zrozumienia, a może pocieszenia. Starałam się nadążyć za tym co mówi ciocia nie starając się zrozumieć, bo byłam tak daleka od zrozumienia tego, co się dzieje w świecie sztuki współczesnej jak Boże Narodzenie od Sobótki. 
- Rosenzweig to mój szef – wyjaśniła ciocia widząc moje zdezorientowane spojrzenie -  pracuję od lat w galerii Swiss Art Space, promujemy naszych artystów. Bollder to znany amerykański krytyk sztuki, numer jeden w kwestii tego, co się naprawdę liczy we współczesnej  sztuce. Jego obecność uświetni wernisaż i będzie szansą dla artysty. Wiesz, prestiż…
Uderzyłam się w czoło.
- Ach Bollder, ten Bollder, jakże mogłam zapomnieć. 
Wujek zaczął się głośno śmiać. Wiedział, że nie miałam zielonego pojęcia kim on jest, ale niezarażona moją niewiedzą ciocia ciągnęła dalej.
- Zatem rozumiesz, prawda? Zaplanowałam sobie tour po Florencji, bo dawno tam nie byłam, a kocham to miasto. Żal, po prostu żal, żeby bilety się zmarnowały… Byłaś kiedyś w Uffizi, kochana?
- Nie, nie byłam...  – ogólnie moja polska stopa nigdy nie postała na włoskiej ziemi.
Ciotce najwyraźniej kiełkował w głowie jakiś niecny plan. Zanim zdążyłam coś powiedzieć odezwał się wujek.
- To świetny pomysł! - wykrzyknął - Anna! Ty pojedziesz do Florencji!
Uśmiechnęłam się mimo woli. Chyba nie miałam w kwestii wycieczki niczego do powiedzenia, niegrzecznie byłoby odmówić. Bilety do Uffizi kupowało się z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem. Miałam szczęście. Wujek i ciotka zapewnili mi już sporo lokalnych atrakcji, ale czekała na mnie jeszcze wyprawa do Włoch. Najbardziej na świecie lubiłam miłe niespodzianki, zwłaszcza takie od losu. I nie przeszkadzało mi wcale, że pojadę na wycieczkę sama.

 

„Gdzie się szfendasz” dostałam od Marty smsa z brutalnym błędem ortograficznym, który mnie obezwładnił na chwilę. 
„Szfendam się po Szfajcarii” odpowiedziałam zwięźle. Marta nie załapała dowcipu.
„Rozstałam się z Marcinem. Wracaj szybko, będę cię potrzebować…”

W ten sposób przeszłość upomniała się o mnie. Kiedy przyjęłam od Marty wycieczkę na Goa zastanawiałam się jak mogłabym się jej zrewanżować za ten szczodry prezent. Powiedziała, że przyjdzie do mnie 
na terapię kiedy rozstanie się ze swoim facetem. Nie układało im się od jakiegoś czasu, wieczne kłótnie nie zwiastowały niczego dobrego. Najbardziej było mi szkoda ich ślicznej jak obrazek dwuletniej córeczki.

Tymczasem jechałam do Włoch pociągiem przez Alpy. To była kolejna miła niespodzianka, bo kiedyś marzyliśmy z Czarkiem, że wybierzemy się w podróż szwajcarskimi kolejami. Po raz kolejny żałowałam, że nie ma go przy mnie i nie mogę się z nim podzielić wrażeniami. A może był? Na wszelki wypadek uśmiechnęłam się do swojego odbicia w szybie, mając nadzieję, że na chwilę pojawi się przy nim brodata, uśmiechnięta twarz.
Solidne szwajcarskie koleje i zapierające dech widoki za oknem. Zachęcona przez wujka, który opowiadał mi o zderzaczu hadronów czytałam książkę Stephena Hawkinga. Zanim zabrałam się za czytanie intuicyjnie czułam, że nie podzielę jego zachwytu nad lekturą. Miał rację tylko w jednej kwestii, że użycie wzoru matematycznego w książce zmniejsza ilość jej czytelników o połowę... ja należałam do tej grupy. Wsunęłam książkę do torebki i natrafiłam na list do Tomka, zaklejony. 
W gotowości. 

Czy ja go jeszcze kiedyś spotkam? - przyszło mi na myśl. 
„Szukam cię” – przypomniały mi się pierwsze słowa listu od Tomka. Od pobytu na Goa upłynęły dwa lata, równo dwa lata.

Znajdź mnie – nakazałam mu w myślach.

 


Nie rozwiodłem się, miałem ważniejsze sprawy na głowie. Wypadek, operacja, rehabilitacja, a później pożegnanie z bronią i armią. Nic z tych rzeczy nie przypadło do gustu mojej żonie, a najmniej mąż bez munduru. Z sobie tylko znanych powodów nie chciała rozwodu. Nie przeszkadzało jej nawet to, że przez ostatnie dwa lata mieszkałem na drugim końcu kraju i prawie się nie widywaliśmy. Zaproponowałem jej dom, samochód i alimenty, ale ciągle nie zgadzała się na rozwód.
Myślałem o Annie, ale skłamałbym gdybym powiedział, że robiłem to ciągle, Wkradała się w moje myśli od czasu do czasu, robiła bałagan i znikała pozostawiając po sobie niedosyt. Nie odpisała na mój list, co ostatecznie utwierdziło mnie w przekonaniu, że na Goa jedynie dobrze się bawiła, więc i ja postanowiłem traktować nasze spotkanie jako dobrą zabawę. 

Dlaczego właśnie Włochy, dlaczego Florencja i dlaczego „Narodziny Wenus”? Nie wiem. Racjonalnego wytłumaczenia nie mam. Włochy bo ciepło, Florencja bo kolorowo, „Narodziny Wenus”, bo kobieta na obrazie była podobna do Anny. Dlaczego właśnie 1 kwietnia godzina 14.23? Nie mam pojęcia. Właśnie o tej porze stałem przed obrazem i podziwiałem kunszt malarza. Czy po to przyjechałem do Włoch? Wtedy wydawało mi się, że tak. 

Przy obrazie zobaczyłem dziewczynę, która wydała mi się podobna do Wenus. Gdyby miała rudawe włosy wyglądałaby jak bogini. Pomyślałem, że gdyby Anna zamiast blond miała rudawe włosy i oczy w kolorze miodu też wyglądałaby jak Wenus. Później pomyślałem, że ta dziewczyna stojąca pod obrazem jest bardzo podobna do Anki, ma tylko dużo dłuższe włosy. Po chwili byłem pewny, że to jest ona. Dziwne? Nie dziwniejsze niż spotkanie w Indiach. Świat jest dla nas za mały – pomyślałem i złapałem ją pod rękę, żeby nie uciekła, bo wiedziałem już, że ma tendencję do tajemniczych pojawień i równie zagadkowych ucieczek.
Zdrowo walnięta pani psycholog.
- Cześć, czy to mnie szukasz? – zaśpiewałem jej do ucha. Odwróciła się powoli, patrząc na mnie zdumionym wzrokiem. Nic. Żadnego „witaj”, żadnego „co tutaj robisz” czy „po co mi gitarę zawracasz”, tylko zdumione spojrzenie. Już zaczynałem żałować, że w ogóle do niej podszedłem, przecież nie odpowiadając na mój list dała wyraźnie do zrozumienia, że nie tęskni za dalszym kontaktem, kiedy zarzuciła mi ramiona na szyję i pocałowała. Protestowałem? Ani trochę. Całowałem również, za wszelką cenę starając się uniknąć wrażenia, że czas staje, a otaczający nas ludzie rozmywają się. Turyści śmiali się z nas i klaskali. Jeden z nich pokazywał na Wenus i na nas dając do zrozumienia, że jesteśmy pod opieką bogini i pod jej czujnym okiem.
Anna zauważyła, że robimy przestawienie i z uśmiechem schowała się w moje ramiona. Nie skończyliśmy jeszcze zwiedzania, ale skoro kolejny raz spotkaliśmy się w tym samym miejscu i o tym samym czasie, oglądanie obrazów raczej nie było nam pisane. Złapałem ją za rękę i wyprowadziłem na zewnątrz, bynajmniej nie mając romantycznego nastroju. Postawiłem ją na jednym z trzech schodków, sam stanąłem niżej, aby w końcu nasze twarze znalazły się na jednym poziomie.
- Przepraszam – powiedziała widząc mój nienajlepszy humor.
- Za co przepraszasz – chciałem żeby uściśliła czy za ucieczkę z Goa, za brak odpowiedzi na mój list, czy za nazbyt namiętne powitanie pod obrazem. Złapała mnie za ręce.
- Popsułam ci zwiedzanie. Pewnie zamówiłeś bilety już dawno…
- W dupie mam bilety i zwiedzanie – warknąłem. Nic nie rozumiała, a może nie chciała rozumieć. 
Milczeliśmy przez chwilę. 
- Nie powinnam robić sceny. Narobiłam ci wstydu. Może gdzieś usiądziemy i porozmawiamy, dawno nie rozmawialiśmy… ale zapewne nie jesteś tu sam. Cholera… jesteś pewnie z żoną, a ja…
Gadała głupoty.
- Dlaczego nie odpisałaś na mój list? – przerwałem jej. Popatrzyła na mnie zdziwiona.
- Chciałam. Odpisałam nawet.
- Odpisałaś? Dlaczego więc go nie mam?
- Bo ja go mam.
Otworzyła torbę i wyciągnęła kopertę z czerpanego papieru. Było na niej napisane moje imię i nazwisko, nic więcej. Od roku nosiła list przy sobie. Złapałem się za głowę. Sięgnęła po raz drugi do torby i wyjęła list, który do niej wysłałem. 
- Nie ma adresu zwrotnego…
Usiadłem na schodach. W mgnieniu oka sytuacja przewartościowała się. Przez cały czas myślałem, że ona nie odpowiedziała na mój list, bo nie chciała tego zrobić. A teraz…
- Nie zrobiłem tego specjalnie – powiedziałem uważając, 
że powinienem się jakość wytłumaczyć - mam przepraszać?
- Nie masz za co. A właściwie masz. Myślałam, że zrobiłeś to specjalnie. Żebym nie mogła odpowiedzieć.
- Dlaczego przypisujemy sobie najgorsze intencje? – zapytałem. Milczała, zapewne znała odpowiedź, w końcu była psychologiem – daj mi swoją odpowiedź teraz.
Wyciągnąłem rękę po list. Uścisnęła tylko moją dłoń.
- Nic z tego – uśmiechnęła się – czas minął, list uległ przedawnieniu.
Wiedziałem, że nie da mi tego listu.
- Czy przez dwa lata coś się zmieniło? Pisałeś, że mam być przy tobie…
- Nie. Tak – nie wiedziałem co odpowiedzieć, być może wszystko co napisałem również uległo przedawnieniu – powiedz dlaczego wyjechałaś bez słowa.
Nie odpowiedziała. Usiadła obok mnie i objęła się ramionami jak zawsze, kiedy czuła się niepewnie. Ciągle ją atakowałem, zadawałem pytania, żądałem konkretnych wyjaśnień. 
- Nie wyjechałam bez słowa. Zostawiłam przecież kartkę.
- Pytałem dlaczego wyjechałaś bez słowa – nie miałem ochoty na gierki słowne. Myślałem, że nie doczekam się odpowiedzi.
- Mój pobyt już się skończył, tobie zostało jeszcze kilka dni. Prosiłbyś mnie, abym została dłużej. Nie mogłam. Miałam duże kłopoty z kasą, musiałam wracać jak najszybciej. Zaproponowałbyś mi pomoc finansową, musiałabym odmówić. Pokłócilibyśmy się i zapomnieli o tym, co dobre. Nie chciałam zapomnieć.
Był to najbardziej prawdopodobny scenariusz i zapewne tak by się właśnie stało. Zauważyłem na czole Anny poziomą zmarszczkę, której dwa lata wcześniej tam nie było. Przez moją głowę przelatywało tysiąc myśli. Złapałem ją za rękę. 
- Chodź do mnie – powiedziałem. Usiadła mi na kolanach i przytuliła się jak dziecko. Pocałowałem ją w poziomą zmarszczkę na czole.
- Na Goa wróciłeś mnie do życia – powiedziała cicho - dałeś mi siłę. Było… nierealnie. Po powrocie trudno mi było uwierzyć, że to prawda. Długo się zastanawiałam czy ta bajka wydarzyła się naprawdę.
Wtedy zastanawiałem się nad tym samym. Siedzieliśmy przytuleni.
- Jesteś tu z żoną? – zapytała.
- Nie. Jestem sam. A ty? Z mężem? Chłopakiem?
- Ja? Z chłopakiem? Myślałam, że ty jesteś moim chłopakiem – śmiała się i spoważniała po chwili – jestem sama. Z nikim się nie związałam, nie umawiam się na randki, bo… tęsknię tylko za twoim dotykiem…
Całowałem ją. Długo i mocno. Wszystkie listy przestały być ważne. Braki odpowiedzi przestały być ważne, dwa lata bez niej skurczyły się do jednej sekundy. Wszystko przestało być ważne. 
- Wynająłeś jakiś pokój w hotelu, choćby malutki? – pytała między pocałunkami, a ja śmiałem się, bo właśnie chciałem ją poinformować, że czeka na nas pokój w hotelu i czy dałaby się do niego zaprosić niekoniecznie na oglądanie znaczków pocztowych, bo jej oczy były szare jak zimowe niebo.
- Nawet całkiem niedaleko.
- No to biegiem.
Jak biegiem to biegiem. Skoro damie się spieszy trzeba biegiem.
Zdążyłem tylko na klamce zawiesić napis „nie przeszkadzać”. 
Nie zdążyłem zaciągnąć Anny do łóżka, do którego wydawało mi się tak strasznie daleko. Przy wejściowych drzwiach uklęknąłem przed nią jak do oświadczyn, rozpiąłem jej spodnie i zsuwając całowałem brzuch, biodra i uda. Kobieta nie powinna chodzić w spodniach. Przełożyłem jej udo nad swoim ramieniem i obejmując pośladki całowałem najwrażliwsze miejsca. Trzymała moją głowę, zatapiała place we włosach i krzyczała z rozkoszy śmiejąc się z kogoś, kto w sąsiednim pokoju uderzaniem w ścianę wyrażał dezaprobatę dla hałasu, który robiliśmy. 
Wstałem z kolan, pozwoliłem by objęła mnie udami i dopiero wtedy łóżko okazało się przydatnym meblem. Tego popołudnia dowiedziałem się co znaczy kochać się tak, by płoszyć gołębie i denerwować sąsiadów.

Leżeliśmy w milczeniu, przytuleni, splątani. Anna kierowała wzrok poza moim ramieniem, przez okno, daleko w niebo. Spokojna, rozmarzona, uśmiechnięta lekko. Byłem zazdrosny o jej myśli i o niebo, na które patrzyła.
- Wyjdziesz za mnie? – zapytałem zanim zdążyłem pomyśleć co mówię. Uniosła brwi i zgodnie z przewidywaniami spojrzała na mnie jak na wariata.
- Dotychczas to ja pytałam czy wejdziesz we mnie. A może chciałeś zapytać czy wejdę na ciebie.
Nie mogłem się nie roześmiać. Tak, zabawa słowami była jej mocną stroną. Nieodpowiadanie na pytania również. Wywinęła się od odpowiedzi z wdziękiem chcąc skierować moje myśli na zupełnie inne tory.
- Pytam całkiem poważnie. Teoretycznie – nie dałem się zbyć.
- Pewnie, że nie praktycznie, bo zapomniałeś o jednym, drobnym fakcie. Jesteś żonaty. Jesteś żonaty? – zaczęła błaznować – o święta panienko co ja robię w łóżku z żonatym facetem. Mamma mia!
- Kochasz się z nim – przypomniałem Annie, co robi w łóżku z żonatym facetem i przyciągnąłem do siebie. Jej plecy przylegały do mojego torsu i trzęsły się ze śmiechu.
- Kocham się z nim? Uprawiam z nim sex przez duże S. I zaraz mu każę spadać przez jeszcze większe S. I nie wyjdę za niego nawet przez bardzo małe W.
Widać chciała pochwalić się znajomością alfabetu. 
- Dobrze zołzo przez duże Z – powiedziałem i śmialiśmy się. Odwróciła się do mnie i przytuliła swój policzek do mojego policzka. Powoli rozbawienie nas opuszczało.
- Od zawsze mam wrażenie, że żyję w chaosie, że nie ma blisko mnie nic uporządkowanego – mówiłem całując ją delikatnie – pojawiłaś się ty i wprowadziłaś jeszcze większy bałagan. Mimo to mam wrażenie, że kiedy jesteś przy mnie wszystko jest w porządku i wszystko jest na swoim miejscu…
Odsunęła się na tyle, by popatrzeć na mnie. Badawczo, jak zwykle. Lubiłem ten moment, w którym nabiera powietrza by coś powiedzieć, ale rezygnuje. Kiedy brakuje jej słów lub ma ich za dużo. Zamknęła miękko oczy i pocałowała mnie rozsuwając końcem języka moje wargi.
Nie mogła powiedzieć, że uprawia seks z żonatym mężczyzną, bo kochałem się z nią przez duże K. Wszystko było na swoim miejscu. I wszystko było w porządku.
Nad ranem wstałem, a właściwie byłem zmuszony wstać, bo Ania rozpanoszyła się na podwójnym łóżku tak, że dla mnie zostało niewiele miejsca. Wstyd się przyznać, ale miałem ochotę zapalić papierosa. Zauważyłem jej torbę podróżną porzuconą w kącie pokoju. Przypomniało mi się, że są w niej dwa listy sprzed roku. Choć treść obu, a przynajmniej jednego podobno się przedawniła, bardzo byłem ciekawy co napisała. 
Nie powinienem tego robić, wiem. Na liście, który wysłałem do niej, faktycznie nie było adresu zwrotnego. Widać było, że czytała go wielokrotnie. Mnie jednak interesowała druga koperta. Czerwony atrament, szybkie, wyrobione pismo. Pewna ręka. Żadnych skreśleń.

 

„Nie umiem pisać tak zwięźle i konkretnie jak Ty. Jestem gadułą, również w pisaniu. Twój list czytałam wielokrotnie, raz za razem, nie wierząc, że to co czytam jest prawdą. Nie pisz tak do mnie, nie mów tak do mnie, bo boję się, że to prawda. Wolę wierzyć, że na Goa chciałeś wziąć odwet na żonie, która Cię zdradzała, a ja akurat byłam pod ręką. Tak wygodniej. 
Mimo wszystko zasługujesz na prawdę. Nigdy mnie nie okłamałeś, nie oszukałeś, zawsze byłeś wsparciem i ochroną. W najtrudniejszych momentach. Nie planowałam tego, co się zdarzyło. Nie chciałam, byśmy zostali kochankami, ale stało się i nie żałuję. Kiedy mnie całujesz odpływam. Rozpływam się. Nie wiem, gdzie jestem. Nie kontroluję tego, nie wiem dlaczego tak się dzieje. I nie chcę wiedzieć. W Twoich ramionach czuję się bezpiecznie. Po prostu dobrze mi z Tobą. Tak zwyczajnie dobrze mi.
Jakiś czas temu zgubiłam się, ale odnajduję siebie przy Tobie. Podoba mi się jaka przy Tobie jestem. Lubię siebie za to, jaką mnie stwarzasz. Jesteś Bogiem, który stwarza kobietę. Być może na swój obraz i podobieństwo. Mam nadzieję, że będziesz co najmniej dumny ze swojego dzieła, być może nawet je pokochasz. 
Sam wiesz, że w moim życiu niewiele historii ma szczęśliwe zakończenie, a ja chciałabym, żeby nasza opowieść miała szansę na happy end. Przekonaj mnie, że tak jest, a wtedy pozwolę sobie na łzy i słabość, pozwolę, żebyś był silniejszy ode mnie. Muszę Ci zaufać tak mocno, by móc Ci powierzyć swój świat. Jeżeli mam to zrobić muszę być pewna, że mnie nie zostawisz, nie znikniesz z mojego życia i nie odejdziesz. Bo jeżeli tak się stanie rozpadnę się na milion kawałków i niemożliwe będzie bym poskładała się ponownie.
Masz rację, razem znajdziemy wszystkie odpowiedzi. Tylko bądź przy mnie.”


Jak na gadułę całkiem zwięźle.
- Grzebiesz w moich rzeczach – Anna patrzyła na mnie z wyrzutem – nosiłam ten list przy sobie, bo miałam nadzieję, że cię spotkam. Jak dziś, przez przypadek i wręczę ci kopertę osobiście.
- Mówisz, że list się przedawnił?
- Tylko trochę.
Chciałem coś do niej powiedzieć, przeprosić, wytłumaczyć się, powiedzieć jak bardzo ją kocham, ale nabrałem tylko powietrza i zabrakło mi słów. Anna uśmiechnęła się.
- Wiem… - powiedziała jakby usłyszała wyznanie miłości, którego nie było.

 


Spotkanie przed obrazem Wenus 
było jak żywcem wyjęte z komedii romantycznej, której scenarzysta odwalił chałturę. Miałam wrażenie, że ktoś kto ustalał moje losy nieźle się przy tym bawił. Oczywiście jeśli ktoś w ogóle ustalał ludzkie losy. Tomek mówił, że przy mnie rachunek prawdopodobieństwa pada na ziemię i umiera ze śmiechu. Myślę, że miał w tym sporo racji.
Leżałam na łóżku w malowniczo położonym florenckim hoteliku. Miesiąc temu szorowałam podłogi w przychodni, tydzień temu dziwiłam się, że istnieje kosmetyk, który nabłyszcza kocią sierść i dowiedziałam się kim są Rosenzweig i Bollder. Dzień wcześniej siedząc w pociągu prosiłam Tomka, by mnie znalazł, nie mogłam zatem mieć pretensji, że to zrobił. Czułam się tak, jakby ktoś całkowicie zmienił dekoracje mojego życia. Teraz byłam bohaterką awanturniczej i romantycznej historii w stylu „Rzymskich wakacji”. 

- Wiesz kim jest Bollder? – zapytałam mojego mężczyznę, którego cudem spotkałam we Florencji. Wykorzystałam szansę jedną na milion. Hawking pisał w swojej książce, że przypadki wcale nie są takie rzadkie 
jak nam się wydaje, a w kosmicznej skali są nawet powszechne.
- Ten amerykański krytyk sztuki? Stawia ostatnio na młodych, śmieją się z niego, że najbardziej lubi młodych artystów płci męskiej przed debiutem – Tomek pakował torbę, a ja wcale nie zdziwiłam się, że on wie kim jest ów krytyk, o którym ja nie miałam pojęcia. Przecież Tomek wiedział wszystko. Tak w każdym razie sam twierdził.

Ciągnął mnie za rękę w stronę wypożyczalni samochodów. Mieliśmy zamiar wypożyczyć jakieś auto i zrobić objazdową wycieczkę. Niestety byliśmy we Florencji, tu nie tylko bilety do Galerii rezerwowało się kilka miesięcy wcześniej, najwyraźniej normalny samochód również należało zarezerwować kilka miesięcy wcześniej. Od ręki można było wypożyczyć jedynie śmieszny, malutki samochód ze składanym, brezentowym dachem.
- Tomasz… ty naprawdę nie widzisz problemu? – pytałam nie wierząc, że jego piękne, ale w końcu prawie dwumetrowe ciało zmieści się do samochodu niewiele większego od małego fiata.
- Nie skupiam się na problemach tylko na możliwościach – powiedział zagadkowo i zapakował się do autka – jestem w środku, wsiadaj.
Nakazał mi. Wsiadłam i zaczęłam się śmiać jak wariatka. Tomek wyglądał jakby zjadł ciastko z napisem „zjedz mnie” i zapomniał wyjść z samochodu. Jego głowa wybrzuszała brezentowy dach, kolana miał niemal pod brodą. Nie miałam pojęcia jak chce obsługiwać świętą trójcę „sprzęgło, gaz, hamulec”.
- Ty się lepiej nie śmiej, będziesz zmieniać biegi – ostrzegł mnie. I tak było. On kierował, a ja na jego komendę zmieniałam biegi. Doskonała synchronizacja. Mogłabym prowadzić, ale nie wzięłam prawa jazdy, bo po co miałabym do Szwajcarii i Włoch brać „prawko”?

 Bagaże? Jakie bagaże? Przecież pojechałam na krótką wycieczkę do Florencji. Wzięłam ze sobą tylko większą torbę na ramię, a w niej wszystko to, co jest potrzebne na dwudniowy wypad. Tomek miał odebrać swój bagaż z lotniska dopiero pojutrze, bo na skutek zbiegu okoliczności jego walizka trafiła do innego miasta. Wszystko, co nam było potrzebne do dwutygodniowej wyprawy w nieznane kupiliśmy na stacji benzynowej.
- Cześć wujku, tu Ania – nagrałam wujkowi Rolandowi wiadomość, żeby mnie nie szukał przez Interpol – spotkałam we Florencji przyjaciół i jedziemy na południe. Wycieczka zajmie nam co najmniej dwa tygodnie. Jak będę znowu we Florencji dam znać. Dziękuję za wszystko. Uściskaj ode mnie ciocię i wszystkie koty.
- Wszystkie koty? – zainteresował się Tomasz.
- Cała gromadka. Pięć, albo więcej sztuk kosmatego szczęścia. Wszystkich ogonów nie policzyłam. Wielka mrucząca rodzina miała swój basen, jacuzzi, dietetyka i osobistego trenera. 
- W następnym wcieleniu chcę być kotem u wujka Rolanda – powiedział Tomasz, a ja stwierdziłam, że to bardzo dobry pomysł.

 

Na początku nie mieliśmy nawet mapy. Tomasz jak zwykle miał plan, tak czy siak wierzyłam mu, że wie dokąd jedziemy. Jechaliśmy na południe.

Mieliśmy doskonałe humory. Wygłupialiśmy się jak dzieciaki, żartowaliśmy, śmialiśmy się cały czas, bo dosłownie wszystko nas śmieszyło. Nie wiem, czy to było normalne, psychologia ma kilka fachowych określeń dla przewlekłej głupawki. Najwyraźniej śródziemnomorskie słońce wywołało stan podobny do odurzenia endorfinami. A może byliśmy po prostu szczęśliwi. 

Pytaliśmy o drogę ludzi, z którymi nijak nie mogliśmy się dogadać. Znajomość angielskiego na włoskiej prowincji jest rzadko spotykana, nie mówiąc już o znajomości języka polskiego. Nasz znakomity nastrój udzielał się za to wszystkim spotykanym osobom. Wszędzie brano nas za zakochanych, a Włosi kochają zakochanych. Na mój widok wiejscy koneserzy niebieskookich blondynek krzyczeli „que bella!” i gratulowali Tomkowi. Bawiła nas ich wylewność i żywiołowa gestykulacja. Próbowaliśmy gestykulować tak samo, ale nabiliśmy sobie jedynie kilka siniaków. To trzeba mieć w genach, a wśród naszych przodków niestety nie było żadnego Włocha. Wprawdzie Tomasz twierdził, że wśród moich przodków musiał być jakiś Włoch gaduła, ale ja się z nim nie zgadzałam.
- Kochanie, wrzuć jedynkę… - powiedział Tomasz kiedy próbowaliśmy ruszyć w drogę. Próbowałam zrobić co kazał, 
ale mimo prób ciągle mi się nie udawało.
- Kochanie… jedynkę… - Tomek cierpliwie czekał, aż mi się uda ten wyczyn – nasz zacny pojazd nie jest autem rajdowym, z dwójki nie ruszymy.
Zaczęłam się śmiać.
- Powiedz to jeszcze raz… - poprosiłam i przestałam szarpać się z drążkiem do zmiany biegów.
- Wrzuć jedynkę?...
- Nie to, to co na początku – tłumaczyłam, a Tomasz zupełnie nie rozumiał o co mi chodzi.
- Wcześniej powiedziałem, że będę brał cię w aucie, ale ze względu na gabaryty auta możesz czuć się bezpieczna. Chwilowo.
Faktycznie tak powiedział, ale nie o to mi chodziło, w końcu zawsze czułam się przy nim bezpiecznie, nawet gdy byliśmy razem w dużym samochodzie.
- Powiedziałeś do mnie „kochanie” i bardzo mi się to podobało – wyjaśniłam.
- Od dawna tak do ciebie mówię, nie zauważyłaś?
- Nie… 
- Zatem, kochanie wrzuć jedynkę.
Zanim postarałam się wrzucić nieszczęsną jedynkę pocałowałam Tomka. Pokręcił tylko głową z dezaprobatą.
- Nie wiem czym zasłużyłem, ale skoro mam ruszać z dwójki to mnie zmotywowałaś.
Dla odpowiednio zmotywowanego mężczyzny nie było rzeczy niemożliwych.

 

Żadne z nas nie było przygotowane na długą podróż, co jeszcze dodawało jej smaku, nie mieliśmy ubrań na zmianę, pieniędzy ani jedzenia. Przepierkę robiliśmy w jeziorach, a bieliznę suszyliśmy podczas jazdy samochodem. W samochodzie zwykle było tak ciepło, że majtki wysychały błyskawicznie. W bagażniku samochodu znaleźliśmy śpiwór, który stanowił naszą bazę noclegową na resztę wycieczki. Wieczory i noce spędzaliśmy w szczerym polu, nad brzegiem morza lub jezior, śpiąc, a częściej nie śpiąc gdzie popadnie. Gorące popołudnia zazwyczaj przesypialiśmy pod jakimś cyprysem lub na zacienionym dziedzińcu któregoś z renesansowych domów. Toskania prowadziła nas wąskimi drogami wśród pól i winnic.
Jeden dzień można było nazwać sądnym. Na lokalnym targowisku, gdzieś w zachodniej Toskanii wypatrzyliśmy wielkiego arbuza. Nie wiem jakim cudem uchował się przez zimę, ale musiał być nasz, bo nam przecież cuda zdarzały się od czasu do czasu. Zapłaciliśmy za niego i nie bez trudu wpakowaliśmy do auta. Mieliśmy mordercze zamiary wobec owocu, ale on nie zamierzał się poddać bez walki.  
Droga którą jechaliśmy była wyboista i kręta, jak wiele dróg w tym regionie. Na ostrym zakręcie arbuz sam otworzył sobie klapę bagażnika i spadł z górki wprost na jadący za nami radiowóz. Carabinieri przekonani, że to zamach na ich życie wszczęli za nami pościg, jeszcze z krwawymi resztkami arbuza na masce i przedniej szybie. Uciekaliśmy niczym we francuskiej komedii. Niewątpliwie wtedy przydało się taktyczne przygotowanie Tomasza. Dzięki jego przenikliwości, a może dzięki przewidywalności ruchów policji, udało nam się zmylić goniących i schować  w gęstym piniowym zagajniku. 
- Zaczynam lubić ten samochodzik – Tomasz pogłaskał kierownicę. Nasze autko dzielnie sobie radziło uciekając przez policją – mówisz, że udało ci się nawet czwórkę zapiąć ?
- Tak podejrzewam, ale pewności nie mam. Nie sądziłam, że to kiedykolwiek powiem, ale rozmiar nie ma znaczenia – śmiałam się  -  chyba musimy iść na polowanie, bo nam posiłek zwiał i w dodatku popełnił samobójstwo.
- Wspominając o rozmiarze mówisz oczywiście o arbuzie? – dopytywał zainteresowany szczegółami Tomasz.
- Wcale nie – wyjątkowo się z nim nie zgadzałam – mówiłam o… naszym dzielnym samochodziku. A ty o czym myślałeś zboczeńcu?
- Jestem facetem, nie myślę…
- Cóż za porażająca w swej przenikliwości samokrytyka…
- Nie pyskuj kochanie, wrzuć dwójkę, tylko uważaj, żeby ci się drążki nie pomyliły.
I tak wiodąc filozoficzne dysputy i prawiąc sobie wyszukane komplementy jechaliśmy przed siebie.


Tego dnia przejechaliśmy więcej kilometrów niż planowaliśmy i zatrzymaliśmy się dopiero w Asyżu. Błogosławieństwo świętego od ptaków, kotów i wilków wydawało się nam niezbędnie. Oboje darzyliśmy świętego Franciszka sympatią, głównie za otwartość i nietuzinkowość, o którą tak trudno było w jego czasach. W gruncie rzeczy i w naszych czasach wciąż było o nią trudno. W zasadzie mógłby być naszym patronem, bo całe życie ze wszystkiego rezygnował i uważał, że to dla niego dobre. 

Dopiero późnym popołudniem dzień zasłużył na to, żeby nazwać go sądnym. Kiedy wyjeżdżaliśmy z Asyżu złapała nas ogromna burza. Droga zamieniła się w potok, a nasz malutki samochodzik w połowie jechał, a w połowie płynął. Bałam się, że woda nas porwie i wylądujemy w rowie. Brezentowy dach, nieprzygotowany na takie warunki atmosferyczne, wygiął się i przypominał miskę, w której zbierał się deszcz. Kapało i ciekło z niego do środka auta. Tym razem nie było nam do śmiechu, mimo że Tomek jako człowiek morza miał doświadczenie w walce ze szkwałem, falami i deszczem. 
Postanowiliśmy stanąć na poboczu i czym prędzej znaleźć jakieś schronienie. Zapadał już zmierzch, a nie podobała nam się perspektywa spędzenia nocy pod gołym niebem. Pobiegliśmy w stronę skał, wśród których Tomek wypatrzył jakąś grotę. To była nasza jedyna szansa na w miarę suchy nocleg, bo ani burza, ani ulewa nie zamierzały odpuścić. Przemokliśmy w ciągu kilku sekund, ale udało mi się ochronić przed ulewą śpiwór przyciskając go mocno do siebie. Cieszyliśmy się, że mamy w miarę bezpieczne schronienie. W niewielkiej jaskini znajdowało się coś w rodzaju barierki i właśnie tam rozwiesiliśmy mokre ciuchy starając się widzieć cokolwiek w nikłym świetle ekranów telefonów komórkowych. I pomyśleć, że śmiałam się z mojego taty, kiedy chwalił się, że ma komórkę z latarką. 
Zrobiliśmy sobie posłanie ze śpiwora i dopiero kiedy położyliśmy się na nim wtuleni w siebie poczułam jaka jestem zmęczona i jak bardzo chce mi się spać. Tomkowi jednak wcale nie chciało się spać, co gorsza nie dlatego, że miał ochotę się kochać, tylko dlatego, że zebrało mu się na gadanie.
- Pamiętasz jak czytaliśmy książę „Harpia Północy”? – zapytał, a ja sięgnęłam w pamięci do katalogu przeczytanych książek i odnalazłam w nim historię o rezolutnej władczyni i wygnanym żołnierzu.
- Pamiętam. O samotnej królowej i jej dzielnym ochroniarzu – zrozumiałam o czym Tomek mówi. W książce opisana była sytuacja, w której głowni bohaterowie podczas wędrówki przez płaskowyż zostają zaskoczeni przez burzę i znajdują schronienie w małej jaskini. 
- Z tego, co pamiętam oni w jaskini przysięgają sobie wieczną miłość, biorą ślub i bzykają do białego rana. Moglibyśmy ominąć fazę ślubu i od razu zabrać się do bzykania, co ty na to?
Tomasz nie wdawał się być zachwycony.
- Moja romantyczna, sentymentalna i subtelna jak młot udarowy Ania… - śmiał się ze mnie, a mi zrobiło się głupio.
- Tomku – zaczęłam się tłumaczyć – to nie tak… my po prostu mamy dla siebie niewiele czasu, a ja nie chcę go marnować. Ty pojedziesz do siebie, ja do siebie… a później…
Nie wiem dlaczego akurat teraz głupie łzy napłynęły mi do oczu, na szczęście w ciemnościach nie było ich widać.
- Pojedź ze mną. Wyprowadzam się z Polski, zakładam z ojcem firmę w Vancouver, w Kanadzie. Będziemy projektować i budować jachty. Proszę, jedź ze mną…
Kiedy tulił mnie i całował byłam w stanie obiecać mu wszystko. Prawie wszystko.
- Miałabym z tobą jechać jako kto? Przyjaciółka? Kochanka? Specjalista do spraw odnowy biologicznej? Antydepresant? Viagra?
- Z ciebie też jest niezła harpia. Chcę się z tobą ożenić i żyć z tobą długo i szczęśliwie. Obiecuję, że się rozwiodę i poukładam osobiste sprawy tak szybko jak się da.
- Czyżbym słyszała kolejne oświadczyny? Szkoda, że twoja żona ich nie słyszy… - tym razem do ja kpiłam.
- To nie oświadczyny tylko plany. Zamierzenia. Określam twoją rolę w moim życiu tak jak chciałaś. Chodź do mnie… jesteś przy mnie szczęśliwa? – zapytał niespodziewanie.
Przez chwilę zastanawiałam się czy powiedzieć prawdę, czy wymigać się od odpowiedzi. Tylko dlaczego miałabym się wymigiwać. 
- Jestem szczęśliwa. Bardzo – powiedziałam prawdę i całą prawdę – szczęśliwa, bezpieczna. Wolna. Dobrze mi z tobą.
- To co z tym bzykaniem? Nadal aktualne? – zapytał Tomek zawiązując do mojej niedawnej propozycji.

Scałował ze mnie każdą kroplę wilgoci, choć nasz raj tonął w strugach deszczu.

 

- Ania, obudź się kochanie – obudził mnie głos Tomka. Wiedział, 
że w przeciwieństwie do niego nie wstaję jak skowronek tylko potrzebuję pół godziny na nawiązanie pełnej łączności z rzeczywistością. 
- Nie możemy jeszcze chwilę pospać? Jest bardzo wcześnie – protestowałam, bo moje ciało domagało się jeszcze drzemki.
- Nie możemy – odpowiedział Tomasz – nie jesteśmy tutaj sami.
Słysząc te słowa obudziłam się błyskawicznie. 
W głębi groty stała naturalnej wielkości figura Matki Boskiej z Lourdes, w białej szacie z niebieskimi lamówkami, z różańcem w ręku. Patrzyła na nas zatroskanym wzrokiem. 
Śmialiśmy się jak wariaci, wybuchając co chwila nową falą śmiechu, za każdym razem kiedy docierało do nas, że kochaliśmy pod opieką Maryi. We Włoszech przeszliśmy spod opieki Wenus pod opiekę Dziewicy. Teraz mieliśmy już błogosławieństwo nawet Matki Boskiej.
- Bóg to widział i grzmiał - Tomek ledwo mógł wykrztusić tych kilka słów. W nocy rozwiesiliśmy swoje ubrania na barierce przed figurą. Zapewne tu przychodzili się modlić miejscowi. Ubieraliśmy się w wilgotne ciuchy cały czas chichocząc. 
Wyszłam na zewnątrz, żeby zobaczyć jaka jest pogoda. Nie padało, pomarańczowy blask wschodzącego słońca zabarwiał delikatnie mgłę unoszącą się nad lasem i drogą. Zachwycona chciałam zawołać Tomka i podzielić się z nim tym obrazem, ale zobaczyłam dwie panie w wieku mocno post menopauzalnym, które najwyraźniej kierowały się w stronę jaskini.
- Tomasz, teraz naprawdę nie będziemy sami. Kobitki zaraz podniosą alarm i zostaniemy zlinczowani. Kościół jest po drugiej stronie ulicy – zawołałam do mojego mężczyzny. Nie było szans, byśmy zdążyli uciec niezauważeni.
- Pod śpiwór. Szybko – wydał rozkaz i schowaliśmy się pod śpiworem, którego kolor idealnie komponował się z kolorami wnętrza groty. W półmroku mieliśmy sporą szansę zostać niezauważeni. Panie pomodliły się, pośpiewały, przystroiły posąg świeżymi kwiatami, zapaliły kilka świeczek, zrobiły porządek i wyszły nie zwracając na nas zupełnie uwagi. 
- Ania, takie rzeczy zdarzają się tylko przy tobie – powiedział Tomek składając śpiwór.
- Wypraszam sobie – protestowałam – z tego co widzę zdarzają się również przy tobie. Matko Boska – zwróciłam się do posągu – jesteśmy w potrzebie, nie mamy kasy i jesteśmy głodni. Podzielisz się z nami?
Zapytałam podnosząc z ziemi koszyk z prowiantem, który zostawiły dwie kobiety. Nie wiedziałam, czy zapomniały zabrać śniadania, czy to był jakiś wyraz wdzięczności dla Matki Boskiej. Posąg nie zaprotestował, a ja nawet zauważyłam coś w rodzaju niemego przyzwolenia.

 

Po ulewie nie było śladu, słońce wysuszyło samochód i nasz skromny dobytek. Cały czas jechaliśmy mając Apeniny po lewej stronie. Postanowiliśmy ominąć wieczne miasto i dalej z niesłabnącym entuzjazmem zapoznawać się z włoską prowincją. Urzekła nas dysproporcja między chłodniejszą górską okolicą, pełną kóz, owiec i szalonych zakrętów, a ciepłą równiną, gdzie rzędy winorośli pobudzały fantazję i pracę kubków smakowych, wyciągając z pamięci wszystkie zacne i mniej zacne wina jakie piliśmy kiedykolwiek.

Pieniądze nam się kończyły i zaczęliśmy rozglądać się za jakimś płatnym zajęciem. Przez trzy dni pracowaliśmy w winnicy kilka mil za Tivoli. Tam przekonaliśmy się, że zwyczajne przekręcanie butelek spoczywających na półkach jest bardzo męczące, zwłaszcza kiedy robi się to cały dzień. Właściciel widząc nasze zaangażowanie dobrotliwie pozwolił nam spać w stodole na sianie. Nocami nie odpoczywaliśmy wiele oczywiście z powodu męczącego zapachu suchej trawy i słomy. 
Innym razem najęliśmy się do pracy na niewielkiej plantacji owoców do ich segregowania. Praca była bardzo monotonna, ale my potrafiliśmy i przy niej nieźle się bawić. Myślę nawet, że stanowiliśmy rozrywkę dla innych pracowników i właścicieli, bo jednak nie wyrzucili nas, chociaż dezorganizowaliśmy pracę ciągłymi żartami.
 
Potem jeszcze zdarzyła nam się przygoda z serowarnią, w której zapłacono nam za pracę w gotówce, ale premię otrzymaliśmy w serach. Choć były bardzo smaczne, to ich zapach, a właściwie smród można by wykorzystać jako broń biologiczną. Przewoziliśmy je na tylnym siedzeniu, bo w bagażniku nie mieściły się, a one pod wpływem temperatury wydzielały jeszcze bardziej intensywny aromat. Gdziekolwiek stawaliśmy aby zatankować, zapytać o drogę, czy coś zjeść, odprowadzały nas wymowne, zdegustowane spojrzenia. 
- Anka, śmierdzimy jak skunksy – nos mojego mężczyzny osiągnął kres wytrzymałości.
- Nie obrażaj skunksów – stwierdziłam, bo mój wrażliwy zmysł powonienia też cierpiał niewymowne katusze – musimy zaprowadzić równowagę między wygodą nosa, a radością podniebienia. Poza tym zawsze twierdzisz, że pachnę wanilią i powietrzem bo burzy.
- Nie przeczę – stwierdził Tomek – ale jest to pnącze wanilii schnące po burzy, pod którym stoi solidnie wkurwiony skunks…
- … którego piorun rąbnął w puszysty ogon.
Śmialiśmy się, przepraszaliśmy sympatyczne zwierzątko za podłe insynuacje, za to z zimną krwią zaplanowaliśmy zbrodnię doskonałą.
Kupiliśmy czerwone wino, bagietki i postanowiliśmy uskutecznić morderstwo nad brzegiem morza. Wzięliśmy nasze nagryzione sery i zakupione wiktuały, udaliśmy się na brzeg morza porośnięty trawą i ziołami. Mord, jak to mord, odbył się w wesołej atmosferze. Najpierw Tomek zabił swój ser, a potem ja swój. Wbijaliśmy nóż w żółtawe ciała serów z satysfakcją, w odwecie za wszystkie moralne krzywdy wynikające 
z podejrzeń o brak higieny, za zasmrodzony samochód. Zjedliśmy ile się dało, popijając wybornym Chianti, błogosławiąc Włochów za niskie ceny dobrych win. 
Kiedy już nie mogliśmy zjeść ani kęsa, własnymi rękami wykopaliśmy serom w piaszczystej ziemi zbiorowy grób. Wrzuciliśmy doczesne szczątki nieszczęsnego nabiału i próbując zachować powagę wygłosiliśmy po kolei mowy pogrzebowe. Śmialiśmy się do łez. Potem z satysfakcją zakopaliśmy zwłoki i wrzeszcząc głośno pobiegliśmy wprost na plażę z butelkami wina w rękach. Wbiegliśmy do wody w ubraniach, by je wymoczyć i pozbyć się na zawsze nieprzyjemnego zapachu.
- Na pohybel serowemu potworowi! - krzyczałam niezbyt już trzeźwa - zjedliśmy go!
- Ja też cię zjem! Zeżrę! - krzyknął Tomek i zaczął gonić mnie po plaży niczym satyr niewinną nimfę. 
Uciekałam i śmiałam się, aż wreszcie dopadł mnie na krawędzi wody. Całowaliśmy się jak wariaci, turlając w płytkiej wodzie. Ściągałam z niego ubranie.
- Królowo, co robisz? – Tomek udawał niedostępnego, a ja wrzucałam do wody kolejne elementy jego garderoby.
- Przepierkę – odpowiedziałam. I zrobiliśmy taką ręczną przepierkę, że każda automatyczna pralka mogła nam pozazdrościć. Byłam głodna jego ciała, dlatego chciałam poczuć go wszystkimi zmysłami. Chciałam cieszyć nim oczy, czuć pod palcami i ustami jego skórę, odnajdywać nowe smaki i zapachy. Chciałam słyszeć jego słowa, szepty, przerywany oddech, krzyk rozkoszy. Chciałam czuć jego siłę, uwodzić go, prowokować, uciekać i sprawdzać czy za mną biegnie.
Czułam się przy nim kobietą.

 

Tę noc spędziliśmy na plaży w towarzystwie mew i dwóch pustych butelek po toskańskim winie. Gwiazdy urządziły nam festiwal świateł. Leżeliśmy oparci o stary, wybielony przez fale pień drzewa, a wszechświat patrzył na nas jakby chciał zapytać: co robicie z waszą miłością? No właśnie. Nie używaliśmy tego słowa. Nie powiedzieliśmy sobie „kocham cię”. Nie trzeba mówić, że jest niebo. Ono po prostu jest. To co było między nami było jak niebo, zbyt oczywiste by je nazywać. 

Odwiedziliśmy mnóstwo urokliwych miejsc, do których nie zaglądali turyści, gdzie nie było czterogwiazdkowych hoteli, ani pazernych restauratorów, gdzie obowiązywały dawne zasady gościnności. Wyprawa na południe Włoch była najbardziej spontaniczną decyzją jaką podjęłam w życiu, nie licząc zaproszenia Czarka, by ze mną zamieszkał po dwóch dniach znajomości. Stanowiła prawdziwy czas radości i oczyszczenia dla mnie i dla Tomka. Mieliśmy oboje nadzieję, że jest początkiem czegoś nowego. 
W drodze powrotnej bawiliśmy się równie dobrze, choć oboje zdawaliśmy sobie sprawę, że wracamy do „normalnego” życia, które dotąd było poligonem nie do przejścia dla naszej skomplikowanej relacji. Częściej byliśmy poważni, częściej milczeliśmy.   
Zbliżaliśmy się już do Florencji, skąd Tomek miał odlecieć do domu. Zatrzymaliśmy się na chwilę na stacji benzynowej. Atmosfera między nami stała się bardzo napięta. Czuliśmy prawdopodobnie to samo, ale żadne z nas nie zdecydowało się wyrazić swoich uczuć słowami. Ja przez tchórzostwo, jakie ogarniało mnie zawsze wtedy, gdy trzeba było walczyć o siebie, Tomek przez niepewność, świadomość, że zbyt wiele spraw w jego własnym życiu nie zależało od niego. Bał się mnie zawieść, obiecać i nie dotrzymać słowa. 
Złapał mnie mocno za rękę. 
- Nigdy cię już nie zostawię – wyszeptał mi do ucha. Bardzo chciałam uwierzyć w te słowa, zwłaszcza że niedawno prosił mnie, żebym pojechała z nim do Kanady. Tymczasem wszystko wskazywało na to, że zostaniemy sami, Tomasz ze swoim nieuporządkowanym życiem, ja zapracowana w odległym kraju. Uśmiechnęłam się zostawiając jego deklarację bez komentarza. Przecież właśnie mnie zostawiał. Im bardziej zbliżałam się do własnej codzienności, tym moje przemyślenia stawały się bardziej gorzkie, miałam coraz więcej obaw. 

Nasze pożegnanie na lotnisku było nieme, okroiliśmy je z ważnych słów jak głupcy zagubieni w swoich uczuciach. Tuliłam się do niego mocno, on kołysał mnie lekko.
- Ania… pisz, dzwoń, masz wszystkie adresy, wszystkie numery telefonów… – Tomek bardziej nakazywał niż prosił – ja też będę dzwonił. Dziesięć razy dziennie. Znienawidzisz mnie za to.
Uśmiechnęłam się.
- Już cię nienawidzę, bo się rozstajemy – chciałam zażartować, ale nie zabrzmiało to dowcipnie. Przytulił mnie mocniej.
- Obiecaj, że nie uciekniesz, nie znikniesz - wziął moją twarz w swoje dłonie - obiecaj... proszę.
- Nie ucieknę – powiedziałam głośno. Postaram się w każdym razie - dopowiedziałam w myślach. Odprowadzałam go wzrokiem kiedy mijał bramki odprawy. Wysoki, przystojny, zbudowany jak gladiator, ze złośliwymi ognikami w oczach, inteligentny jak sam diabeł. 
Mój prywatny żołnierz.
Wszystko co najlepsze odchodziło razem z nim. 
Stałam sama pośrodku terminalu. Nie wiem jak długo. Na zewnątrz była już noc.
Szłam przez Florencję niosąc pod pachą śpiwór, którego właściciel nie chciał ponownie zaliczyć w poczet wyposażenia samochodu. Pod ścianą kościoła Santa Maria Novella na kawałku tektury siedział kloszard z małym czarnym kundelkiem. Piesek z jednym uchem uniesionym w górę, a drugim śmiesznie oklapniętym wpatrywał się we mnie. Żebrak widząc, że kieruję się w jego stronę wyciągnął rękę prosząc o pieniądze. 
- Żeby było wam cieplej... - powiedziałam podając mu śpiwór, 
po czym pochyliłam się i pogłaskałam psa. Odchodząc widziałam, 
jak zdziwiony kloszard wyjmuje śpiwór z pokrowca.

 

Copyright © Beata Matuszewska & Zuza Malinowska

 

Wersja do druku Wersja do druku | Mapa witryny Poleć tę stronę Poleć tę stronę
COPYRIGHT © ASTAROT Beata Matuszewska